Po raz pierwszy MYSTICUM usłyszałem w 1996 roku na składance dołączonej do pierwszego numeru magazynu MYSTIC ART. Nigdy nie zapomnę tej chwili – „The Rest” po prostu zgwałciło moje uszy – ten ekstremalny, wulgarny black metal w połączeniu z elektronicznym, perkusyjnym bitem zrobił mi dziurę w głowie. Ta muzyka była ekstremalna, szalona i nowoczesna – tak nie grał nikt wcześniej i jak się okazało – nikt później…


FullSizeRender 4A

ż trudno uwierzyć, że od premiery „In The Streams Of Inferno” minęło dwadzieścia lat. Trudno uwierzyć gdy uświadomię sobie jak starym dziadem już jestem, a jeszcze trudniej gdy do tej płyty powracam i okazuje się, że te dźwięki zupełnie się nie zdezaktualizowały. A wydaje się, że powinny – bo zwykle muzyka, która brzmi nowocześnie w chwili swojej premiery, często po latach wypada naiwnie – niczym efekty specjalne w starych filmach, albo bryła samochodu, który kiedyś wyglądał futurystycznie, a dziś jest jawi się pokracznie i niezgrabnie.

Nadzieja na przyszłość

Mysticum się jednak broni – przez te dwadzieścia lat ich debiut wciąż ma siłę niszczącego tornada. Ta muzyka jest zimna, brutalna i bezduszna, ale jednocześnie dość melodyjna i na swój sposób klimatyczna. Co jeszcze ciekawe, mimo upływu dwóch dekad „In The Streams Of Inferno” wciąż cechuje się dużą dozą oryginalność. Mysticum zapoczątkowali granie, które nie znalazło godnych kontynuatorów. Owszem niejeden zespół podejmował próby łączenie black metalu z, nazwijmy to w uproszczeniu, industrialem, ale nikt nigdy nie zbliżył się do takiej formy ekspresji, jaką zaproponowało MYSTICUM w 1996 roku. Wówczas wydawało mi się, że ta płyta będzie prawdziwym przełomem – wyobrażałem sobie, że w przyszłości rozwój black metalu (zresztą innych podgatunków metalu również) będzie polegał na łączeniu z elektroniką. Typową death metalową płytą z 2016 roku wyobrażałem sobie jako ścianę brutalnych gitar napędzaną rytmicznym bitem, nad którym górują nieludzkie, komputerowo przetworzone wokalizy. Sądziłem wtedy, że taki Soulstorm będzie wyznacznikiem rozwoju muzyki death metalowej. Czas pokazał, że bardzo się myliłem – o Mysticum nie pamięta już prawie nikt, a o Soulstorm dosłownie nikt, a współczesne płyty black i death metalowe bardzo często brzmią jakby były nagrane na początku lat dziewięćdziesiątych.

FullSizeRender 3

Złowieszcza aura

Ale wróćmy do „In The Streams Of Inferno”. Na froncie zdjęcie skalistego brzegu na który wdzierają się spienione morskie fale. Idealnie oddaje klimat zawartej na krążku muzyki, zimnej, twardej o monochromatycznej kolorystyce. Nad zdjęciem góruje logo „MYSTICUM” – kiczowate do granic bólu – rogi, pioruny, trójząb, księżyc i odwrócone krzyże. Dziś można uśmiechnąć się pod wąsem – kiedyś wydawało się złowieszcze, groźne i całkiem poważne. Zresztą czy duch z kosą i pajączek w logo DEATH wydawały się infantylne? Nie. Skrobało się je na szkolnych ławkach, krzesłach i wymalowywało na okolicznych murach z nabożną czcią i pełną powagą. W środku zdjęcie jakiegoś rurociągu otoczonego pierścieniami metalowych schodów i znaczek „Never Stop The Madness” – a co? To w końcu black metal. Tu nie było granic ekstremy. Na następnej stronie zdjęcie zespołu na tle ruin przypominających starą fabrykę – sprawia wrażenie jakby zostało zrobione spontanicznie, bez żadnej zapowiedzi i bez żadnego pozowania. Na dalszych stronach kolejne zdjęcia – w tonacji czarno białej, znów w industrialnej scenerii – jest w nich jakiś niepokojący klimat szaleństwa. Szczególnie Cerastes z tymi swoimi białymi białkami, potarganymi włosami i rękami, na których zdaje się, że widać ślady po strzykawkach sprawia wrażenie jakby właśnie uciekł z zakładu dla obłąkanych.

FullSizeRender 2

Diabeł w industrialnym piekle

No i muzyka – 8 utworów o łącznym czasie 37 minut i ośmiu sekund. Zaczyna się mroczne industrialne intro, jakiś szum przypominający odgłosem miarowo pracującą maszynę. I w to wszystko wchodzi wspomniany już „The Rest” – mocne, mechaniczne, zimne gitary napędzane bezdusznym perkusyjnym bitem, pod koniec minuty jest lekkie, bardziej przestrzenne zwolnienie i znów bezlitosny bit. Do tego demoniczne black metalowe wokalizy i dość wyrazista linia melodyczna, bo mimo całej swej bezwzględności i intensywności Mysticum nie gubi swoistej melodyki. Kto wie, gdyby ten album został nagrany z żywym perkusistą to wyszedłby typowy black metalowy album, oddający ducha tamtych czasów. Na „Let The Kingdom Come” formuła „The Rest” kontynuowana, szybkość, bezwzględność ekstremalność. Jest też zwolnienie, melodyjna gitara i mroczny black metalowy klimat, w który po chwili niczym ostrzał z pancernego działa znów wbijają się elektroniczne bity. Gitary wciąż jednak tworzą melodyjne frazy, a mroczny klimat zalewa te odhumanizowane dźwięki jak wzburzone fale morskie skalisty brzeg, przedstawiony na okładce. Siłą debiutu MYSTICUM są doskonale zachowane proporcje pomiędzy szybkością, bezdusznością i radykalizmem, a mrocznym wyciszeniom i ponurym melodiom, budującym mroczny diabelski klimat .

Siła muzyki, siła sentymentu

Patrząc na wizerunek tego zespołu możemy odnieść, że im chodzi tylko o soniczną przemoc i muzyczne zezwierzęcenie. Nic z tych rzeczy – ta płyta jest naprawdę dobrze przemyślana i nie popadając w monotonię nie pozwala na znudzenie.

Choćby ten świetny, selektywny riff w kolejnym „Wintermass”, który wybrzmiewa na tle bardziej stonowanych uderzeń mechanicznym partii rytmicznych, ta melodyka tworzona nie tylko przez same gitary, ale i partie klawiszy, a w połowie drugiej minuty znów bezwzględne przyśpieszenie i skomasowana gitarowo-industrialna ściana dźwięku. Gdy powraca selektywny riff, wydaje się być wręcz zuchwały, a jego siła niepohamowana.

Początek „Where The Raven Fear” brzmi jak kolejne mroczne intro. Gdy się jednak rozkręca to do szaleństwa – automat perkusyjny strzela jak karabin maszynowy, ale nie jednostajnie – te uderzenia nadają specyficznej motoryki, a miejscami wzniosła melodia nadają temu utworowi podniosły, wręcz orkiestracyjny charakter. „Crypt Of Fear” zaczyna się natomiast melodyjnym black metalowym riffem i gdyby nie perkusyjny automat to pewnie mielibyśmy typowy, leśny black metal najwyższej próby, grany w Skandynawii w połowie lat dziewięćdziesiątych na potęgę. Gdzieś po trzeciej minucie mamy i partie klawiszowe i sample mogące kojarzyć się z grą orkiestry.

„In You Grave” to kwintesencja stylu Mysticium – ściana gitar napędzanych automatem perkusyjnym, poparte black metalowym krzykiem. Jeśli mamy zwolnienie to tylko po to, żeby maszyneria trochę ostygła i po chwili znów podkręciła szybsze tempo. I znów charakterystyczne jest to, że w bezduszności automatu i w tym industrialnym chłodzie Mysticum nie traci specyficznego mrocznego klimatu i piękna, które w norweskim black metalu często łączyło się z fascynacją potęgą i pięknem przyrody – nawet jeśli podziwianej pod osłonę bezksiężycowej nocy.

MYSTICUM powrócili po latach z drugą płytą. Dwa lata temu wyszła „Planet Satan” – płyta, którą w chwili premiery przyjąłem bardzo ciepło, a i dziś pewnie złego słowa o niej nie powiem. Ilekroć jednak pomyślę – „Mysticum”  moja ręka sięga na półkę po ich debiut. Do dwójki nie wracam. Może wygrywa siła sentymentu a może po prostu – mimo, że nagrali dobry album – to jednak nie sprostali swojej legendzie?

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany