To Japonia też ma swoje zespoły metalowe? – wlepiłam wzrok w ekran komputera nie mogąc w to uwierzyć. Patrzyłam na te skośnookie buźki dojrzałych facetów otoczone gęstą falą ciemnych włosów, wiszące na ich klatach odwrócone krzyże i coś mi w ich wizerunku zgrzytało. Pewnie dlatego, że Japonia kojarzy mi się głównie z boys bandami, mangą i nastolatkami przebranymi za Pikachu. Ale może właśnie z powodu tego niezgrzytania i ciekawości włączyłam „Evoke” – drugi album japońskich metali ze składu Sabbat i poznałam coś, co zdecydowanie poszerzyło moje nadal ciasne horyzonty.

Sabbat

Sabbat

Możecie nazwać mnie typową europejską dziewuchę, która poza Starym Kontynentem i USA świata nie widzi, ale cóż mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? W metalu podsuwają głównie to, co angielskie i amerykańskie, w szkole każą mówić po angielsku, a czasami nawet zamiast schabowego wybieram McDonald. Nic więc dziwnego, że kiedy przypadkiem trafiłam na japoński zespół to w akcie zdziwienia usta otworzyłam tak szeroko, że moglibyście włożyć tam garść lizaków. I właśnie żeby ten kulturowy szok troszeczkę zniwelować, szybko włączyłam pierwszy album Sabbat, który mi się nawinął – „Evoke”.

Odwrócony krzyż, koziołek i nawiedzone dźwięki pierwszego, w całości instrumentalnego utworu „Danse du Sabbat”. Już po kilkunastu sekundach poczułam TEN klimat. Ten, który solidaryzował się z diabełkami skaczącymi radośnie w mojej głowie i stawiał dęba włosy na karku. Gdyby Japończycy zaczęli „Evoke” od solidnego łomotu to pewnie wyłączyłabym ich szybciej niż YouTube zdążyłby załadować kolejny utwór. Oni jednak wybrali wolne, nastrojowe intro po to, by wraz z ”Envenom into the Witch’s Hole” machnąć riffem jak obuchem w łeb, perkusją o zmieniającym się stale tempie podsycić ten pulsujący ból, a warczącym, czasami skrzeczącym wokalem osłodzić go i dać znać, że to przecież dopiero początek. I niby nic się później nie zmienia – gitara nadal tak samo wyraźna, bębny zmienne, a głos cholernie złowieszczy jakby wokalista przepłukiwał gardło dziewiczą krwią zmieszaną ze spirytusem, ale jest to właśnie taka muzyka, jaką lubię najbardziej – niby nie tworząca czegoś nowego, bo opierająca się na znanych wszystkim fundamentach, ale niedoprowadzająca do znudzenia przez całe 50 minut. Może to właśnie sprawka solidnych, thrashowych utworów poprzeplatanych zwalniającymi akcję instrumentaliami. Może Japończycy przy piwie uzgodnili „Dobra, to żeby ci europejscy kuce nie przewrócili się od naszego sowitego napierdalania, dodamy trochę gitarowego, delikatnego pitolenia i zrobimy z tego mieszankę idealną.” Może. Być bardzo może.

W „Evoke” jest wszystko. Nawet dobrze wyważone, nienatrętne solówki. Czasami sięgające takiego tempa, że te diabełki, które skaczą w mojej głowie obijają się o ściany czaszki i proszą o litość. I to wszystko jest takie wyraźne, selektywne, sprawiające wrażenie bardzo dokładnie przemyślanego. Owszem, zdarzają się momenty gorsze, w których od zachwytu odpoczywałam – na przykład linia wokalna w „Beyond The River”. Melodyjna, śpiewna, zgrzytająca mi równie mocno co ich skośne oczka w stosunku do odwróconych krzyży. W „Evoke” jednak często jest tak, że drobne mankamenty wokalne nadrabia świetna gitara, a niedociągnięte riffy chropowaty głos rodem z najmroczniejszych czeluści. Jednym słowem, w każdym z utworów Sabbat wychodzą na prostą.

Gdybym chciała Sabbat i „Evoke” upchnąć w jakieś ramy gatunkowe, nie potrafiłabym. I to nie z powodu wiedzy czy jej braku, a tego, że w tym albumie słyszę po trochu z kilku odmian. Szybką, agresywną, thrashową gitarę. Ciężkie, miażdżące mózg, doomowe zwolnienia. Klimat czasami tak chłodny, że przywodzący na myśl skandynawski black metal. Od dziś Japonia nie jest dla mnie wyłącznie krajem kwitnącej wiśni, cosplayerów i sushi, ale również solidnego, metalowego grania, do którego wrócę jeszcze nie raz i nie raz się nim zachwycę.

Firmitas

– A znasz Sabbat? – zapytał nowo poznany starszy kolega, przechylając butelkę i wylewając do gardła ostatnie krople spienionego „Królewskiego”. Była druga połowa lat dziewięćdziesiątych, a my czekaliśmy w pobliżu Stodoły na koncert VADER. Przed nimi miał grać Tuff Enuff i Syndicate więc postanowiliśmy z kumplem darować sobie supporty i udać się na piwo do pobliskiego pubu „krzaki”. Tam spotkaliśmy starszego od nas o 3-4 lata metalowca, który na koncert przyjechał z jakiegoś podwarszawskiego miasta.

– Pewnie, że znam – odpowiedziałem z dumą. – „Dreamweaver” mam na kasecie z Baron Records, a debiut jeszcze na starej taktowskiej.

Splotłem ręce na piersiach, dumnie uniosłem głowę. Wtedy byłem największym metalem na świecie. Wszystko znałem i wszystko słyszałem. Na półce miałem ze 300 kaset i kilkaset kompaktów – głównie tych ze stadionu X-lecia. Starszy czy nie. Nikt mi wiedzą o metalu nie fiknie.

– Chuja znasz! – skwitował pogromca „Królewskiego” i rzucił pustą butelkę w krzaki. – Mówię o japońskim black metalowym Sabbat.

– A, to nie znam… – przyznałem zbity z tropu i ręce opadły mi do kolan. Kumpel spojrzał na mnie zaniepokojony. „Jak to nie znam? Takie rzeczy się nigdy wcześniej nie zdarzały”.

– Nie śledzę z uwagą japońskiego undergroundu – przyznałem z lekkim lekceważeniem w głosie. – Znam mnóstwo kapel, ale jak kilku chłopaków nagra demówkę w Bangladeszu, Tajlandii czy Japonii to mogę nie znać.

Kumpel zarechotał głupawo, a Pogromca „Królewskiego” spojrzał na mnie takim wzrokiem jakbyśmy zwiedzali komnatę w Zamku Królewskim, a ja właśnie bym się wysikał na tron Jana III Sobieskiego.

– Sabbat istnieją od połowy lat osiemdziesiątych, nagrali pięć płyt studyjnych i ze trzydzieści różnych splitów, epek i koncertówek. Ten zespół to potęga i kult. Oni są japońskim Venom! – wypalił Pogromca „Królewskiego” takim tonem, że już myślałem iż końcówkę zdania zaakcentuje liściem wymierzonym w mój pacholęcy policzek.
– Koniecznie poznajcie tę kapelę bo nie znać ich to wstyd i żenada – dodał uśmiechając się ironicznie i powoli zaczęliśmy kierować się w kierunku Stodoły.

– „Japoński „Venom” – moja wyobraźnia rozpaliła się do czerwoności jak kawałek stali, z której wykuwa się samurajski miecz. Jednak zamiast białej broni zacząłem wykuwać w swojej wyobraźni wizję zespołu, wyobrażając sobie Abbadona, Cronosa i Mantasa ze skośnymi oczami i półmetrowymi jęzorami, których końcówki zmieniają się w głowy smoków. Już następnego dnia zrobiłem objazd bliższych i dalszych sklepów w poszukiwaniu Sabbat. Niestety bez rezultatu. Popytałem też kilku kolegów black metalowców, ale oni tylko wzruszali ramionami i kręcili głowami. Po jakimś czasie zniechęciłem się i dałem sobie spokój – jeden z kumpli podpowiedział mi nawet, że to pewnie był tylko żart. Gość chciał mnie zagiąć i palnął o jakimś zespole, który w ogóle nie istnieje.

Minęły lat i wspomnienie przyschło. Pewnego razu wybrałem się na rytualny obchód korony Stadionu Dziesięciolecia. Jak zwykle zatrzymałem się przy stoisku Rene. Nazywaliśmy go tak bo był zdumiewająco podobny do jednego z bohaterów serialu „Allo, Allo!”. Rene oficjalnie handlował jabłkami, ale nieoficjalnie zawsze miał skitrane między skrzynkami torby z płytami. Były to oryginalne licencje rosyjskiego Irond – różniące się od oryginałów dostępnych w naszych sklepach tylko dodatkową logówkę, kilkulinijkową informacją o tym, że płyta przeznaczona jest do sprzedaży w krajach byłego Związku Radzieckiego, oraz – co najważniejsze – trzykrotnie niższą ceną.

Tasuję płyty jak wytrwany pokerzysta talię kart, odkładam te, które mnie interesują i nagle natrafiam na jakąś dziwną i zupełnie nieznajomą okładkę. Nogi uginają mi się w kolanach, w głowie wiruje, chwytam się skrzynki z jabłkami by nie stracić równowagi.

– Ja pierdolę! To musi być japoński Sabbat! – krzyczę do Rene podniecony jakbym właśnie szczytował. Rene uśmiecha się i zaciera ręce, choć dzień jest pogodny i nie jest zbyt chłodno. – Biorę – wykrztuszam czując jak mi wyschło w gardle.

Rene podlicza płyty.

– 19 razy trzy + 25 złotych – komunikuje.

– Jakie 25 złotych? Przecież zawsze masz wszystkie po 19? – oponuję.

– Sam przecież mówiłeś, że tego Black Sabbath szukałeś przez wiele lat – Rene nie odpuszcza. – Komu innemu to za 30 zł bym sprzedał, ale ty jesteś stałym klientem więc ci dałem rabat.

Prawa Stadionu Dziesięciolecia – lubimy się i szanujemy, ale jak możemy wyrwać od siebie kilka złotych więcej to jesteśmy gotowi zabić za te kilka złotych.

– Ale jak nie chcesz to nie ma problemu, bo jeden gość obiecał mi za tą płytę 30 zł – Rene, udaje, że chce schować płytę z powrotem do torby. Zagrywka jest prymitywna, ale sam sobie jestem winien. Wiadomo, że zawsze trzeba zachować kamienną twarz i pomarudzić jeszcze, a mnie tego dnia poniosło i rzuciłem się na tę płytę jak psiak na sukę z cieczką.

Przystałem na propozycję, zapłaciłem żądaną kwotę i pognałem z „Karmagmassacre” do domu. Nie pamiętam już jakie pozostałe płyty zakupiłem tego dnia, ale album japońskiego Sabbat pozostał przy mnie na lata. A później przyszły czasy Allegro i zaczęło się polowanie na ich płyty – najpierw te regularne studyjne albumy, a później fanaberie „The Dwelling” ze złotą okładką, „The Dwelling” ze srebrną, splity, koncertówki. Z czasem się opamiętałem, a słaba jakość wielu pozycji z logo tej grupy powstrzymała mnie od kupowania wszystkiego co wydali. Muzycznie jednak zakochałem się w nich na zabój. Określenie „japoński Venom” jest jakimś punktem wyjścia do opisania ich muzyki, ale z pewnością nie tworzy pełnego obrazu. Trudno też przypisać Japończyków do drugiej fali black metalu, która wzrastała ssąc przemieszane z siarką mleko z dwóch piersi, z których jednej było na imię Bathory, a drugiej Hellhammer.

Niby muzyka Sabbat powstała z tego samego plugawego nasienia, które wytrysnęło z diabelskiego prącia, ale padło jednak na zupełnie inny grunt niż skuta lodem i przyprószona śniegiem Skandynawia. W Sabbat jest jakieś orientalne szaleństwo i wulgarna egzotyka – ich black metal przesycony jest speed thrash metalem oraz naznaczony heavy metalową grozą spod znaku wczesnego Mercyful Fate. Partie solowe drapieżne, hałaśliwe, ale jednak wyrafinowane, pełne erudycji i heavy metalowego rozpasania, wokalizy ociekają black metalowym jadem, ale czasami przychodzą w wysoki sopranowy skowyt. Muzyka Sabbat zdaje się być wyrazem szczerej fascynacji metalowym archetypem, podążać w niewolniczym przywiązaniu do skórzano-ćwiekowego wizerunku i black metalowego bluźnierstwa. Jednocześnie jednak – zupełnie paradoksalnie – jest w tym na wskroś oryginalna i niepowtarzalna. Żaden zespół nie gra tak jak Sabbat, żaden nie osiągnął tego specyficznego klimatu.

Maria Konopnicka

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany