Dnia, w którym po raz pierwszy usłyszałem MORTIIS nigdy nie zapomnę. Nie dlatego by muzyka człowieka z dużym nosem specjalnie przypadła mnie do gustu, lecz dlatego, że byłem pewien iż popsuł mi się mój ukochany walkman


S

łucham, słucham, plumka, plumka.

– Intro – myślę. Wyjąłem kasetę, przewinąłem kawałek na długopisie. Włączam. Cały czas to samo intro. Naciskam na autorewers. Cholera! Nie działa! Wciąż gra to samo. Aż się spociłem z emocji. Po chwili jednak odetchnąłem.

– Tak ma być – to minimalistyczny ambient – pouczył mnie kolega z ławki.

– Zajebiście – pomyślałem, żałując że nie mam w domu klawiszy, bo byłem gotów ze trzy takie demówki nagrać po powrocie ze szkoły.

693I tak sobie nochal plumkał, a ja to plumkanie bardzo polubiłem. Aż do płyty The Stargate, której od lat nie słuchałem, ale pamiętam, że ambiwalentne uczucia we mnie wywołała. Pokochałem ją za z rozmach, wyobraźnię, patos i przepych, ale jednocześnie znienawidziłem za kicz okrutny, efekciarstwo i tandetę. Dziś boję się ją włączyć, więc na wszelki wypadek nie włączam.

No i później była moja ukochana „The Smell of Rain”, ukochana do dziś. Nawet sobie winyl (2LP) kupiłem, ale syf straszny bo mi jeden utwór ucina się w połowie na stronie B i wznawia od połowy na stronie C. No nieważne – i tak większość osób nie wie co to jest winyl .

Spodobał mi się ten album już w chwili gdy wziąłem go po raz pierwszy do ręki – graficznie moim zdaniem rewelacja. Długi nos na pustyni w bandażach nabrał charakteru. Charakteru nabrała też muzyka – balansująca na pograniczu popu, electro, gotyku. Z różnymi rzeczami mi się kojarzy – nawet Davida Bowiego tu czasami słyszę. Uwielbiam ten lekko transowy, hipnotyzujący klimat – wracam do tego albumu regularnie od chwili premiery i nie znudził mi się ani odrobinę.

Później Mortiis poszedł już w nieco inne klimaty – jego muzyka zyskała jeszcze więcej industrialnego chłodu, ale i przebojowości. Na ostatniej, ubiegłorocznej płycie słychać mocno Marilyn Manson i Roba Zombie. Ale jest też coś jeszcze – coś unikatowego i oryginalnego, co towarzyszy tej muzyce od wielu wielu lat.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany