Nigdy nie zapomnę tej sceny. Siedzimy z walkmanem i obracamy w rękach książeczkę ze świeżo zakupionej kasetą „Ceremony of Opposites”. Włączamy. Ja mam w uchu jedną słuchawkę, kumpel drugą. Nie gra.


101

– Cholera, baterie padły – skwitowałem i wybiegłem ze szkoły do kiosku, który znajdował się po drugiej stronie ulicy. Wracam ze świeżymi bateriami, wyjmujemy stare, wrzucamy nowe. „PLAY”. Wstrzymanie oddechu, wlepiamy wzrok w teksty na okładce. Cisza. Nie gra.
– Cholera, chyba mi walkman padł – wyrokuję łamiącym się głosem. I wtedy przychodzi chwila olśnienia. Kumpel triumfalnie podnosi kasetę do góry i rzecze:
– Nie włożyliśmy kasety!
– Cholera, faktycznie.
Takie to były emocje gdy w 1994 roku SAMAEL wydał swój trzeci album. Nie tak dziki, agresywny i surowy jak dwa poprzednie, ale dopracowany do granic perfekcji – świetnie zaaranżowany, doskonale przemyślany i wyśmienicie zrealizowany. Wokalnie mistrzostwo świata! Ja byłem zachwycony, choć pamiętam, że najwięksi ortodoksi kręcili nosami i oskarżali Szwajcarów o zdradę i skomercjalizowanie swojego przekazu.
Owszem, ta płyta jest bardziej przystępna niż poprzedniczki, ale mi wówczas jawiła się jako wynik konsekwentnego rozwoju i byłem nią w pełni usatysfakcjonowany. Dziś muszę przyznać, że wracam do niej rzadziej niż do „Bood Ritual” i debiutu, niemniej jednak mam do niej cholerny sentyment, a koszulka z okładką tego albumu do dziś wisi w szafie.
Na żywo widziałem Samael parę razy, ale już w późniejszych czasach. Były to najgorsze i najbardziej żenujące występy jakie w życiu widziałem. Dziś nie poszedłbym na ich koncert nawet jakby mi ktoś dopłacał. Z dziką rozkoszą odpuściłem sobie koncerty, które grali w ramach trasy z okazji jubileuszu „Ceremony…”. Ponoć profanowali cały album w całości.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. svartalvheim

    Zgadza się. Profanacja.
    Czasem włącze sobie DVD z Krakowa (na żywca w Eskulapie oglądałem) i z jakiegos miasta w USA z Rodolphem H. (też widziałem ale w Stodole). Xyropotarus niech zostawi te klawisze i spada na perkę, to będzie git.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany