Idealny black metal powinien nie tylko emanować mrokiem i złem, ale mieć w sobie coś chorobliwego, obłąkanego i zepsutego. Ta muzyka musi torturować duszę słuchacza, niszczyć jego umysł i odbierać wszelkie nadzieje. Po przesłuchaniu idealnej płyty black metalowej jej odbiorca powinien wpaść w obłęd i przed dokonaniem ostatecznej samodestrukcji szerzyć odrażającą zbrodnię, nie znajdując w swoim sercu krztyny litości i współczucia. Nie lękajcie się. Chorwaci z POGAVRANJEN nie grają idealnego black metalu. Swoją muzyką jednak zrobili krok w dobrym kierunku


fullsizerender-90

Z POGAVRANJEN po raz pierwszy zetknąłem się za sprawą „Sebi jesi meni nisi”, która ukazała się przed dwoma laty. Obadałem wstępnie w wersji mp3 i stwierdziłem, że to na tyle interesujący materiał, że warto byłoby kupić CD. Niestety album był dostępny tylko w wersji cyfrowej oraz na LP, postanowiłem więc odłożyć jego kontemplację na bliżej nieokreśloną przyszłość. W tym roku płyta doczekała się następczyni „Jedva čekam da nikad ne umrem”, wydanej przez naszą rodzimą Arachnophobia Records. Przypadł mi do gustu jej lekko awangardowy ponury klimat, rozciągnięty pomiędzy psychodelicznymi wizjami, onirycznymi pejzażami i jazzową improwizacją. Jesienią Arachnophobia postanowiła wznowić na CD także poprzedni album Chorwatów „Sebi jesi meni nisi”, wzbogacony o remiks utworu „Strigoi”.

Materiał na tym krążku różni się od ostatniego dokonania POGAVRANJEN prezentując się jako bardziej gwałtowny, dziki i wulgarny. Warto jednak podkreślić, że choć na „Sebi…” Chorwaci nie odpłynęli tak śmiało od esencjonalnej stylistyki black metalowej to ani przez moment ich muzyka nie popada w przewidywalność czy sztampowość. Chorobliwe dźwięki i atmosfera tej płyty wciągają słuchacza powoli, ale głęboko. Nie ma tu prostych i chwytliwych zagrywek, które rozpuszczałyby nam włosy i zwijały dłoń w piąstkę. „Sebi jesi meni nisi” to płyta odpychająca i nieprzyjazna, zgrzytliwa, brzydka i zła. Nawet wszelkie wyciszenia i uspokojenia bardziej przerażają niż dodają otuchy. Instrumentalny „Tkivo Sverira” wprowadza nas w niemal chopinowski klimat, ale już za sprawą „Barutana „Pogavranjen”/Orsang” znajdujemy się w samym środku piekła. I nie jest to jakieś symboliczne piekło z dostojnie przechadzającymi się demonami, ale czysty koszmar wypełniony bólem i cierpieniem. Pomimo niewątpliwej surowości i black metalowej intensywności w muzyce POGAVRANJEN jest pewna transowość i psychodeliczna głębia, która gdzieś na drugim planie nadaje tej muzyce niepokojącą atmosferę rytualnego zła.

Duże wrażenie robią też wokale, swą ekspresją przywodzą na myśl tajemnicze i złowieszcze zaklęcia wypowiadane przez zaciśnięte gardło podczas rytualnych obrządków. Pięknie koresponduje z nimi język chorwacki – nadając oryginalności i unikalnego klimatu. Strukturalnie kompozycje są dość rozpasane, dryfują swobodnie i odważnie ze zmienną intensywnością. Nawet gdy pojawiają się bardziej selektywne i wyraziste rozwiązania rytmiczne to wciąż słyszymy w tle pogłosy, jęki i zawodzenia – jakby skargi pokutujących dusz, uwolnionych z innego wymiaru podczas seansu spirytystycznego przeprowadzonego w fabryce. Nieco wytchnienia daje stonowany i klimatyczny „ Strigoi”, który emanuje podniosłą atmosferą i religijnym natchnieniem, podkreślanym przez nieśpieszny motyw gitarowy o mantrycznej wymowie. Utwór prowadzi nas ku nieco progresywnemu rozwinięciu jakoby zwiastującym rejony, w jakie POGAVRANJEN zapuści się na kolejnym krążku. Remix „Strigoi” przenosi nas w krainę industrialnych zgrzytów, niepojących dźwięków i poszarpanych motywów, jakby wychwyconych z niedostrojonego odbiornika radiowego. Od tego wszystkiego odcinają się partie wokalne – czyste i podniosłe, znów przypominające żarliwą modlitwę wzniesioną podczas religijnej uroczystości.

„Sebi jesi meni nisi” to płyta niełatwa i nieprzyjemna – wymaga koncentracji, skupienia i absolutnie nie nadaje się do roli muzyki w tle. Jej chorobliwy klimat wciąga jednak i zniewala – potrzeba tylko odrobinę czasu by w pełni dać się my opętać i oczywiście pewnej wrażliwości, balansującej na pograniczu muzycznego samookaleczenia. Bardzo mi się ten krążek podoba. Choć nie byłem pewien czy będę często do niego wracał to dziś spędziłem z nim prawie cały dzień i z każdym przesłuchaniem zanurzałem się w tych dźwiękach z coraz większą lubością.

O ile chwaliłem tegoroczną płytę Chorwatów „Jedva čekam da nikad ne umrem”, tak po zapoznaniu się z ich poprzednim krążkiem muszę chyba uznać jego wyższość. „Sebi jesi meni nisi” to walka z opętaniem i przedśmiertne konwulsje, jego następca to już tylko czysta rozpacz, śmierć i początek procesu rozkładu.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany