Miała być recenzja ostatniego krążka, ale ostatecznie nie mogłem oprzeć się pokusie powrotu do korzeni i po kilkunastu latach wróciłem także do debiutu


FullSizeRender 22Gdy w 1996 roku SACRILEGIUM wydali „Wicher” to nie padłem na kolana i nie wytatuowałem sobie okładki na wewnętrznej stronie napletka. To była niezła płyta – znakomita egzemplifikacja ówczesnej rodzimej sceny black metalowej, która choć naznaczona północnymi wzorcami proponowała jednak coś oryginalnego – przesyconego słowiańskim duchem i pogańską melancholią.

Był jednak rok 1996 – scena black metalowa jeszcze miała się doskonale i „Wicher” nie miał szans wstrząsnąć mną i wskoczyć do grona moich ulubionych płyt – nawet gdybym zawężył swoje zestawienie tylko do sceny polskiej. Prawdę mówiąc, jakbym robił zestawienie najlepszych polskich płyt black metalowych lat dziewięćdziesiątych to „Wicher” ani w chwili swojej premiery, ani dziś – nie miałby szansy znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Ba, chyba nawet do drugiej dziesiątki by się nie załapał.

Nie liczyłem, że SACRILEGIUM powrócą a informację o nowej płycie przyjąłem z dużą dawką sceptycyzmu. Zniechęcił mnie też nowy image prezentowany na zdjęciach – wydumany, pretensjonalny i niezbyt oryginalny. Jakieś pozerstwo i nieszczerość z tego biła. Nic dziwnego, że nie rzuciłem się na „Anima Lucifera” w dniu jej premiery. Odczekałem, ale ostatecznie płytowa pazerność (lekarz pewnie by to zdiagnozował jako nerwicę natręctw) i ciekawość zwyciężyły. Przy okazji większych zakupów nowy album Wejherowian trafił do mojego koszyka. Nie śpieszyłem się z odsłuchem – przeleżał na kupce z nowymi płytami ładnych parę tygodni.

Dziś wreszcie coś mnie tchnęło i postanowiłem zderzyć się z tym krążkiem. Zanim jednak to nastąpiło wygrzebałem z mojej przepastnej półki „Wicher” i odpaliłem po raz pierwszy od… nawet nie wiem odkąd – 15–17 lat?

FullSizeRender 23Z ironicznym uśmieszkiem w kącikach ust, z dystansem i zrozumieniem – podobnym do tego, które towarzyszy gdy czyta się swój pamiętnik z czasów podstawówki, albo ogląda zdjęcia byłych dziewczyn z czasów ogólniaka. Wcisnąłem „play” i odpłynąłem w prehistoryczne bory nietknięte stopą człowieka, w pogańskie wioski oddające hołd bóstwom wyrzeźbionym z drewna i kamienia. Poczułem w nozdrzach dym dobywający się z ogniska płonącego przed chatą pokrytą strzechą, poczułem zapach pieczonego mięsiwa, którego nikt nie przebadał na obecność larw włośni. Po dwudziestu latach czuję magię tej muzyki – kto wie czy nie bardziej niż w chwili gdy miała ona swą premierę, bo dziś przecież nikt tak nie gra, bo przecież taki black metal nie ma już racji bytu. Owszem jest w tym pewne niezgrabność, młodzieńcza naiwność, szczeniacka wyniosłość i grafomańska egzaltacja.

Obcowanie z tym krążkiem przypomina mi oglądanie po latach serialu „Robin z Sherwood” – niby widzę jego naiwność, fabularną niedoskonałość, realizatorki prymitywizm, ale jednak czuję klimat. Klimat wzniecony czymś więcej niż siłą sentymentu. I wolę sobie go włączyć po raz 568 niż zacząć oglądać jakąś „Grę o tron” czy inną wystrzałową produkcję telewizyjną, zrealizowaną z rozmachem i ociekającą efektami specjalnymi jak pieczona golonka tłuszczem.

Zanim włączyłem „Anima Lucifera” to przez moment się bałem, że właśnie ten tłuszcz zacznie wyciekać z głośników. Bałem się, że dostanę „Wicher” na sterydach i znów znajdę się w lesie, ale nie tym pachnącym igliwiem i wyschniętą ściółką, lecz wygenerowanym komputerowo przez speców od efektów specjalnych.

Tymczasem „Anima Lucifera” to zupełnie inna bajka. SACRILEGIUM zdjęli z siebie skóry zwierząt, połamali dzidy i wyszli z lasu dziarskim krokiem. Założyli czarne koszule, przywiązali bordowe krawaty i zagrali muzykę krystalicznie czystą i selektywną – pozbawioną młodzieńczej naiwności i pacholęcego romantyzmu. To wciąż black metal – ale już bez przedrostka pagan. Jeśli jest las to widziany z góry – może nie z kosmosu, ale z wyższej perspektywy niż lot ptaka. Jest trochę dawnej melancholii – choćby w spokojnym początku Angelus (Anima Lucifera), czy dzięki lekko rozmarzonym partiom klawiszowym tworzącym tło dla energetycznego i przebojowego gitarowego grania.

sacrilegium-band-2015Nie podobają mi się wokale – niby są wyraziste, ale nieco pretensjonalne i ich teatralna drapieżność, niekiedy dość miło kojarzy się z Christ Agony, ale innym razem popada w śmieszność. Gdy zamykam oczy nie czuję autentycznego gniewu i wściekłości, ale widzę jakiś kreskówkowy czarny charakter, któremu bliżej do Gargamela niż ucieleśnienia piekielnych mocy.

Brzmienie wyraźne i selektywne, ale mam wrażenie, że w warstwie gitarowej nieco płaskie – pozbawione głębi i ciężaru. To jednak nie do końca wada – bo dzięki temu ta muzyka jest bardzo czytelna i łatwo wpada w ucho. Nie trzeba się przez nią mozolnie przedzierać, wędrówka w tym świecie dźwięków bardziej przypomina spacer w rwącym strumyku, którym płynie czysta woda niż spacer po wciągającym bagnisku. Lub jak kto woli – w konsystencji bliższa jest rosołowi niż fasolce po bretońsku.

Nie oznacza to jednak, że niewiele oferuje i utwory są na jedno kopyto. Absolutnie nie – mimo brzmieniowej spójności i kreskówkowych wokaliz, poszczególne utwory cechuje spora dawka indywidualizmu i podczas obcowania z tym krążkiem, raczej nie ma mowy o znudzeniu czy poczuciu monotonii. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że krążek ten w zamierzeniu miał być kopalnią „black metalowych hitów” – brzmi niepokojąco, ale jak inaczej nazwać przebojowość i nośność kompozycyjną? Choćby taki „…and Soul”, przy którym nóżka aż sama tupie, kark się zgina a motyw klawiszowy na początku sprawia, że zaczynamy ruszać wszystkimi palcami w butach. Gdyby tej płyty nie wydał Pagan Records ale np. Nuclear Blast to sądzę, że z powodzeniem można by ten krążek sprzedać młodzieży rozkochanej w niby brutalnych, ale jednak szalenie melodyjnych i przebojowych dokonaniach Dimmu Borgir, czy nawet Arch Enemy lub Amon Amarth. Nie to, żebym widział muzyczne podobieństwa – bo SACRILEGIUM to stylistycznie inna bajka (zresztą te trzy zespoły, które wymieniłem również pod tym względem nie wykazują koherencji) – jednak ta ich brutalność i jadowitość wydaje mi się trochę wesołkowata i bezpiecznie okiełznana.

„Anima Lucifera” to płyta zdecydowanie dojrzalsza, nowocześniej brzmiąca i efektowniej zrealizowana niż „Wicher”. Prawdę mówiąc zespół spokojnie mógł wydać ją pod innym szyldem, bo trzeba naprawdę dużego zaparcia by doszukiwać się podobieństw pomiędzy ich dzisiejszą stylistyką, a tym co robili przed laty. Dobrze, że po latach mają pomysł na siebie i nie starają się na siłę odgrzewać sentymentów i przymierzać ciuchów, w których chodzili dwadzieścia lat temu. Z drugiej strony – czy „Anima Lucifera” w konfrontacji z płytami black metalowymi, które dziś się nagrywa na krajowej scenie, wychodzi zwycięsko?

Moim zdaniem nie. I myślę, że dziś Sacrilegium jest jeszcze dalej od ścisłej czołówki niż był dwadzieścia lat temu. Nie oznacza to jednak, że ich ostatni album to płyta zła. Łukasz Dunaj pewnie by napisał, że to „rasowo zagrany, świetnie brzmiący, mądrze zaaranżowany, chwytliwy black metal” i trudno byłoby się z nim nie zgodzić. Dla mnie to chyba jednak za mało i nie przypuszczam by po dwudziestu latach ten krążek dostarczył mi tyle przyjemności co dał mi dziś koślawy i naiwny „Wicher”. Sacrilegium po dwudziestu latach zrobił trzy kroki do przodu, polska scena black metalowa w tym samym czasie zrobiła ich pięć.

Album został wydany w digi packu, ubogim jak bezdomny spod dworca centralnego. Żadnych tekstów, żadnej książeczki – z jednym zdjęciem zespołu i średnio efektowaną okładką. Wydanie płyty „Wicher” sprzed lat dwudziestu, choć również pozbawione tekstów prezentuje się efektowniej. W dzisiejszych czasach, gdy tradycyjne nośniki są wypierane – chciałoby się płyty wydanej z większym pietyzmem i rozmachem.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany