W ciągu wielu lat swojej eksploracji wszystkiego co stanowi muzykę i jest w jakiś sposób ekstremalne, wędrowałem od podziemia do podziemia w poszukiwaniu „Tej Jedynej”. Głębokie, autodestrukcyjne pragnienie usłyszenia dźwięku, który zabrałby mnie do swojego świata, spękałby mi czaszkę i rozlał krew, aby napełnić wewnętrzną urnę katharsis – wyznaczało mi kierunek. Wiedziałem dokąd zmierzam


D

roga była kręta, wiele sukkubów próbowało skusić mnie do określenia się Tym mianem, jednak ja dzielnie podrzynałem im gardła, pewien, że to jeszcze nie to.

Wycieńczony i wyniszczony stawiałem kolejne, n i e o r t o d o k s y j n e kroki…

Aż objawił mi się dźwięk idealny.

Dźwięk tak wściekły, pełen nienawiści, żarłoczny, brutalnie prawdziwy, nieokrzesany i potężny, że moje jeszcze przed chwilą dzielnie kroczące przed siebie ciało, padło na kolana.

TO było to, METH DRINKER.

13706342_1026837934078538_1662709729_nUsta otworzyły mi się szeroko, a oczy spoglądały daleko w nicość. Już pierwsze dźwięki, zapowiadającego masakrę „Deprivation” sprawiały, że czułem jakby powoli zalewała mnie krew. Pochyliłem głowę ku betonowemu brukowi i oczekiwałem egzekucji.

Pragnienie jakie doprowadziło mnie tutaj genialnie definiuje nadchodzący po „Deprivation” – „Incurable Illness”. To choroba, schorzenie, którego nikt nie chce leczyć, tak po prostu jest lepiej. Zapowiadające „Incurable Illness” bębny w połączeniu ze specyficzną dla Nowozelandczyków melodyką wbiły mnie głęboko w ziemię i aż do końca zasypywały tonami betonu – czułem się świetnie, to było lepsze od wszelkiego ćpania, seksu, wszystkiego co znałem. Wspomniałem o ćpaniu? Trzeci kawałek na debiucie – „Ganja Mutt” wprowadził mnie w stan jeszcze bardziej odległy, przyjemny.

W tym momencie byłem daleko od stanu świadomości.

Nagle palenie się kończy, przestaję rozumieć co dzieje się w okół mnie, do uszu dobiegają mi odgłosy rozmowy, powoli rozpoznaje słowa okrzyków kobiety. Zanim zrozumiem co się tam wydarzyło nadchodzący feedback pochłania mnie, a nagła ściana ciężaru przygniata, zniewala. Charczące, wściekłe okrzyki Jamesa spływają na mnie jak wrząca krew.

To był „Combat Shock” – ostatni ze strony A debiutu.

Swoją drogą, Ganja Mutt i Combat Shock mają coś wspólnego, wietnamskiego.

Stronę B otwiera kawałek, który potwierdza umiejętności członków Meth Drinkera w nadawaniu nazw adekwatnych do dźwieków – SKULL SMASHING CONCRETE.

To jest dosłownie to, a ktokolwiek kto z miejsca odrzuca kapelę zaszufladkowaną jako sludge tłumacząc się, że „grają za wolno”, jest conajmniej ignorantem.

Skull Smashing Concrete wleciał we mnie niczym rozpędzony, betonowy byk.

13709613_1026838200745178_2124843193_oPowalił mnie na ziemię i zmiażdżył czaszkę o podłoże. Nawet kiedy ten numer zwalnia, jest kurewsko agresywny. Kolejna pozycja na płycie zawsze wprowadza mnie w bardziej melancholijny, lecz wciąż wściekły, oczyszczający stan. Melodia wiodąca „The Shining” niesie me połamane przez poprzedników ciało ku ciemnej, pozbawionej horyznotu masie. Oto poczucie szaleństwa, jakie dostarcza Meth Drinker. Nagle zjawia się „Serrated Corridor”, czuję się osaczony, nie ma już melancholii, jest lęk, ciemność i poczucie bycia otoczonym przez inne byty, zaklęte w tym kawałku. Wrażenie to utrwala nadejście wokali, które zdają się spowalniać cały obraz, wszystko znów zastyga. Aż do nadejścia wirującej melodii, która potęguje przerażenie. „Narco Sub”, tak, potem nadchodzi Narco Sub, i wiecie co?

Cała ta dawka zniszczenia oczyściła mnie i razem z dźwiękami tego kawałka jestem silniejszy niż kiedykolwiek. Urastam ponad formę w jakiej przybyłem, te dźwięki budują mnie na nowo.

To jednak Meth Drinker.

Nie mogę odlecieć za wysoko, oni się nie pierdolą. To kapela poruszająca najbardziej ekstremalne tematy ludzkiej rzeczywistości, obnażająca słabość i destruktywność naszego gatunku. Mroczne i brutalnie mówiące o próbach pojmowania i leczenia chorób umysłu i niezrozumiałych stanów „Broken down and used up”… A zresztą, sam tytuł… To po prostu niszczy.

Debiut Nowozelandczyków był dla mnie katowskim głazem zrzuconym na czaszkę.

To było katharsis, którego pragnąłem, a kolejne Splity, EP-ki i LP „Oil” stały się dla mnie jedyną słuszną formą spełnienia. Teksty Jamesa w połączeniu z dźwiękami Meth Drinkera to śmiertelna dawka rzeczywistości. I wiecie co? Zacytuję tu pewnego kieleckiego barda – „Zabijcie się”. Naprawdę, dajcie się temu zabić, a to was stworzy na nowo, silniejszymi niż kiedykolwiek.

P.S. 18:47 czasu wschodniobrytyjskiego, okazuje się, że Meth Drinker właśnie się rozpadł.

May the concrete cover thee twitching bodies.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany