Mortiis, zespół i jednocześnie twórca, znany głównie przez black metalowych entuzjastów jako były basista Emperor i autor większości tekstów do pierwszych wydawnictw zespołu. Od 1993 działa solowo, do 1999 roku tworząc muzykę nazwaną przez siebie „dark dungeon music” (obecnie tzw. „dungeon synth”). Po 2000 roku muzyka Mortiis zmieniła styl na industrial. W marcu tego roku wydał swój kolejny, długo wyczekiwany album „The Great Deceiver”. Ten wywiad nie dotyczy jednak nowej płyty. Postanowiłem porozmawiać z Mortiisem o dawnych dziejach, wcześniej prezentowanym stylu muzycznym oraz przełomowej płycie „The Smell of Rain”


13612173_1390728344276427_6283149195032829232_nCo sprawiło, że wystartowałeś z projektem Mortiis i dlaczego zwróciłeś się akurat w stronę ambientu? Co zainspirowało cię do tworzenia tego typu muzyki?

N

a początku lat dziewięćdziesiątych zaczynałem coraz bardziej interesować się podziemną eksperymentalną muzyką, bazującą na elektronice. Słuchałem zespołów takich jak: Brighter Death Now, Sleep Chamber, Coil, Psychic TV itd. Szybko wsiąkłem w muzykę niemieckich pionierów tego typu grania, mowa o Tangerine Dream oraz Kalusie Schulze. Dosyć wcześnie tego typu wykonawcy zaczęli umieszczać na swoich płytach bardzo długie nagrania, po 20-25 minut, które zajmowały całą stronę płyty. Było to na tyle inspirujące, że i ja zacząłem tak tworzyć. Nie mam pojęcia dlaczego wybrałem akurat ambient, a nie jakiś inny gatunek muzyczny, który był mi znany. Nie miałem ochoty wracać do tego co niesie ze sobą bycie w typowym zespole, kompletnie mi się to nie widziało. Pojawiło się więc pytanie, co mógłbym robić i jakie mam pomysły? Dosyć szybko uświadomiłem sobie, że w tamtym czasie moje plany co do muzyki oraz moja osobowość w pewnym sensie skazywały mnie na ten dziwny muzyczny projekt.


Na twoim pierwszym demie nie jest widoczne czy to właśnie w tamtym czasie podjąłeś decyzję o wizerunku trolla. Widać to wyraźnie dopiero na debiutanckim długograju „Fodt til a Herske”. Co stało za tego typu wyborem?

Tak, na demie jeszcze tego nie było. Pomysł przyszedł nieco później. W dużym stopniu jest to zasługa faktu, że zawsze lubiłem zespoły, które łączyły mocne doświadczenia wizualne z dobrą muzyką. Wychowałem się na W.A.S.P., Alice Cooperze, Kiss… Później wczesna scena black metalowa kontynuowała tą estetykę. W tamtym czasie odkryłem też wspaniały świat stworzony przez Tolkiena. Wszystko to miało na mnie ogromny wpływ. Z tego właśnie zrodziła się postać Mortiisa.


Kiedyś mówiłeś mi, że chóry zawarte na płytce „The Stargate” zaczerpnąłeś z filmu „Imię Róży”. Komponując muzykę z tzw. Ery I czerpałeś inspiracje z jakiejś konkretnej literatury, filmów, soundtracków?

Cóż, korzystałem z sampli z niektórych filmów. „Imię Róży” było wśród nich na pewno. We wczesnych latach tak mocno nie inspirowałem się filmami. W czasie nagrywania materiałów na „Crypt of the Wizard” i „The Stargate” miałem hopla na punkcie ścieżki dźwiękowej do „Conana Barbarzyńcy”, w tamtym czasie była dla mnie sporym źródłem inspiracji.


W 1996 roku nagrałeś jedyny materiał video z Ery I, który wydany został oficjalnie na kasecie VHS. Zdradź gdzie był nagrywany i czy to miejsce nadal istnieje. Masz jakieś konkretne wspomnienia związane z kręceniem tego video?

Nagrywaliśmy w ruinach twierdzy Bohus, zaraz obok Gothenburg’a. Pamiętam, że była wtedy ze mną moja ówczesna dziewczyna, która pomagała mi przy make-upie i zakładaniu wszystkich elementów maski, co wbrew pozorom nie było takie łatwe. W tamtym czasie to nawet nie była dokładnie maska, a pewnego rodzaju glinka, którą odpowiednio modelując nakładało się na twarz. Na nią dopiero był nakładany makijaż. Z jakiegoś powodu moja ex non stop sprzeczała się ze mną w obecności kamerzystów, przez co atmosfera nie należała do sprzyjających. Zabawnym wspomnieniem jest natomiast fakt, że podczas kręcenia w twierdzy pracowało kilku konserwatorów. Musieliśmy nieźle się napocić, żeby nie złapać ich w kadrze.


W latach dziewięćdziesiątych ludzie, tworzący scenę black metalową często się odwiedzali. W 1994 lub 1995 odwiedził cię Nergal z Behemoth. Pamiętasz co nieco z tego typu wizyt? Było ich więcej? Podróżowałeś sporo w tamtym czasie?

Bardzo mało, tylko do sąsiednich miast gdzie czas spędzałem w towarzystwie gości z Gehennah/ Coffinshakers, Tenebre itd. Tak, Nergal i jego ówczesna dziewczyna przyjechali do mnie na kilka dni. To musiało być w 1994 roku. Pamiętam, że wybraliśmy się do lokalnego sklepu płytowego, ponieważ Nergal chciał sobie kupić „Danzig 4”, która wyszła w tamtym czasie. Już wtedy był wielkim fanem Danzig. Od tamtego czasu nie mieliśmy okazji się spotkać, nastąpiło to dopiero w 2005 roku podczas wspólnej trasy z Glenn’em właśnie. Oczywiście przez cały ten czas odwiedzało mnie trochę ludzi, ale nie tak dużo jakby można było przypuszczać. Już wtedy dosyć mocno się izolowałem. Pamiętam, że odwiedził mnie Ryan Forster, było to chyba w 1996-97 roku, kilka lat później zasilił szeregi legendarnego Blasphemy.


Czy nadal jesteś w kontakcie ze swoimi znajomymi z wczesnych lat norweskiej sceny? Na przykład z Samothem, Ihshnem czy Steinarem?

Kto to jest Steinar? A! Z mojego pierwszego zespołu? Nie widziałem go od bardzo dawna. Z Samothem rozmawiam dosyć często. Z Ihsahnem miałem bardzo dobry kontakt po tym jak swojego czasu przeprowadziłem się do Szwecji. Jednak już od paru lat nie zamieniłem z nim słowa. Staram się utrzymywać kontakt z wieloma ludźmi, ale jest różnica pomiędzy tym co kiedyś, a tym jak jest teraz. Dziś większość z nas ma rodziny, pracę itd., przez co krucho jest z czasem.


13557651_1390730257609569_7167086473564829764_nW latach dziewięćdziesiątych, poza Mortiis, miałeś jeszcze trzy inne projekty: Vond, Fata Morgana i Cintecele Diavolui. Czy możesz powiedzieć coś więcej na ich temat? Czy za ich powstaniem kryło się coś więcej, ponad chęcią odseparowania pewnych pomysłów od twojego głównego projektu? Są jakieś szanse na ich kontynuację? Z tego co wiem to Vond nie ma statusu projektu zamkniętego.

Nie potrafię powiedzieć czy którykolwiek z nich doczeka się kontynuacji, ale do Cintecele Diavolui już z pewnością nie powrócę. Vond był ujściem całej mojej złości i frustracji, wynikającej z otaczającej mnie w tamtym czasie rzeczywistości. Tematyka Vond zaczęła przenikać do Mortiis, kiedy to Mortiis przestał być projektem, w głównej mierze opartym na fantastyce. Vond przestał mieć rację bytu, bo niejako scalił się z moim głównym projektem. Fata Morgana powstała jako ujście dla muzyki, którą tworzyłem w ramach Mortiis, ale była zbyt chwytliwa i nie pasowała do konceptu.


Jakoś w połowie lat dziewięćdziesiątych, nie pamiętam dokładnej daty, wystartowałeś ze swoją własną wytwórnią Dark Dungeon Music. Co zmusiło, lub może co sprawiło, że zdecydowałeś się na taki krok? Jak długo istniał ten label?

Działał jakoś od 1995 do 1999 kiedy to wróciłem na stałe do Norwegii. Głównym powodem, dla którego powstało Dark Dungeon Music było moje niezadowolenie z tego jak w tamtym czasie wydawano moją muzykę na winylu. Chciałem mieć nad tym lepszą kontrolę. Wydałem też trochę rzeczy na CD, ale było to przede wszystkim winylowe wydawnictwo. W tamtym czasie popularność tego formatu drastycznie spadała, także szedłem pod wiatr. Ówczesna sytuacja czarnego krążka była biegunowo odległa od tego co mamy obecnie.


W 1997 roku zacząłeś prezentować swoją muzykę na żywo. Skąd ta decyzja? To co tworzyłeś w tamtym czasie raczej nie należało do sztuki, która owocuje koncertami. Twoja twórczość była wówczas bliższa sztuce teatralnej czy rytuałowi. Z jakim odzewem spotkały się koncerty?

13619952_1390728350943093_852520287262188774_nPierwszą sztukę zagraliśmy latem 1996 lub 1997 roku. Poza Mortiis występowały także Sanctum, Mental Destruction, oraz albo Ordo Equilibrio, albo Raison D’Etre. Zagrałem sporo tego typu koncertów razem z grupami ze stajni Cold Meat Industry (In Slaughter Natives, Deutsch Nepal, Arcana, Brighter Death Now etc.) Po prostu chciałem zacząć grać na żywo. Byłem bardzo naiwny i cała koncepcja, którą stworzyłem w swojej głowie niespecjalnie znalazła swoje odzwierciedlenie na scenie. Spoglądając wstecz, były to w najlepszym razie aktorskie sztuki z muzyką w tle.

Z czasem zacząłem dodawać grę na tomach (tomy to instrumenty z grupy membranofonów o nieokreślonej wysokości dźwięku – przyp. Music Amok) na żywo oraz rytuał ofiarny, dzięki czemu moje występy nabrały charakteru.

Myślę, że odzew był dosyć zróżnicowany. Już wtedy Mortiis miał sporo oddanych fanów. Nie brakowało też wielu elitarnych wyznawców industrialu (trzeba zaznaczyć, że Cold Meat Industry zaczynało jako wytwórnia zajmująca się muzyką hard core industrial/ experimental), dla których Mortiis nie przedstawiał większej wartości.

Wielu ludzi mogło być mocno wkurzonych, że Mortiis sprzedaje się lepiej niż wspomniane grupy. Obecnie jestem w bardzo dobrych stosunkach z członkami tych zespołów i nie ma już żadnych spięć. Jouni z In Slaughter Natives pomagał nam przy masteringu „The Great Deceiver” oraz „Perfectly Defect”. Cały czas jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Thomas z Ordo Equilibrio to kolejna osoba, z którą jestem blisko. Bez tej grupy nie miałbym zespołu, który występował ze mną na scenie w czasie trasy promującej „The Stargate”. Mowa tu o Fredriku Bergstrom’ie oraz Eriku Lundberg’u, których poznałem właśnie dzięki Thomasowi i Ordo Equilibrio. Nie miałbym też u kogo nocować podczas nagrywania „The Smell of Rain”. Przesiedziałem u Fredrika przynajmniej cztery miesiące podczas nagrywania tej płyty. Jest on także jednym z muzyków, których gościłem na płycie. Mam też świetny kontakt z min. z Liną der Baby Doll z Deutsch Nepal, Rogerem z Brighter Death Now (przy okazji właścicielem Cold Meat Industry), Peterem z Raison D’Erte (mimo tego, że wyłazi z niego niezły szaleniec gdy się upije), Peterem z Arcana, Bjork z MZ 412… Wszyscy są naprawdę świetnymi ludźmi. Pamiętam, że bardzo lubiłem Pallego z Sanctum. Miałem nawet całkiem niezły kontakt z ich feministycznymi znajomkami. (śmiech)


Przez cały okres Ery I używałeś specjalnego kostiumu dla postaci Mortiisa. Czy jego elementy były kupione, czy może ktoś wykonał je specjalnie dla ciebie? To samo tyczy się maski. Czy są to przedmioty jedyne w swoim rodzaju?

106_artistKostiumy, których używałem różniły się od siebie. Na początku był to hełm, elementy zbroi i kolczuga, które zakładałem tylko na potrzeby sesji zdjęciowej do okładki płyty. Kolczugę zgubiłem gdzieś w trakcie przeprowadzek. Nie mam pojęcia jak to było możliwe, ale tak się stało. Strój z czasów albumów „Anden Som Gjorde Oppror” oraz „Keiser av en Dimensjon Ukjent” był poniekąd inspirowany black metalową estetyką. Wykonał go dla mnie Marius Vold (wokalista Mortem, i o ile dobrze pamiętam członek Arcturus). W tamtym czasie wykonywał sporo elementów uzbrojenia dla niektórych muzyków z norweskiej sceny. Tego zestawu używałem przez parę lat. Zmodyfikowałem go nieco dopiero zaraz po nagraniu „Crypt of the Wizard”. Nietoperze skrzydła z „The Stargate” wykonała moja była dziewczyna. Z czasem stwierdziłem, że wyglądały dosyć tandetnie. Zaktualizowany na „The Stargate” strój bazował przede wszystkim na skórzanych elementach, skrzydła zostawiłem na potrzeby okładki płyty. Potem zastąpiłem je przylegającym, lateksowym longsleevem, w którym było niesamowicie gorąco i na scenie pociłem się w nim jak szczur.


The Stargate” był twoim pierwszym albumem pod szyldem Earache. Jak wspominasz współpracę z tą wytwórnią? Słyszałem, że rewelacji nie było.

Szczerze mówiąc to wolałbym o tym zapomnieć. Z racji tego, że podpisałem umowę ich wydziwianie było legalne. Nie zmienia to faktu, że przedstawiony kontrakt przewidywał duże korzyści dla wytwórni. Artysta, który go podpisywał traktowany był, mówiąc delikatnie, po macoszemu. Na gruncie towarzyskim byłem w dobrych stosunkach z kilkoma pracownikami Earache. Niestety to się nie przekładało na sprawy biznesowe.


Czy wszystkie swoje stare płyty nagrywałeś na instrumentach klawiszowych? Używałeś jakiegoś innego sprzętu? Jak wtedy wyglądał proces nagrywania albumu?

Na początku były to tylko klawisze. Nie miałem wtedy innego sprzętu. Kolorami rozpisywałem na kartkach poszczególne ścieżki, zapisywałem ustawienia dźwięku. Podczas grania musiałem wyobrażać sobie jakby dana ścieżka komponowała się z pozostałymi, które będą na nią nałożone. Zaznaczałem to sobie odpowiednio na wspomnianych kartkach, próbując jednocześnie spamiętać wszystko do chwili wykupienia czasu w studiu i nagrania albumu. W końcu udało mi się dorwać keyboard z sekwencerem, który pozwolił mi nagrywać moje pomysły i pracować nad kilkoma ścieżkami jednocześnie.


W książeczce do płyty „The Stargate” widnieje napis „To be continued…”. Czy jest to otwarta furtka na przyszłość? Czy już wtedy wiedziałeś, że twoja muzyka wkrótce ulegnie diametralnej przemianie?

Nie, w trakcie pisania i nagrywania „The Stargate” nie miałem jeszcze takich planów. Album powstał na przełomie 1997 i 98 roku, a Earache wydało go dopiero w drugiej połowie 1999 roku. W tamtym czasie zacząłem pozbywać się resztek złudzeń co do tego, dokąd to wszystko zmierza. Zakończyliśmy trasę u boku Christian Death, przeniosłem się z powrotem do Norwegii i zdałem sobie sprawę, że czekają mnie spore zmiany. Notka „To be continued…” została tam umieszczona ponieważ w chwili gdy materiał powstawał koncept „The Stargate” był spory i przewidywał nagranie jeszcze jednego krążka.


Czy zmiana stylu muzyki przyszła naturalnie czy był to bardziej złożony proces? Co spowodowało, że podjąłeś taką decyzję?

Chciałem zrobić coś, co byłoby dla mnie bardziej szczere i oddawało moje ówczesne fascynacje muzyczne. Coraz bardziej wsłuchiwałem się w starsze dokonania Ministry, NIN, Skinny Puppy, Enigma, KMFDM, Sisters of Mercy, a także starsze rzeczy, takie jak Iggy and the Stooges, White Zombie itd. Moja rockowa krew coraz bardziej zaczęła dawać o sobie znać. Zdecydowałem, że chcę pójść w kierunku, który był dla mnie naturalny.


Poczynając od „The Smell of Rain” Mortiis zaczął być zespołem w prawdziwym tego słowa znaczeniu. O ile mi wiadomo Levi jest członkiem grupy od tamtego czasu. Planowałeś zebranie stałego składu, czy może wolałeś zostawić sobie więcej swobody na potrzeby ewentualnych zmian?

MortiisJuż w trakcie prac nad „The Smell of Rain” zdawałem sobie sprawę, że będę potrzebował zespołu. Wtedy jeszcze nie udało się go stworzyć. Zebrałem kilku ludzi, którzy pracowali ze mną nad „The Stargate”, takich jak na przykład Sarah Deva. Gitary na tę płytę nagrał Chris Amott z Arch Enemy. Mieszkaliśmy w tym samym mieście, a ponadto znałem się z jego bratem Michaelem. Ostatecznie jednak bardziej zakumplowałem się z Chrisem. Bass nagrany został przez znajomego z mojego rodzinnego miasta, Asmunda Sveinungaarda, który ostatecznie dołączył do Mortiis w charakterze gitarzysty na kilka następnych lat. Pierwszy skład tworzyli ludzie z mojego otoczenia, nie był to regularny zespół. Na gitarach Asmund Sveinungaard oraz Anund Grini oraz Svein „Leo” Traserud za garami. Zagraliśmy razem trasę oraz kilka oddzielnych koncertów. Anund opuścił zespół latem 2002 roku i właśnie wtedy na jego miejsce dołączył Levi.


Wiem, że jesteś zagorzałym kolekcjonerem winyli. Kiedy zacząłeś budować swoją kolekcję i ile tytułów już posiadasz? Czy możesz wymienić pozycje, które mają dla ciebie szczególną wartość?

Winyle zbierałem odkąd sięgam pamięcią. Miałem przerwę między 2001, a 2010 rokiem, kiedy to nie kupowałem do kolekcji kompletnie nic. Sporo rzadkich tytułów sprzedałem, aby pokryć wszystkie wydatki związane z powstaniem płyty „The Great Deceiver”. Zaległości w kolekcjonowaniu zacząłem intensywnie nadrabiać jakieś pieć lat temu. Myślę, że najcenniejsze pozycje jakie posiadam to te związane z Venom. Mam „Black Metal” na oliwkowo- zielonym winylu, który jest niesamowicie unikatowy, posiadam też „Welcome to Hell” na brązowo- czarnym winylu, którego wyszło tylko 5 kopii na cały świat. Na niebieskiej 7” mam singiel „Warhead”, który także jest mocno poszukiwany. Obecnie mam około 3000 winyli. To przyzwoita liczba, ale to nic w porównaniu do zbiorów znanych mi ludzi, którzy posiadają po 6- 10 tys. egzemplarzy w swoich kolekcjach. Mam znajomego, który posiada 18 tys. tytułów.


A pamiętasz swój pierwszy winyl?

Pierwszym winylem, który zdobyłem był „Let There Be Rock” AC/DC. Gwizdnąłem go z miejscowego sklepu płytowego. Nie miałem wtedy pieniędzy, żeby go kupić. (śmiech)


Przez wszystkie lata wypuściłeś sporo limitowanych wydawnictw. Niektórzy fani nie mieli szansy, aby się w nie zaopatrzyć. Czy kiedykolwiek myślałeś o wznowieniu takich perełek jak VHS „Reisene til Grotter og Odemarker”, książki „Secrets of My Kingdom” czy ściśle limitowanego „Perfectly Defect”?

Przedostatni album, „Perfectly Defect” doczeka się wydania na CD i LP w niedalekiej przyszłości. Co się tyczy VHS to póki co nie ma żadnych planów by wznawiać materiał w tym formacie. Jednak wersja na DVD nie byłaby głupim pomysłem. Kilka osób pytało mnie o ponowne wydanie książki, także może pomyśli się coś w tej kwestii.


Ogromnie dziękuje za twój czas i odpowiedzi na wszystkie pytania. Aby tradycji stało się zadość ostatnie słowa należą do ciebie…

Cóż, dzięki za nieustające zainteresowanie. Sprawdzajcie www.mortiis.com, tam znajdziecie wszystkie aktualizacje dotyczące zespołu.

 

O Autorze

Muzyka metalowa to moja pasja numer jeden już od jakiś 12-13 lat. Wszystko zaczęło się od kolekcjonowania płyt, co z resztą trwa do dziś. Przez te wszystkie lata prowadziłem korespondencję z innymi fanami, muzykami, próbowałem swoich sił wydając zina, fanowsko tłumaczyłem wywiady, recenzje, notki do płyt itd., a obecnie prowadzę bloga. Metalu nigdy mi nie dość! http://welcometothemorbidblog.blogspot.com/ https://www.facebook.com/WelcomeToTheMorbidBlog/

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany