Nazwa OWLS WOODS GRAVES nie mówiła mi absolutnie nic, ale zwróciłem na nich uwagę dzięki wydawcy. Tak się składa, że nie pamiętam by mój muzyczny gust kiedykolwiek rozminął się z Malignant Voices. I to nie tylko w black i death metalu, ale nawet w przypadku takiego dziwadła jak LICHO, które pewnie nie sprzedało się w nakładzie miliona egzemplarza i nie wystąpi na festiwalu Brutal Assault, ale podbiło moje serce swoim indywidualizmem i niepowtarzalnym ludycznym klimatem. Choć oczywiście w pierwszej chwili odstraszało, zniechęcało i nasuwało pytanie: czy to oby na poważnie?

fullsizerender-70

W przypadku OWLS WOODS GRAVES nie było żadnej konsternacji. Zakochałem się od „ugh!”, które pada w pierwszej minucie i 12 sekundzie utworu otwierającego płytę. I gdy po „ugh!” wchodzi „ten riff” to właściwie nie można już nie kochać tego zespołu i ich debiutanckiego MCD. Nie ma takiej opcji! Chyba, że ktoś nie lubi black metalu i nie kocha punka. Bo w OWLS WOODS GRAVES dominują właśnie te dwa składniki. Co warto jednak podkreślić „Sowy” nie mają nic wspólnego z estetyką – moim zdaniem przereklamowanego KVELERTAK. Ich black metal jest bezczelny i pełen arogancji, a punk naprawdę brudny i gorzki w swojej wymowie. O ile KVELERTAK jedzie mi jakąś ugrzecznioną wersją punka a la GREEN DAY, tak w przypadku OWLS WOODS GRAVES moje skojarzenia biegną ku agresji MINOR THREAT, nieokiełznania GG ALLINA czy surowości i szlachetności wczesnego ANGELIC UPSTARTS.

Ta muzyka jest wulgarna i bezczelna w swojej wymowie – jednocześnie sprawia wrażenia nagranej na zupełnym luzie i skrajnym spontanie. Bez zbędnej kalkulacji, wykresów kołowych i analiz wizualizowanych w PowerPoincie. Te dźwięki są naturalne i zagrane z taki polotem jakby nie zostały zarejestrowane w studiu i kreowane podczas wielogodzinnych prób, ale powstały tu i teraz – pod wpływem chwili, podczas zakrapianej imprezy, na której w nagłym natchnieniu ktoś zapragnął zakląć w muzyce swój gniew, przecedzony przez muzyczne fascynacje muzyką brudną, surową i wulgarną. Muzyką, która nie buduje lecz burzy i w tej pijackiej destrukcji odnajduje przyjemność tworzenia i upojną radość w przeżywaniu trwającej chwili.

Nie wydaje mi się by za dwadzieścia lat ktokolwiek pamiętał o tej płycie i prawdę mówiąc niewiele mnie to obchodzi. Jest godz 3:15, za niespełna trzy godziny wstaję do pracy, a tymczasem OWLS WOODS GRAVES rozsadza swoim feelingiem mój pokój i krzyczy do mnie „chwilo trwaj!”, a ja kończę piwo i mam absolutnie wyjebane na wszystko. Bo czasami tak musi być, bo czasami trzeba żyć chwilą, która trwa…

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany