Tegoroczne MCD kanadyjskiego PAROXSIHZEM „Abyss of Excruciating Vexes” wydane przez naszą rodzimą Hellthrasher Records z pewnością nie przypadnie do gustu tym, którzy cenią w death metalu wyrafinowane pojedynki gitarowe i porywające melodie. Muzyka PAROXSIHZEM jest tak gęsta, lepka i skomasowana, że jej słuchanie może przypominać zanurzenie głowy w kotle z gotującą się smołą. Jeśli jednak kochacie kanadyjską scenę, spijacie dźwięki z kolejnych płyt Antediluvian, Vasaeleth, Mitochondrion czy Encoffination jak Scarlett O’Hara pocałunki z ust Ashleya Wilkesa, to czym prędzej powinniście się tym zespołem zainteresować


FullSizeRenderP

o nagraniu dwóch demówek, cztery lata temu PAROXSIHZEM zaskoczył naprawdę udanym debiutem zatytułowanym po prostu „Paroxsihzem”. Potężny gęsty black death metal, cuchnący zatęchłym grobem, nad którym marmurową płytę zamknięto kilka wieków temu. Monolityczny, gęsty i odpychający – przy bliższej konfrontacji zyskuje jednak z każdym przesłuchaniem, wciąga zniewala i zostaje w głowie na lata. W muzyce Paroxsihzem jest chorobliwa dzikość i zwyrodniałe zło, które w dosadny sposób odwołują do tego czym powinna być muzyka black death metalowa. Kanadyjczycy nie są przebojowi, nie emanują efekciarstwem i łatwo wpadającymi w ucho riffami – ten mroczny przekaz, ta duszna atmosfera i śmiertelne opętanie współtworzą pozornie nieprzeniknioną czerń, do której trzeba przyzwyczaić zmysły by dostrzec bogactwo, które się w niej skrywa.

Nie inaczej jest z tegorocznym MCD „Abyss of Excruciating Vexes” – te skomasowane, gęste dźwięki stanowią monolit, w który wchodzi się stopniowo, z każdym przesłuchaniem czerpiąc z nich coraz więcej przyjemności. Ta płytka trwa niespełna 25 minut, a obcowanie z nią okazuje się większą przygodą niż słuchanie niejednego pełnego, regularnego krążka. Gdy zwykle po pięciu, sześciu przesłuchaniach wydaje mi się, że płytę już znam – tak w przypadku „Abyss of Excruciating Vexes” miałem wrażenie, że dopiero zaczynam ją poznawać, dostrzegać aranżacyjne smaczki i wyławiać coraz więcej naprawdę ekscytujących momentów. Be, okazuje się, że muzyka Kanadyjczyków jest niezwykle melodyjna, kunsztownie zaaranżowana i na swój sposób wyrafinowana. Tu naprawdę nie ma miejsca na chaos.

Na program krążka składają się cztery autorskie kompozycje plus brawurowo odegrany cover Arkhon Infaustus, który wyszedł im tak wybornie, że aż nabrałem ochoty by odświeżyć sobie dyskografię Francuzów.

Zdecydowanie warto zainteresować się tym zespołem, a ich tegoroczne MCD powinno być zakupem obowiązkowym dla wszystkich, którzy cenią muzykę ekstremalną, wymagającą od swoich odbiorców trochę czasu i zaangażowania.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany