RAGEHAMMER – The Hammer Doctrine. Dobrze grać można na dwa sposoby. Można grać oryginalnie, nowatorsko i w ogóle tak, jak nikt inny – budować własny muzyczny wszechświat, który będzie chętnie odwiedzany przez słuchaczy, bo nikt inny nie zapewni takich wrażeń jak ten właśnie, jeden jedyny zespół, unikalny, genialny i tak dalej. Można też grać tak, jak ktoś już to robił – powtarzać cudze wzorce, naśladować motywy i serwować to, co już słuchacze dobrze znają, lubią i czego oczekują. Ten trochę uproszczony podział jest tak oczywisty, że przypominam go tylko dla formalności.


D

rugi sposób grania jest łatwiejszy i, paradoksalnie, dużo bardziej ryzykowny. No bo co – uwielbiamy, dajmy na to, VENOM, więc próbujemy grać jak VENOM. Nie ma jednak szans, żeby dorównać VENOM, więc nawet przy dużej sprawności technicznej, zawsze będziemy w cieniu, w drugiej albo i trzeciej lidze, jako dobrzy naśladowcy VENOM, albo wręcz jako klon. Przy dobrych wiatrach da radę z wielu inspiracji wypracować styl niby własny, ale nie na tyle oryginalny, żeby samemu wytyczać kierunki dla innych. Trochę lipa. Można jeszcze grać w ramach retrosceny – celowo grać jak swoi idole sprzed lat, żeby przywołać ducha przeszłości i uronić łzę dla cieniów minionych, ale zwykle kończy się to naśladownictwem tak ordynarnym, że szkoda czasu, chociaż jak ktoś lubi takie granie, to mi nic do tego. ENTRAILS rżną na potęgę z wczesnego ENTOMBED, a jednak mają swoich fanów. Spoko, ale ja wysiadam.

Są na szczęście wyjątki.

Debiut krakowskiej kapeli ukazał się w 2016 roku, ale jakoś mnie ten album ominął, nawet nie wiem dlaczego. Zachęcony dochodzącymi stąd i zowąd głosami zachwytu posłuchałem i zostałem zamordowany.

„The Hammer Doctrine” to, pisząc skrótowo, całkowicie esencjalny metal, z pogranicza thrashu i blacku, tkwiący po uszy w latach osiemdziesiątych. Bardzo brutalny, bardzo chamski i bardzo przebojowy, bez grama cukru, pozbawiony dłużyzn, zwięzły i niesamowicie intensywny. Dziewięć numerów, każdy trochę inny, każdy pełen fantastycznych riffów i wokali, każdy naładowany taką energią, że głowa sama zaczyna machać. Nie ma tu niczego, czego by się wcześniej gdzieś nie słyszało, ale jest to tak podane, że jak już zacznie lecieć, to zapętla się na okrętkę. Najlepiej słuchać tego głośno. Bardzo głośno.

Muzyka jest znajoma, ale nie wtórna; brzmi tylko jak RAGEHAMMER. Stylistycznie jest to tak na moje ucho 75% thrashu i 25% black metalu. Ten drugi ujawnia się głównie w tempach, niektórych wokalach i ogólnie ekspresji, ale jest to oczywiście czysto umowne – „Doktryna Młota” nawiązuje do czasów, gdy te podgatunki nie były oddzielone. Thrash, black, speed metal… nawet trochę epickiego heavy się znajdzie, wystarczy posłuchać niektórych zaśpiewów w „Knives” (ooo-OOO-OO-OOOOO) czy „I Am The Tyrant”. Tekst pierwszego numeru – „First Wave Black Metal” – bezpośrednio wskazuje, z czym mamy do czynienia. VENOM, wczesny BATHORY, ANGEL WITCH, CELTIC FROST i HELLHAMMER, wczesny RUNNING WILD (o, tego to tu słychać dużo!), SLAYER, MERCYFUL FATE, BULLDOZER i kto wie, co jeszcze. Wszystko tu jest, zmiksowane na gładko jak serek homogenizowany i zagrane z tak niesamowitą pasją i mocą, że aż trudno uwierzyć, jakiego ten album ma kopa. Ktoś tu kocha taką muzyką – i to słychać. Podobne połączenie brutalności, szybkości i nośnych riffów jest na „Terrorfront” INFERNAL WAR, chociaż sama muzyka jest nieco inna, ale jeśli szukać jakichkolwiek analogii na polskiej scenie, to ta wydaje się dobra. Zresztą, takich korzennych black/thrashowych kapel jest więcej, no bo i przecież jest jeszcze WITCHMASTER i VOIDHANGER, ale RAGEHAMMER niczym im nie ustępuje, a może nawet ich przewyższa.

Uwagę warto zwrócić na dwa numery. Po pierwsze, na „Wroga”, z bardzo dobrym, jak na metalowe standardy oczywiście, polskim tekstem, doskonale dopasowanym do muzyki. Po drugie, warto zwrócić uwagę na zamykający płytę cover.

„Spotkanie z Diabłem” to cover TRZECH KORON. Główny riff, wymyślony przez byłego gitarzystę i wokalistę CZERWONYCH GITAR, Krzysztofa Klenczona, staje się tu podstawą dla potężnej, speedmetalowej petardy utrzymanej mocno w duchu MOTORHEAD. Początkowy motyw, rodem z „Ace of Spades”, jest właściwie nie do pomylenia z niczym innym, a i później duch ekipy Lemmy’ego jest mocno wyczuwalny; wychodzi to bardzo naturalnie, bo pierwowzór jest mocno rocknrollowy, więc całość po „zmetalizowaniu” wciąż ma taki charakter.

W podsumowaniu nie mam chyba nic mądrego do napisania, bo tu nie ma już niczego mądrego do pisania. „The Hammer Doctrine” to stuprocentowy metal – czysty, esencjalny, naładowany energią jak bimber procentami; czego chcieć więcej? Chyba tylko koncertów – bo do słuchania na żywo RAGEHAMMER ma nieprawdopodobny potencjał. Na koncertach podobno rzeczywiście zabijają; mam zamiar sprawdzić to w przyszłym tygodniu, a tymczasem jeśli ktoś szuka nośnej, metalowej płyty pełnej tego, co w tej muzyce najważniejsze – pasji – to niech się bierze za RAGEHAMMER czym prędzej.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany