Z upływem czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym dziełem z udziałem Dio jest druga płyta RAINBOW z roku 1976. „Rising”


RainbowRainbowRising
Uwielbiałem Dio w Black Sabbath, uważam, że doskonale dopasował się do największego zespołu metalowego na świecie, jednocześnie potrafiąc ten zespół dopasować do siebie. „Heaven In Hell” i „Dehumanizer” to dwa najlepsze albumy spośród tych, które nagrano bez Osbourne’a. Do solowej twórczości Dio też czułem sympatię, choć dużo bardziej umiarkowaną.

Hard rockowy monument

Jednak z upływem czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym dziełem z udziałem Dio jest druga płyta RAINBOW z roku 1976. „Rising” to sześć wspaniałych utworów, nieco ponad 33 minuty z Dio w najlepszej formie. Dio imponuje tu głosem nie tylko mocnym, wyrazistym i potężnym – w sposobie w jaki śpiewa na „Rising” jest mniej patosu, a więcej dramaturgi, rockowej witalności i piękna – czystego, obezwładniającego piękna, które powoduje szybsze bicie serca i i drżenie rąk.
Doskonałą robotę robi tu także niesamowita gitara Blackmore’a, energetyczne, mocno wybrzmiewające partie perkusji Coziego Powella, tłusty bass Jimmiego Baina oraz nienachalne i zagrane ze smakiem keyboardy Toniego Careya. Na stronie A winyla cztery rasowe, szlachetne utwory hardrockowe, na stronie B dwa monumentalne dzieła z czego olśniewające „Stargazer”, zagrane z monachijską orkiestrą symfoniczną, a „A Light in the Black” porażający cudownymi riffami, niepowtarzalnym klimatem i niesamowitymi partiami solowymi.

Odchodzi pokolenie wielkich muzyków

Słucham sobie właśnie „Rising” – patrzę na skład zespołu i czuję się jakbym czytał rubrykę z nekrologami w codziennej gazecie. Z pięciu twórców tej płyty trzech już nie żyje – Cozy Powell zmarł w 1998 roku, Dio dołączył do niego dwanaście lat później, a wczoraj, 24 stycznia 2016 odszedł także Jimmy Bain.
Na moich oczach odchodzi pokolenie wielkich muzyków, odchodzą twórcy ponadczasowych płyt, które co prawda powstawały jeszcze przed moim urodzeniem, ale przemawiają uniwersalnym językiem, nigdy nie tracącym aktualności i pewnie równie mocno będą przemawiać do kolejnych pokoleń.
Jeśli gdzieś po śmierci istnieje jakiś inny świat to mam nadzieję, że w nim też jest muzyka.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

  1. Grzegorz

    A słyszałeś kapelę Elf z Dio na wokalu ? Chyba jeden z pierwszych jego regularnych bandów (wczesne lata 70 no i trochę inny klimat oczywiście).

    Przy okazji; czytam bloga od niedawna, ale ze sporym zaciekawieniem (najchętniej sekcję wspomnieniową, jako dużo młodszy gość 😉 ) i zastanawiam się co sądzisz o brytyjskim deathowym Cancer ?? Dla mnie pierwsze dwa albumy to perełki.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany