To był chyba rok 1992. Dowiedziałem się od kolegi, że istnieje taki zajebisty zespół jak Pantera, bo u jego kumpla z ławki na urodzinach było kilku metali i jak włączyli kasetę Pantera z westernem w tytule to tak ich poniosło, że rozwalili mu pół mieszkania. Połamali meble, rozpruli tapczan i pobili wszystkie jajka w lodówce. Brzmiało groźnie. Na tyle groźnie, że choć trochę bałem się o swoje jajka, to postanowiłem zmierzyć się z tą Panterą.
Niestety poszukiwania kasety nie były łatwe – ustaliłem, że wydała ją firma „MG” – tak się jednak dziwnie składało, że u mnie w miasteczku dostępne były głównie wydania TAKT, ELBO, BW i Euro-Star.
 
img_7735Postanowiłem w swych poszukiwaniach wybrać się do Warszawy. Przy ul. Wałbrzyskiej był bazarek, na którym między stoiskiem ze słodyczami, a stoiskiem z warzywami stała drewniana buda. W budzie tej było mnóstwo metalu, a do futryny drzwi wejściowych przymocowana była gumowa ręka z sinymi paznokciami i zakrzepniętą krwią. Ilekroć tam wchodziłem to ta gumowa dłoń przeczesywała moje mizerne, dopiero zapuszczane włosy.
– Czy jest jakaś kaseta Pantery? – zapytałem zanim gumowa dłoń trupa nie przestała się bujać. Facet chwilę się zasępił, pokiwał przecząco głową, ale zaraz dodał, że ma coś bardzo podobnego. Zespół nazywa się Pro-pain i jest wprost zajebisty. Podał mi kasetę z MG, na której zobaczyłem beczkę z płonącą smoła. Skąd wiedziałem, że to smoła? Nie mam pojęcia – wydaje mi się, że po prostu poczułem jej zapach.
 
Gość wrzucił do magnetofonu i kupił mnie już pierwszym riffem. Włosy stanęły mi dęba, że przy wyjściu aż musiałem kucnąć, żeby zmieścić się pod gumową łapą. Wskoczyłem na rower i pognałem jak szalony. Akurat w domu nikogo nie było – mogłem więc odpuścić sobie swój magnetofon z jednym głośnikiem i odpalić kasetę w pokoju rodziców. Ojciec miał magnetofon, podłączany do radia – dźwięk wydobywał się z dwóch kolumn stojących na jasnym regale na wysoki połysk, zakupionym w pierwszej połowie lat 80-tych. W swoim pokoju miałem ciemny regał. Od czasu do czasu wymienialiśmy się tymi regałami, żeby w domu były jakieś zmiany w umeblowaniu.
 
Wcisnąłem przycisk start i po prostu powaliło mnie na podłogę. To była moc! Odkręciłem na full aż szyby w oknach latały, a wata, którą były uszczelnione zaczęła prawie dymić.
 
Wieczorem na ulicy graliśmy z chłopakami w piłkę na bramie sąsiada, z której zrobiliśmy sobie bramkę. Wszystkim opowiadałem o zajebistej, świeżo zakupionej kasecie, opisując muzykę Pro-Pain jako skrzyżowanie metalu z agresywnym rapem. Pamiętam, że wtedy jeden z kumpli zapytał:
– Tak jakby MC Hammer zaśpiewał w Guns n’ Roses?
– No nie zupełnie – przyznałem lekko zbity z tropu.
Nie potrafiłem za bardzo opisać jak gra Pro-Pain. Na szczęście dziś tego robić nie muszę, bo mamy YouTube. Oczywiście Pro-Pain z rapem nie ma nic wspólnego, ale te dwadzieścia pięć lat temu sposób ekspresji wokalnej nie polegający na śpiewie lub growlu potrafiłem określić tylko w ten sposób. Nie miałem wówczas pojęcia o muzyce hardcore, w thrash dopiero mocniej wchodziłem. W natłoku mnogości premier płytowych właśnie sobie uświadomiłem, że nie mam trzech ostatnich płyt Pro-Pain. Z czasem pewnie kupię, ale nie jest to moja pierwsza potrzeba. Do pierwszych dwóch płyt, a szczególnie do debiutu wracam jednak regularnie. 

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany