Był taki moment w latach 70-tych, że na muzycznej mapie świata miasto Cleveland rozbłysnęło jasnym światłem. Podupadające centrum amerykańskiego przemysłu stalowego wydało ostatnie tchnienie, czy raczej bolesne jęknięcie, którym jednakże nie były odgłosy dochodzące z młotowni, czy walcowni hydraulicznej, lecz muzyka postpunkowej kapeli Pere Ubu. Piszę „postpunkowej”, choć równie dobrze można by napisać „industrialnej”, bowiem te rejony również nieobce były członkom zespołu – nie tylko z uwagi na miejsca pierwszych prób i koncertów (opuszczone magazyny i fabryki), ale przede wszystkim z uwagi na dźwięki, odzwierciedlające pejzaż, w którym przyszło muzykom żyć i tworzyć


pere-ubu_band2N

azwę zaczerpnęli z przesyconej absurdem sztuki Alfreda Jarry „Ubu Król, czyli Polacy” – dzieła prekursorskiego dla ruchów artystycznych, takich jak Dada i Surrealizm. Trudno wyobrazić sobie lepszy punkt odniesienia dla prezentowanej tu grupy pięciu odszczepieńców, niż właśnie ten nowatorski pod względem języka, ociekający groteską spektakl, który podczas premiery w 1896 r. wywołał skandal i zamieszki w teatrze. Zarówno Jarry w swoim dziele, jak i amerykanie z Pere Ubu w swojej muzyce, potrafili zdezorientować widza, odrzucić znane formy ekspresji i wejść na nieznane dotąd terytoria. Już sama osoba frontmana – Davida Thomasa – dziwnym trafem wydaje się wręcz stworzona do tego, by przewodzić grupie muzycznych sztubaków. Zwalisty w swej posturze, o pucołowatej twarzy, z małymi świdrującymi oczami, Thomas wizualnie prezentował się, jakby przeniesiona do rzeczywistego świata postać samego Ubu, dla której inspiracją z kolei, był szkolny profesor fizyki – ponoć grubas o świńskich oczkach – z którego żarty robili sobie koledzy nastoletniego Jarry. Można powiedzieć, że idea zatoczyła koło.


Wydany w 1978 r. debiutancki krążek „The Modern Dance” do dziś nie stracił nic ze swojej oryginalności. Ba, jeśli wziąć pod uwagę miałkość i bolesną przewidywalność większości współczesnej muzyki rozrywkowej/alternatywnej, wciąż może stanowić wzór odwagi i radykalizmu. Już otwierający płytę „Nonalignment Pact”, odwracając logikę paktu o nieagresji i proponując „pakt o nie zawieraniu sojuszy”, sugeruje, że zespół nie będzie się oglądał na innych i zamierza stawiać własne warunki gry. Jednocześnie jest to chyba najłatwiejsza w odbiorze kompozycja, wpuszczająca nieświadomego słuchacza na dźwiękowe pole minowe. Choć oczywiście w toku trwania płyty zdarzają się momenty w prosty sposób chwytające za serce, to jednak przez większość czasu nasza wiedza na temat muzyki rockowej jest poddawana gruntownej rewizji.

pereubu-themoderndance-1978-albumcoverKlisze gatunkowe deptane są szczególnie za sprawą syntezatorowych bazgrołów Allena Ravenstine’a i charakterystycznego wokalu Davida Thomasa. To dwa najbardziej rozpoznawalne elementy twórczości Pere Ubu – zapewne dlatego, że zanim nauczycie się delektować tą muzyką, właśnie one będą dla Was najbardziej irytujące. Ravenstine, nawet przez chwilę nie próbuje tworzyć przyjaznej dla ucha melodii, zamiast tego częstując nas szumami, świstami, piskami w wysokich rejestrach i zapijaczonym dysonansem. Czasami aż prosi się użyć określenia „kocia muzyka”, bo dokładnie tak to brzmi. Z drugiej jednak strony – jak pięknie uzupełnia ona trzymającą fason sekcję rytmiczną. Po kilku lekturach „The Modern Dance”, każdy pisk, każdy fałsz, wydaje się bezbłędnym posunięciem, idealnie trafionym w moment, zaś wszystkie pokraczne melodyjki, które chcieliście wyśmiać i uznać za nonsensowne, nagle nabierają tyleż specyficznej, co niezaprzeczalnej logiki.

Podobnie rzecz ma się z neurotycznym lamentem Davida Thomasa – prawdziwą sygnaturą zespołu, sytuującą go w rubryce love it or hate it, z dużą dozą przekonania, że będzie to właśnie ta druga opcja, przynajmniej dopóki w głowie słuchacza nie połączą się wszystkie elementy tej układanki. Znając jednak założenia tego dadaistycznego cyrku i rozumiejąc jego sarkastyczno-alarmujące przesłanie, nie sposób chyba wyobrazić sobie lepszej ekspresji wokalnej, niż to groteskowe rżenie, jakim raczy nas lider Pere Ubu.

Paranoicznego pejzażu muzycznego dopełniają powtykane tu i ówdzie dźwięki wzięte z codzienności – słyszymy odgłosy tłumu, śmiechy, dziwnie niepokojący szmer rozmów, lejącą się wodę albo brzęk tłuczonego szkła. „Ubowcy” lubią czasami roztoczyć przed słuchaczem prawdziwy dźwiękowy collage, tak jak to robiły co bardziej eksperymentalne kapele z lat 60-tych, ale przecież także dużo późniejsze zespoły z okolic industrialu. Muzyka nabiera wtedy jeszcze bardziej zimnego, miejskiego posmaku i staje się w jeszcze mniejszym stopniu przewidywalna.

Obcując z debiutem Pere Ubu trudno pozbyć się odczucia, że tytułowy „nowoczesny taniec”, to po prostu współczesny rytm życia – zestaw rutynowych i w dużej mierze mechanicznych figur, wykonywanych przez ludzi uwięzionych w cywilizacyjnym potrzasku, gdzie zniewalający przymus pracy i konsumpcji miesza się z coraz większym katalogiem neurotycznych zachowań.


David Thomas powiedział kiedyś, że nie lubi zajmować się rzeczami, o których wie, że umiałby je zrobić, co oczywiście stanowiło nieco zawoalowaną formę stwierdzenia, że w Pere Ubu chodzi o ciągły rozwój i poszukiwanie nowych środków wyrazu. Słysząc „Dub Housing” nie sposób zaprzeczyć temu stwierdzeniu, chociaż można powiedzieć, że pierwsze trzy krążki zespołu stanowią dość spójny pod względem formy, najbardziej radykalny etap twórczości. Późniejsze płyty, począwszy od „The Art Of Walking”, skłaniały się ku bardziej wygładzonej strukturze, zaś zespół wyraźnie stępił swój lwi pazur (co nie musi oznaczać automatycznie muzyki gorszej jakości – nie w tym przypadku).

pere-ubu_dub-housingNa dwójce wciąż dominują wątki ekspresjonistyczne, tyle, że odmalowane w ciemniejszych barwach niż poprzednio. Jeszcze silniej niż na „The Modern Dance” zaznacza się udział syntezatora, a muzyka płynie rozjeżdżając się we wszystkich kierunkach, jakby zaraz miała stracić wszelkie elementy konstrukcyjne. Momentami panuje tu pierwotny, wręcz plemienny szał. David Thomas łka, wyje, bełkocze coś w somnambulicznym transie – nie bez powodu wielokrotnie porównywano go do Captaina Beefhearta. Manierę wprawdzie mają diametralnie różną, ale poziom choroby ten sam. W tle pulsuje dubowy bas, coś piszczy, brzdąka, chrobocze – istna dźwiękowa katastrofa. Oczywiście ludziom wychowanym na gitarach brzmiących, jak wiertarki, może się ta muzyka wydawać z początku zupełnie niewinna. Problem w tym, że dzisiejsza dźwiękowa ekstrema jest często jedynie do bólu przerysowaną i uboższą intelektualnie wersją tych środków formalnych, z jakich korzystali Pere Ubu i ich rówieśnicy. Chciałoby się rzec, iż o taki właśnie hałas chodzi w muzyce rockowej. Z kolei kapele, które dziś mordują najskuteczniej, wcale nie uzyskują dobrych rezultatów dzięki zmasowanej produkcji, czy nakładaniu na siebie kilku ścieżek gitar, albo technicznemu łomotaniu w zestaw perkusyjny, a właśnie dzięki sprytnie zaaranżowanym dysonansom i czemuś, co należałoby nazwać inteligentną kakofonią. Odpalając „Dub Housing” możecie odnieść wrażenie, że wkraczacie w świat „asymetrycznych” melodyjek, w których dźwięki powinny bezładnie polecieć na łeb, na szyję, a zamiast tego układają się w lekko jazzujące ciągi (jak w kawałku tytułowym), kumulują w sobie niepokojący nastrój („Caligari’s Mirror”, „Thriller!”, „Codex”), bądź uzupełniają transowe syntezatorowe podkłady („Blow Daddy-O”).

Oczywiście tu nic nie dzieje się przypadkowo i bez powodu. Muzyka Pere Ubu była jednym z manifestów tzw. „przegranego pokolenia” – młodych ludzi wzrastających w społeczeństwie pozbawionym znaczącej narracji, w świecie postaw konformistycznych i ideologicznej pustki. Z tej perspektywy wokalne wybryki Davida Thomasa jawią się jako metafora kompletnie zidiociałego człowieka epoki postindustrialnej, natomiast muzyka – znerwicowana i konwulsyjna – jeszcze dobitniej podkreśla te skojarzenia.

Warto zauważyć, że Pere Ubu nawet w towarzystwie największych innowatorów tamtej epoki, jak Chrome, Talking Heads, czy Television jawią się jako zespół wyjątkowy i nieporównywalny z niczym innym. Jest miejsce na wykolejony beefheartowski blues, jest wyrafinowanie rocka progresywnego, jednakże pozbawione bezproduktywnej wirtuozerii, za to połączone z punkową energią. Kto wie, czym byłby dzisiaj rock, gdyby pozostał domeną wyłącznie tej klasy wykonawców.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany