Inteligentna, świetnie skomponowana, urozmaicona, niebanalna i nieszablonowa jest nowa płyta krakowskiego REDEMPTOR. Mimo że teoretycznie nie jest to death metal jaki lubię najbardziej to słucham z rozdziawioną gębą i z każdym odsłuchem doceniam coraz bardziej.


Chłopaki grają technicznie mogąc miejscami nasuwać skojarzenia z GORGUTS czy ULCERATE, ale zdecydowanie mają własną tożsamość i ciekawe pomysły. Nie ma tu szalonej ekwilibrystyki i popisywania się instrumentalnym kunsztem. Ta muzyczna forma w pełni podporządkowana jest kompozycyjnej materii, która została stworzona ze smakiem i znakomitym wyczuciem.
Względem poprzedniego – doskonałego zresztą krążka – mamy tu więcej przestrzeni, spokojniejszego grania o nieco progresywnym zabarwieniu. Nie oznacza to jednak, że REDEMTOR postawili sobie za cel stworzenie death metalowego DREAM THEATER – tu wciąż jest dużo ciężaru i agresji, choć ona nigdy nie popada w chaos. Nuty z „Arthaneum” nie spadają na nas z drzewa i z pianą na pysku nie okładają po głowie drewnianą pałką, one są jak armia rzymskich legionów. Strategia gwałtowniejszych ataków jest zaplanowana i przemyślana. Każdy dźwięk jest starannie ważony, niezależnie od tego czy akurat miażdżą potężnym walcem czy pieszczą subtelnym akustykiem. Piękne są na tej płycie klasycznie rockowe partie solowe, piękne są zwarte i precyzyjne riffy, jak choćby ten z „Semantic Incoherence” zagrany z polotem i brawurą, urwany nagle w refleksyjnym wyciszeniu.
Te spokojniejsze momenty na płycie mają w sobie coś filmowego – jakąś nieokreśloną dramaturgię, która sprawia wrażenie, że zostały tylko oderwane od obrazu, a przynależą do historii działającej nie tylko na zmysł słuchu.
Pamiętam jak w Metal Hammerze, który ukazał się w wakacje 1993 roku Katarzyna Krakowiak w recenzji DEATH „Individual Thought Patterns” zastanawiała się czy to wciąż death metal. Mimo, że dziś ramy gatunku wydają się pojemniejsze to podobna refleksja przyszła mi przy okazji „Arthaneum” – ta płyta skrzy się tyloma barwami i emocjami, że trudno ją redukować do miana śmierć metalu. Jak zwał tak zwał – to album, którego nie można przegapić.
Pytanie tylko – czy trzeci już krążek REDEMTOR przyniesie im zasłużone uznanie? Czy świeżość, odwaga i polot tego albumu zdoła się przebić na scenie pełnej gruzu, oldskoolowości i sentymentalnych powrotów?  Gdyby o sukcesie decydowała jakość muzyki to nie miałbym wątpliwości, że tak się właśnie stanie.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany