Zwykle piszę tylko o najlepszych koncertach bo słabymi szkoda mi zawracać sobie głowy. Nie dość, że straciłem na nie czas to jeszcze mam tracić go więcej, pisząc o tym jak ten czas traciłem? Dziś zrobię jednak wyjątek. Skoro straciłem jeden dzień to stracę jeszcze kwadrans

Przed Spodkiem zjawiłem się na ZEAL & ARDOR bo ciekaw byłem jak ten osobliwy projekt poradzi sobie na żywo. Niestety nie było mi dane. Na bramce dowiedziałem się, że z laptopem nie wejdę. Niestety w pracy realizuję aktualnie projekt, który wymaga ode mnie szybkiej reakcji w nagłych wypadkach i od kilku miesięcy jestem podłączony do komputera jak do respiratora. Byłem z nim już na dziesiątkach koncertów i nie zdarzyło się by ktoś się interesował czy mam w plecaku laptop, biblię czy dmuchaną seks lakę w kształcie małego hipopotama. Byle bym nie wnosił do klubu jedzenia, picia i narzędzi zbrodni. Przy wejściu do Spodka na nic się nie pomogły tłumaczenia – zaproponowano mi depozyt (50 zł) bez żadnej gwarancji, że komputer do mnie w ogóle wróci i w jakim stanie. Musiałem zaryzykować i odnieść laptopa do hotelu – a w tym czasie przepadł mi koncert ZEAL & ARDOR. Przejrzałem dokładnie regulamin Metal Mindu i zapisu o niemożliwości wnoszenia laptopa nie znalazłem. Warto jednak wiedzieć – bo przynajmniej nie będę brał pod uwagę wyjazdu na przyszłoroczną Metalmanię. Co ciekawe – laptopa nie wniosłem, ale spokojnie mógłbym na teren Spodka przynieść racę, nóż sprężynowy czy nawet uzi bo nikt na bramce nawet nie smyrnął mnie po kieszeniach (nie to, żebym to lubił) .

Koszmar w nocnej koszuli

Gdy dobiłem na salę Zeal już skończył. Przy stoisku spotkałem szefa Wszechpotężnej Arachnophobii, który mnie pocieszył, że niewiele straciłem bo nagłośnienie było tak fatalne, że i tak niewiele było słychać.
Pierwszym koncertem, który próbowałem zobaczyć był MYRKUR. Próbowałem bo poległem przy trzecim utworze. Zespół niewiasty w koszuli nocnej grał coś pomiędzy prostackim quasi black metalem, a potwornym babim wyciem, przy którym nawet Nightwish brzmi rasowo, dziarsko i czadowo. Zdecydowanie nie moja bajka – uciekłem w popłochu do baru napić się czegoś mocniejszego, bo piwo serwowane w Spodku przypomina wodę, którą ktoś wypłukał zardzewiałą beczkę po zwietrzałym browarze.

W hangarze z blachy falistej

Wróciłem na Paradise Lost i niestety znów rozczarowanie. Po pierwsze na sali ciemno jak nie powiem gdzie – bo zaraz ktoś uzna, że jestem rasistą i zablokują na Facebooku także Music Amok. Nie zadbano o żaden telebim, który dziś jest w standardzie nawet na dożynkach we wsiach pod Radomiem. Ale nie to jest przecież ważne. Ważny jest dźwięk, a Paradise Lost tego dnia niestety nie zabrzmieli. Czułem się jakbym siedział w jakimś ogromnym hangarze, który zbudowano z blachy falistej i 200 metrów ode mnie ktoś by puścił muzykę z trzeszczących głośników. Dźwięk rozchodził się w przestrzeni, czasami sprzęgał, wokale miejscami gdzieś ginęły, a gitary wydawały się raz po raz wymykać sekcji rytmicznej. Po kilku utworach poczułem się senny i zmęczony i jakbym miał laptopa to pewnie bym go wyjął, żeby dla zabicia czasu ułożyć pasjansa.

Bez adrenaliny

Telebimy niestety tylko takie.

Niestety wcale nie lepiej było na Mansonie. Brzmienie mocno kulało i obdzierało utwory z mocy i szaleństwa. Od wyjścia z sali w połowie tego koncertu powstrzymywała mnie tylko dobra znajomości serwowanych ze sceny utworów, dzięki której to czego nie słyszałem mogłem sobie dośpiewać. Niestety przez cały czas trwania koncertu nie było żadnego momentu, w którym mocniej zabiłoby mi serce czy poczułbym skok adrenaliny. A to cholernie wielka sztuka, bo Manson z płyt robi mi bardzo dobrze.
Publika raczej młoda i nastawiona na Mansona. Znajomych osób spotkałem zaledwie kilka, ale nie narzekam bo chociaż była okazja z każdym chwilę porozmawiać, a nie ograniczyć się do przybicia 3124 piątek.
Poza udanym aspektem towarzyskim niestety tegoroczny Metal Hammer Festival wypadł zdecydowanie poniżej oczekiwań. Najgorszy koncert w tym roku i jeden najsłabszych w ostatnich latach. Mój laptop zostając w hotelu naprawdę nic nie stracił.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany