Czy to możliwe, żebym miał jeszcze zęby mleczne? – zapytałem lekarkę i położyłem na stole ząb, który mi rano wypadł. – To chyba trójka – dodałem otwierając usta i wskazując na szczerbę po zębie.

Lekarka odwróciła się i spojrzała na mnie smutno. W rękach trzymała jakieś dokumenty, na nosie miała olbrzymie okulary – twarz pucołowatą rumianą, oczy lekko zmrużone. Wydawało mi się, że ją skądś znam ale nie wiedziałem skąd.

– Mam wyniki pana badań. Wiadomości są bardzo złe – powiedziała chrapliwym głosem, który również był znajomy.

– Mam paradontozę? – zapytałem przerażony.

– Nie, raka wątroby – odpowiedziała. – Zostało panu jakieś dwa, trzy miesiące życia – uzupełniła w razie jakbym się nie domyślał, że sprawa jest poważna. – Mogę pana wysłać na chemię… – zaproponowała.

– Nie, dziękuję – odparłem wstając z krzesła. – Nigdy nie byłem dobry w przedmiotach ścisłych. A chemii nie znoszę już od czasów liceum. Jeśli coś studiować to wybrałbym polonistykę.

Odwróciłem się i skierowałem do wyjścia z gabinetu. Gdy chwyciłem za klamkę nagle mnie olśniło.

– Wiem skąd panią znam! – rzuciłem do lekarki. – Pani pracowała w Żabce pod moim blokiem. Jeszcze kilka dni temu pakowała mi pani piwo i urwały się uszy od torby.

– No i co z tego? – lekarka splotła ręce nad swoim wydatnym brzuchem i popatrzyła na mnie lekko zdziwiona.

– Jak to możliwe, że pracuje pani na kasie w Żabce, a za tydzień jest pani lekarką? – zapytałem.

– Tu lepiej płacą – odpowiedziała wykonując kolisty ruch prawą ręką, a następnie poprawiając okulary.

– Ale czy ma pani wykształcenie? Czy jest pani kompetentna? – zapytałem nieco zbity z tropu.

– W Polsce brakuje lekarzy, dużo wyjechało za granicę. Są wakaty i dziś przyjmują wszystkich, nie trzeba mieć wykształcenia.

– Jest pani pewna co do mojej diagnozy? – poczułem, że widzę światełko w tunelu.

– Tak, sprawdziłam w internecie – odpowiedziała pewnym głosem, dokładnie tym samym tonem co kilka dni temu „te butelki są z kaucją” gdy kupowałem piwo. – Bardzo zaawansowane stadium. Niech pan pożegna się z rodziną.

Lekko oszołomiony wyszedłem na korytarz. Jednak pierwszego telefonu nie wykonałem do rodziny. Zadzwoniłem do wydawcy, który czekał na moją książkę.

– Nie zdążę napisać tej książki – rzuciłem na przywitanie omijając ludzi stłoczonych przy windzie i kierując się ku klatce schodowej.

– Co ty pierdolisz? – usłyszałem w odpowiedzi.

– Mam raka wątroby, zostało mi najwyżej trzy miesiące życia. Nie wyrobię się.

W słuchawce usłyszałem śmiech.

– Z czego się śmiejesz? – zapytałem przerażony bezdusznością tego młodego człowieka, który dotąd wydawał mi się miły.

– O nic się nie martw, moja teściowa jest krawcową. Wypruje twoją wątrobę i wszyje ci zdrową.

– Nie mam dawcy! – rzuciłem przytomnie.

– Weźmiemy od świni.

Wyszedłem przed przychodnię, powietrze było mroźne i orzeźwiające. Z nieba sypały się grube i gęste płatki śniegu. Otworzyłem drzwi mojego samochodu i wgramoliłem się do środka.

– Czy wątroba od świni będzie pasować?

– O nic się nie martw, najwyżej teściowa coś przytnie – usłyszałem w słuchawce pogodny głos mojego rozmówcy. Wyjechałem na ulicę i ruszyłem w stronę obwodnicy Warszawy.

– Dobra, jadę. Będę u was za 3-4 godziny – powiedziałem i rozłączyłem się bez pożegnania. Uśmiechnąłem się szeroko, przeglądając się we wsteczne lusterko. Nie wyglądałem zbyt dobrze, wciąż brakowało mi zęba.

***

Był senny i mroczny poranek gdy zaparkowałem przed zakładem krawieckim przy ulicy Transplantologicznej 67. Samochody przejeżdżały rzadko i leniwie jakby mróz krępował im ruchy, a powoli rozpraszająca się ciemność chwytała je za koła jak pajęczyna skrzydła przelatujących much. Otworzyłem drzwi na klatkę schodową. Poczułem ciepło na twarzy i nieprzyjemny zapach pleśni. Ruszyłem garbatymi schodami na półpiętro dla pewności trzymając się ściany, z której żółta lamperia schodziła jak paznokieć z palca kilka dni temu uderzonego młotkiem.

„Zakład krawiecki – Halina Roszpara” – przeczytałem na drzwiach. Bez pukania nacisnąłem na klamkę i przekroczyłem próg. W środku paliło się ostre światło, poczekalnia była czysta i elegancka. Po prawej stronie znajdował się dystrybutor z wodą i drzwi do gabinetu, po lewej rząd krzesełek dla pacjentów.

– Dzień dobry – przywitałem się i zacząłem rozpinać kurtkę.

– Dzień dobry – odpowiedział starszy mężczyzna, a jego głos zaskrzypiał jak drewniana podłoga w opuszczonym domu. Siedząca obok kobieta tylko uśmiechnęła się i skinęła głową. Powiesiłem kurtkę na wieszaku i popatrzyłem na nią jak głodny harcerz na konserwę turystyczną. Dość, że była cholernie atrakcyjna to widać było, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę i nie zamierza tego ukrywać. Duże oczy, długie rzęsty, pełne usta, rozpuszczone czarne włosy, smukła szyja, delikatna biała skóra, obcisła bluzka z dekoltem eksponowała piersi o rozmiarze XXL, krótka spódniczka, długie nogi i buty na 15 centymetrowym obcasie. Na dodatek siedziała na kształtnym i jędrnym tyłeczku, którzy zasprężynował jak kauczukowa piłka gdy skinąwszy głową poprawiła się na krześle.

– Kto z państwa ostatni ?– wychrypiałem czując suchość w ustach.

– Pani – zatrzeszczał w odpowiedzi dziadek.

Chciałem zerknąć na dystrybutor z wodą, ale widok kobiety mnie zahipnotyzował i nie mogłem oderwać od niej wzroku. Uśmiechnęła się do mnie obnażając równe białe zęby i albo mi się zdawało, albo mrugnęła do mnie prawym okiem. Na miękkich nogach podszedłem do ściany i zająłem krzesełko obok niej.

– Ja to szybko, czekam tylko na spodnie do skrócenia – dziadek oparł łokcie na kolanach i wychylił się w moim kierunku zza dziewczyny. – Brat umarł, a był wyższy. Wszystkie spodnie teraz muszę poskracać – dodał smutno jakby to było większym problemem niż śmierć brata.

Nic nie odpowiedziałem bojąc się, że facet się rozgada i nie będzie okazji porozmawiać z siedzącą obok pięknością.

– A pani też czeka na jakąś poprawkę krawiecką ? – zwróciłem się do dziewczyny.

Popatrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami znów się uśmiechnęła.

– Chciałam skrócić sobie spódniczkę – odpowiedziała spuszczając wzrok i patrząc na swoje nogi. Byłem pewien, że gdyby wstała to jej spódniczka kończyłaby się w miejscu gdzie pupa dzieli się na dwie części i zmienia nazwę na „nogi”. Chciałem rzucić jakąś dowcipną uwagę, ale ona w tym samym momencie położyła swoją dłoń na mojej ręce, a ja czując jej ciepło o mało nie zemdlałem.

– Jaką ma pani ciepłą rękę… – wyszeptałem.

– To najmilszy komplement jaki słyszałam od lat – odpowiedziała nie odrywając ode mnie oczu. Powietrze stało się gęste, temperatura skoczyła o dziesięć stopni, a woda w dystrybutorze pod ścianą zaczęła bulgotać.

– Przestańcie – zaskrzypiał dziadek. – Mam zastawkę w sercu. Takie napięcie może mnie zabić.

Ona spuściła wzrok i lekko się zarumieniła. Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał odgłos otwieranych drzwi. Na korytarz wyszła kobieta średniego wzrostu, średniej wagi i średniego wieku. Na jej szyi wisiał długi żółty centymetr, a z prawej kieszeni czegoś co wyglądało jak skrzyżowanie swetra z fartuchem wystawały nożyczki. Miała włosy nieokreślonego koloru, aparycję przeciętnej krawcowej i bezbarwny głos gdy krzyknęła: „Łap Heniek gacie!” i rzuciła dziadkowi spodnie.

– Wy musicie chwilę poczekać – zwróciła się w naszą stronę, zrzuciła centymetr na szyję jak szalik i z powrotem zniknęła za drzwiami gabinetu.

Dziadek schował spodnie do torby, wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

– A! – zatrzymał się przed nimi jakby nagle sobie coś przypomniał. – Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedziałem, a dziewczyna skinęła głową.

– Co pana tu sprowadza? – zapytała gdy zostaliśmy sami. Wbiłem wzrok w ścianę nie mając śmiałości na nią spojrzeć. Miałem mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się jak najprościej oddać słowami dość niecodzienną sytuację, w której się znalazłem. Sytuację jak z pojebanego snu, albo jakiejś odjechanej historii.

– Umieram – wypaliłem krótko.

– To pomylił się pan – dziewczyna się roześmiała czysto i wdzięcznie. Jej śmiech był odświeżający jak paczka miętowych cukierków, jak beczka zimnej wody, w której kiedyś się zanurzyłem po wyjściu z sauny.

Spojrzałem na nią badawczo.

– Zakład pogrzebowy jest po drugiej stronie ulicy – nie przestała się śmieć. – Tu jest krawcowa.

Była tak piękna, że gotów byłem jej wybaczyć każdą głupotę. Uśmiechałem się i patrzyłem na nią jak kobra na fujarkę fakira.

– Mam raka wątroby, teściowa faceta z wydawnictwa, które ma wydawać moją książkę jest krawcową. Ma wypruć moją starą wątrobę z rakiem i wszyć mi zdrową – wyjaśniłem i nagle sobie zdałem sprawę, że to jakaś niedorzeczna bzdura. Przecież krawcowa szyje ubrania, a nie ludzi. Co on powiedział? Że mi mi wszyją wątrobę od świni? Przecież ten facet zakpił ze mnie, a ja idiota przemierzyłem pół Polski mając nadzieję na ocalenie. Poczułem nagły skok adrenaliny i sięgnąłem do kieszeni po telefon. Dziewczyna jednak nie przestała się uśmiechać i wcale nie wyglądała na zdziwioną.

– Przepraszam, muszę zadzwonić – powiedziałem wstając z krzesła i wyszarpując telefon. „Ja mu dam, żarty z umierającego człowieka”.

– Później zadzwonisz – odrzekła również wstając i niespodziewanie przechodząc na „ty”. Poczułem zapach jej perfum i zawirowało mi w głowie. W tych ekstremalnie wysokich szpilkach była prawie mojego wzrostu. Przysunęła się do mnie o pół kroku, a ja poczułem się jak magnesik zbliżony pół centymetra do drzwi lodówki. Jeszcze walczyłem, ale moment, w którym do niej przylgnę zdawał się być tylko kwestią czasu. Czasu o wiele krótszego niż widmo mojej śmierci.

– Jak się nazywasz? – zapytała mrużąc oczy i składając usta jak do pocałunku.

– Marian. Marian Konopnicki – odpowiedziałem chwytając ją za dłoń i przyciskając ją do swojego serca. Biło jak oszalałe. Jak perkusja Hellhammera na płycie „Grand Declaration of War”. – A ty? Jak się nazywasz?

– Świnia. Ewa Świnia – odpowiedziała i w tym samym momencie za moimi plecami otworzyły się drzwi do gabinetu.

***

Weszliśmy do gabinetu. Pachniało starym materiałem i kulkami na mole. Na środku stała czarna maszyna do szycia, która musiała pamiętać jeszcze przedwojenne czasy. W otwartej drewnianej szafie przechowywane były różne materiały, starannie poukładane kolorami – od najciemniejszego do najjaśniejszego. Pod ścianą stała kozetka – taka sama jak w gabinetach lekarskich.

– Siadajcie – krawcowa wskazała na dwa krzesła znajdujące się naprzeciwko maszyny do szycia.

– Nie mogę się na to zgodzić – powiedziałem sadowiąc się na krześle.

Ewa Świnia usiadła obok zakładając nogę na nogę, a ja nie wiadomo dlaczego zacząłem się zastanawiać czy nosi majtki.

Krawcowa spojrzała na mnie pytająco, przesuwając na koniec nosa potężne okulary z grubymi szkłami.

– Doszło do nieporozumienia – wypowiedziałem, czując, że z każdym słowem moja szansa na ocalenie topnieje jak kostka masła na rozgrzanej patelni. – Myślałem, że chodzi o świnię. Taką prawdziwą, chrząkającą… – zamilkłem nieco zakłopotany, bo zarówno krawcowa, jak i ta olśniewająca laska, która siedziała obok zaczęły na mnie patrzeć w zdumieniu.

– Nie wezmę wątroby od tej pani – wypowiedziałem zebrawszy się na odwagę, żeby na nią spojrzeć. Dobrze, że siedziałem bo pewnie nogi zmiękłyby mi w kolanach i klapsnąłbym tyłkiem o ziemię. Była zjawiskowa, w jej oczach można było się utopić, a w spojrzeniu spłonąć. Gdy znów położyła dłoń na mojej dłoni prawie zasyczałem. Jak rozgrzane do czerwoności ostrze miecza hartowanego w kuble z zimną wodą.

– Mów mi Ewa – powiedziała.

– Dla ratowania życia nie można poświęcać innego życia – wypaliłem, a krawcowa i Ewa jednocześnie zmarszczyły czoła jakbym powiedział coś jeszcze bardziej dziwnego. – Bez wątroby nie da się żyć, jeśli mi oddasz swoją to umrzesz – ścisnąłem Ewę Świnię za dłoń i popatrzyłem na nią wymownie.

Zapanowała cisza. Tak absolutna jakby na pobliskich ulicach zatrzymały się wszystkie samochody, a ludzie w promieniu pięćdziesięciu kilometrów nie tylko przestali rozmawiać, ale nawet wstrzymali oddech.

I wtedy się roześmiały – głośno, niepohamowanie, synchronicznie, jakby na umówiony znak. Krawcowa zdjęła okulary i położyła je na maszynie do szycia. Jej oczy nabiegły łzami, a nos poczerwieniał. Ewa wyrwała dłoń z mojego uścisku i również śmiała się jakby właśnie usłyszała najśmieszniejszy dowcip na świecie. Siedziałem w milczeniu czując się jak kompletny idiota.

– Spokojnie, nie umrę – wykrztusiła Świnia, z trudem pokonując spazmy śmiechu. – Chcę ci oddać wątrobę bo mam dwie.

– Dwie wątroby? – popatrzyłem na krawcową, która właśnie ocierała chusteczką łzy z policzków.

– Tak. Mam dwie wątroby – ciągnęła dalej Świnia. – Chciałbym się jednej pozbyć bo jej obecność mi bardzo doskwiera.

– Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś miał dwie wątroby – powiedziałem ni to do Świni ni to do krawcowej, znów nie będąc pewien czy nie stałem się ofiarą jakiegoś niesmacznego żartu.

– To okropne – Świnia zmarszczyła czoło i wydęła ustka w podkówkę. – Nawet upić się nie mogę, bo zanim alkohol zacznie na mnie działać to wszyscy, którzy mi w piciu towarzyszą leżą już nieprzytomni.

I wtedy otworzyły się drzwi. Odwróciłem się i zobaczyłem w progu niskiego szczupłego mężczyznę o azjatyckich rysach twarzy.

– Czy możemy zaczinać operacje ? – zapytał z wyraźnie obcym akcentem, patrząc na krawcową, a na nas nie zwracając uwagi. Uśmiech zniknął z twarzy kobiety, sięgnęła po okulary i przyjęła minę profesjonalistki. Jakby właśnie zawinęła nogawki spodni i miała powiedzieć – „w tym miejscu trzeba fastrygować”.

Ewa Świnia wstała z krzesła i płynnym ruchem zdjęła bluzkę. Nosiła czarny koronkowy biustonosz, w którym kłębiły się duże i kształtne piersi. Chciałem przełknąć ślinę, ale w gardle miałem tak sucho jakby mi je ktoś wyłożył papierem ściernym. Podeszła do kozetki pod ścianą i rozciągnęła się na niej bezceremonialnie. Nosiła majtki – również czarne i koronkowe.

Azjata spryskał dłonie jakimś preparatem i zaczął je wycierać papierowym ręcznikiem.

– Co się dzieje? – poruszyłem się nerwowo na krześle.

– Wyjmiemy jedną z wątrób pani Ewy i wszczepimy panu – odrzekła krawcowa bawiąc się żółtym centymetrem, który wciąż niczym szalik wisiał jej na szyi.

– A ten Chińczyk co będzie robił?- wskazałem na Azjatę uznając, że skoro on nie zwrócił się do nas bezpośrednio, to mogę przyjąć podobny sposób komunikacji.

– Jestem Filipińczykiem a nie Chińczykiem – przemówił do mnie mężczyzna, jakby dopiero zdał sobie sprawę z mojej obecności. – Słyszał pan o filipińskich operacjach?

– To jakieś bzdury! – chciałem zerwać się z krzesła, ale Filipińczyk powstrzymał mnie kładąc dłoń na ramieniu.

– To pani nie będzie wykonywać zabiegu? – zwróciłem się do krawcowej. Mimo wszystko wydawała mi się bardziej kompetentna niż obcokrajowiec.

– Jestem krawcową – opowiedziała. – Mogę panu przyszyć rękę albo uchu. Albo jądra jakby panu odpadły.

– Albo odpruć gdyby ich pan nie potrzebował – wtrąciła Świnia dźwięcznym głosem. Poczułem się nieswojo.

– Nie będę brał w tym udziału – zakomunikowałem. – Filipińskie operacje to jakieś kuglarskie sztuczki.

– Jest już za późno – powiedział Azjata i szybkim ruchem wbił mi igłę w ramię. Chciałem wstać, ale nie mogłem. Jakby moje ciało nagle przestało być moje. Nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu siedziałem sztywno patrząc na ponętne ciało Ewy Świni rozciągnięte na kozetce. Filipińczyk podszedł do niej, położył dłoń na brzuchu nieco poniżej piersi. Nagle wbił w nią obie dłonie jednocześnie i wyjął z niej wątrobę. Na twarzy kobiety nie drgnął żaden mięsień, patrzyła spokojnie w sufit jakby nic się nie działo.

– Nożyczki i słoik – rzucił komendę Filipińczyk.

Krawcowa podała mu nożyczki, facet coś przeciął i wrzucił wątrobę do słoika.

„Ogórki małosolne” – przeczytałem etykietę na słoiku i zrobiło mi się słabo. Tymczasem Filipińczyk wyjął kawałek papierowego ręcznika i wytarł krew z brzucha Świni. Nie pozostał na nim żaden ślad – nawet najmniejszej rany czy blizny. Odwrócił się przez ramię i spojrzał na mnie.

– Teraz twoja kolej – usłyszałem, a świat wokół mnie zaczął się rozpływać. Chciałem zrobić głęboki oddech, ale miałem wrażenie jakby powietrze było pozbawione tlenu. Gabinet krawcowej zawirował jak karuzela, wszystkie kształty zlały się w bezkształtną masę kolorów, które zaczęły robić się coraz ciemniejsze dopóki nie otoczył mnie nieprzenikniony mrok.

– Po wszystkim – usłyszałem czyjś głos i otworzyłem oczy. Leżałem na kozetce, a nade mną stała Świnia i krawcowa. Filipińczyka już nie było. Na maszynie do szycia zobaczyłem słoik, w którym coś się ruszało. Zmrużyłem oczy. To był rak. Nie taki jak ten, którego widziałem kiedyś w stawie, ale ten ze starej książki kucharskiej mojej matki – tłusty, czerwony, lekko połyskujący. Tyle, że wciąż żywy.

– W porę interweniowaliśmy – powiedziała krawcowa. – Rak już zżarł Twoją wątrobę.

Gdy wyszliśmy z klatki schodowej na ulicę słońce wysoko stało na niebie. Ruch był niewielki.

– To co teraz? – zapytała Świnia patrząc na mnie wyzywająco. Oblizałem spieczone usta, perspektywa spędzenia z nią czasu sam na sam była więcej niż obiecująca.

– No nie wiem… – opowiedziałem ostrożnie zastanawiając się czy to niesamowite pożądanie, które do niej czułem jest odwzajemnione.

– Możemy wziąć pokój choć na godzinkę – wypaliło prosto z mostu wskazując na elegancki hotel po drugiej stronie ulicy. – Ale tylko seks oralny – dodała. – Chciałbym poczuć to po raz ostatni.

– Jak to po raz ostatni? – zapytałem nieco zbity z tropu. – Jesteś chora? Coś ci dolega?

– W przyszłym tygodniu umówiłam się na amputację członka i wszczepienie macicy, będę już kobietą w stu procentach – odpowiedziała i uśmiechnęła się szeroko.

– Masz wyjątkowe poczucie humoru – roześmiałem się.

– Dlaczego? – zapytała całkiem poważnie, a ja drugi raz tego samego dnia poczułem, że robi mi się słabo.

Oparłem się o samochód, do którego właśnie doszliśmy i popatrzyłem na nią czując, że zbiera mi się na wymioty.

– Naprawdę jesteś facetem?

– Tylko fizycznie, ale też już nie do końca – odpowiedziała uśmiechając się zalotnie. – Miesiąc temu zrobiłam sobie piersi, a w przyszłym tygodniu pozbędę się tego paskudztwa – wskazała palcem między swoje nogi. Odbiło mi się kiełbasą, którą jadłem dzień wcześniej na śniadanie.

– Muszę lecieć! – powiedziałem i otworzyłem drzwi swojego samochodu.

– Nie pójdziemy do hotelu? – zapytała zawiedziona.

– Nie mogę. Mam żonę! – odpowiedziałem i usiadłem na siedzeniu mając ochotę jak najszybciej odjechać.

– Bydle, homofob! – fuknęła na mnie ze wściekłością, odwróciła się i wyniośle pomaszerowała chodnikiem.

Zamknąłem drzwi samochodu i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Już chciałem wrzucić jedynkę, ale moim ciałem wstrząsnęły torsje. Uchyliłem drzwi i zwymiotowałem na ulicę. Rozejrzałem się czy nikt mnie nie zauważył, wytarłem usta chusteczką i sięgnąłem po gumę do żucia. Gdy wyjechałem z miasta na drogę krajową prowadzącą w kierunku Warszawy zadzwonił telefon.

– Udało się? – usłyszałem głos faceta z wydawnictwa.

– Tak, pozbyłem się raka – rzuciłem w odpowiedzi czując jak polepsza mi się humor. Był pogodny słoneczny dzień. Ulica przede mną była prosta i prawie pusta.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany