„Opowieści z przeszłości…” to nowe MCD SALTUS i chyba trudno byłoby o bardziej adekwatny tytuł dla tego materiału.

WWarszawianie na niespełna 22 minuty przenoszą nas w przedchrześcijańskie czasy, w których oddawano hołd pradawnym bóstwom, a leśne ostępy kryły coś więcej niż papierzaki*, puszki po piwie i zużytą armaturę łazienkową.
Ta wędrówka w czasie pozwala nam się znaleźć pośrodku niekończących się lasów, wiekowych rozłożystych dębów, których liście szepczą historie o pogańskiej dumie, a cienie skrywają dusze poległych wojowników.

Nie ma tu jednak grania na źdźble trawy, dmuchania w ligawkę czy tańców wokół ogniska z wiankiem z kwiatów rumianku wplecionym we włosy. Stylistycznie w muzyce SALTUS mamy sporo black metalowego jadu, death metalowej gwałtowności, ale także melancholijnych zwolnień, akustycznych partii i patetycznych deklamacjami. Nie brak tu klasycznych metalowych riffów – jak choćby w trzecim na płycie „Duchu Ciemnych Borów”. Ale nie uprzedzajmy – zaczyna się utworem „Czyn i Wola”, którego początek przywodzi mi na myśl Behemoth. Główny riff w „Czasie zemsty” mocno mi się z czymś kojarzy i gdy już prawie wiem z czym i mam to już na końcu języka, to z chwilą gdy próbuję wypowiedzieć ześlizguje mi się po brodzie i umyka w leśne igliwie.

No ale przecież muzyki słuchamy nie po to by szukać w niej tropów i podobieństw, ale przede wszystkim dla przyjemności. I przyznam, że swoim ostatnim materiałem SALTUS całkiem sporo mi jej dostarczył, prezentując materiał zróżnicowany i po prostu ciekawy.
Oprócz wyrazistych riffów, sporej dawki melodii i naprawdę dobrych partii perkusji podobają mi się też wokale. Mało rzeczy irytuje mnie równie mocno jak wokalista, który posługuje się językiem polskim, ale jednocześnie nie mogę go zrozumieć i wyłapuję co trzecie słowo. Wokalistę SALTUS rozumiem. I od razu nasuwa się pytanie? Czy to dobrze? Bo przecież w polskich tekstach (a szczególnie już w tekstach o takiej tematyce) bardzo łatwo popaść w śmieszność. Mnie jednak warstwa liryczna SALTUS nie śmieszy – nie jest odkrywcza, ani oryginalna, ale nawet jeśli czasami trąci banalnością to wyczuwam w tym jakąś szczerość i autentyzm. Jakkolwiek durnie by to nie brzmiało SALTUS wydaje się być prawdziwy w tym co robi, a owa szczerość przekazu pięknie z tej muzyki wypływa i udzielają się słuchaczowi.

Nawet zamykająca płytę pieśń kurpiowska „U mojej matecki”, znana mi wcześniej z interpretacji Kapeli ze Wsi Warszawa, w wykonaniu SALTUS zyskuje ciężar i pewną rzewną nutę melancholii, smutku i zadumy. Nie jestem wielkim fanem folkloru i uważam, że często próby połączenia go z muzyką metalową przypominają adaptację postaci z kreskówek do filmów pornograficznych. Pośmiać się z tego mogę, ale żeby się podniecać to już nie za bardzo.

SALTUS mnie jednak swoją „matecką” w pełni przekonał i gdy tylko wybrzmi jej koniec to od razu mam ochotę ponownie wcisną „play”, nasunąć szyszak na głowę i ruszyć ku mrocznym borom konno lub pieszo.


*papierzak – ludzki stolec przykryty papierem toaletowym bądź chusteczką higieniczną

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany