Dziś będzie klasyk lat 90-tych. Może nie tak oczywisty, jak „Nevermind”, czy „Loveless”, wciąż jednak klasyk. Przy okazji coś dla ludzi, którzy nie boją się emocjonalnej ekspresji płci pięknej. „To Bring You My Love” autorstwa P.J. Harvey, to płyta do cna przesiąknięta estrogenami – i to nie jest zarzut. Z tym, że bohaterka niniejszego wpisu zdaje się myśleć i tworzyć w taki sposób, jakby mimo wszystko również miała jaja.


pjharvey_tobringyoumyloveNa tej płycie Polly ma nie jedną parę cojones, a co najmniej kilka, bo jej twórczości patronują starzy bluesmani – praojcowie wszystkiego co najbardziej czadowe i seksowne w rocku: John Lee Hooker, Robert Johnson, Howlin’ Wolf i Lead Belly. Ich obecność jest wyraźnie wyczuwalna w dźwiękach i w atmosferze albumu. Oczywiście są tu też wpływy bardziej współczesne niż absolutna prehistoria: liryczne rodzynki zakoszone z repertuaru Captaina Beefhearta, nieokiełznana energia Iggy’ego Popa & The Stooges i melodramatyczność Patti Smith. Zapytam retorycznie – czy z takim zapleczem można spierniczyć nabożeństwo?

pjharvey_960MMimo wszystko warto na moment odpuścić rozbieranie warstwy dźwiękowej na czynniki pierwsze i posłuchać tej płyty samym sercem. Ja tak robię i przyjmuję na klatę wszystkie tajemnice i traumy kobiecości: demoniczną seksualność, patologiczną uległość, matczyną miłość/nienawiść, tęsknotę za nieobecnym kochankiem. Perwersyjnego smaczku dodaje fakt, że wszystkie te opowieści o podłożu, w gruncie rzeczy libidinalnym, spowite są symboliką religijną. Bóg, Diabeł – obojętne – zarówno jeden, jak i drugi może stać się sprzymierzeńcem, bądź wrogiem, na drodze do spełnienia. Natomiast ogarniającym wszystko żywiołem jest miłość i tylko ona tak naprawdę się tutaj liczy – jest potężną siłą, w obliczu której nawet egipskie plagi wydają się igraszką. Mogłaby to być naprawdę egzaltowana szmira, gdyby nie osobowość Harvey, która wokalnie roztacza przed słuchaczem ogromną paletę emocji i – co najważniejsze – robi to w sposób bardzo sugestywny. Przykładowo, gdy w doskonałym „Send His Love to Me” błaga Niebiosa, by zwróciły jej upragnionego kochanka, to – nie ważne drogi czytelniku, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną, nastolatkiem, czy w średnim wieku – będziesz w stanie zatęsknić tak, jak podmiot liryczny w tym utworze.

pjharvey_maxresdefaultŻeby było jasne, choć wątek tęsknoty przewija się przez całą płytę, to jej zawartość nie kończy się na balladowej melancholii. Wszak jest to pełnokrwisty, amerykański rock (chociaż robiony przez Brytyjkę), korzystający ze spuścizny bluesa (przede wszystkim) oraz z proto-punkowej zadziorności, gdy trzeba skopać dupę słuchaczowi i pokazać kto tu rządzi (myślcie o wspomnianych już The Stooges). Mamy więc też wysokooktanowe killery w postaci „Meet Ze Monsta” oraz drapieżny „Long Snake Moan” z niemal noise-rockowo rzężącym wiosłem. Zresztą wszystkie kawałki na tym albumie – te bardziej i te mniej hałaśliwe – mają swój pazur. Ponadto, w tych dźwiękach zaklęte są pokaźne dawki sex-appealu – czegoś, co było nieodłącznym składnikiem rocka od początku jego istnienia, mniej więcej do połowy lat 90-tych, a o czym na śmierć zapomniała większość współczesnych wykonawców okupujących gitarowy mainstream. Urodzona w 1969 roku Harvey, zdążyła załapać się na to „coś” – poetycką kombinację zawadiactwa, ulicznej mądrości i umiłowania życia z nutą autodestrukcji.

pjharvey_downbythewater-2Warto zdać sobie sprawę, że w 1995 roku, kiedy rock alternatywny rock był już osierocony przez Kurta Cobaina, P.J. Harvey, osiągnąwszy tak wielki sukces, miała wielkie szanse stać się kimś w rodzaju damskiego następcy tego pokoleniowego barda (a może nawet zdarzyli się tacy, którzy przypisali jej taką rolę) – tym bardziej, że jej postać ugruntowywała charakterystyczny dla lat 90-tych wizerunek kobiety silnej i niezależnej, zwłaszcza w warunkach muzycznego show-biznesu, wciąż jeszcze zdominowanego przez męską gwardię. W jej osobie stapiało się feministyczne wyzwolenie ruchu riot grrrl z etosem artystek zapełniających przegródkę singer/songwriter. Od tej płyty zaczął się zwycięski pochód, pełen doskonale sprzedających się i uznanych przez krytykę albumów oraz zmienianych za każdym razem scenicznych osobowości.

Na pewno „To Bring You My Love” jest pod względem brzmienia troszkę przystępniejsza niż np. poprzedniczka, czyli „Rid of Me” (którą wyprodukował Steve Albini), ale i tak wciąż wyczuć można tę surową moc, wynikającą z właściwych inspiracji. Tym razem za heblami stanął Flood (znany ze współpracy m.in. z U2, Nine Inch Nails i Depeche Mode), który wystrugał album łączący przebojowość debiutu z bardziej undergroundowym czadem dwójki. Wszystkie składniki zostały więc perfekcyjnie wyważone. Choć w swojej dyskografii artystka miała jeszcze wiele wspaniałych momentów, to do tej płyty wracam chyba najczęściej (obok „Dry”, którą kocham równie mocno). Aż nie chce się wierzyć, że w zeszłym roku stuknęło temu krążkowi 20 lat.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany