Skald of Morgoth zadebiutował w tym roku płytką „The Siege of Angband” sygnowaną przez Under the Sign of Garazel Productions, co samo w sobie – przynajmniej dla mnie – jest już niezłą rekomendacją, ponieważ ze stylistycznym profilem tej wytwórni jest mi bardzo po drodze.


Mówiąc krótko Skald Of Morgoth gra black metal – melodyjny i klimatyczny, w większym stopniu stawiający na budowanie atmosfery niż deflorację błon bębenkowych płonącą pochodnią. Z drugiej strony ta ich „klimatyczność” nie ma nic wspólnego z wszechobecnym na współczesnej scenie hipsterskim zmanierowaniem. Black dark metal na „The Siege of Angband” to sześć długich utworów, jadowitych, surowych i ponurych pieśni zabierających słuchacza w tolkienowski świat – pełen mroku, tajemnic i odrażających postaci. Tematyki ich utworów rozwijać nie będę, bo Tolkiena nigdy nie czytałem, a do adaptacji filmowych podchodziłem kilkakrotnie i nigdy nie udało mi się przy nich nie zasnąć.

Jednak ten świat, który wyłania się z muzyki jest niezwykle pociągający – opętany ciemnością, niepokojący i pełen tajemnic. Utwory choć długie – nie są specjalnie rozbudowane i skomplikowane aranżacyjnie. Przy pierwszej konfrontacji może się wydawać, że zespół wpadł w pułapkę monotonii – bardziej wyrobiony słuchacz powinien jednak dać porwać się kreowanej atmosferze i wniknąć w nią nieco głębiej. I gdy wzrok już nieco przywyknie do tej nieprzeniknionej ciemności zaczynamy w niej dostrzegać najpierw kształty, a później krajobrazy. Bezkresne, monumentalne i niezwykle – ten monochromatyczny dźwiękowy świat, który zdawał się składać tylko z odcieni czerni zaczyna pulsować życiem i odsłaniać kryjącą w sobie o wiele większą paletę emocji, aniżeli tylko smutek i agresja.

Ta płyta tworzy specyficzną i spójną narrację, z której wyłania się nie tylko ciemność i zło, ale także piękno i niepokój w momentach gdy black metalowy jad przechodzi w doomowe i nieco melancholijne zwolnienia, a gitarowe sola kwilą w duchowym uniesieniu. W tej muzyce jest coś pierwotnego i rytualnego i to nawet nie kwestia brzmieniowej surowość, ale tego nieco transowego klimatu rodem ze starych horrorów, w których za pomocą prostych środków osiągano efekt większy niż dziś dzięki komputerowym fajerwerkom.

Nie mam wątpliwości, że „The Siege of Angband” to album, który przepadnie z kretesem – ta muzyka zupełnie nie przystaje do czasów, w których powstała. Tego albumu nie da się docenić jeżdżąc po nim suwakiem na Youtube, nie da się go w pełni odkryć jednocześnie podglądając nowe odcinki House Of Cards i gadając z kolegą na fejsbuniu. Przyjęcie zaproszenia do świata Skald of Morgoth bardziej przypomina rozpoczęcie żeglugi po jeziorze, którego drugi brzeg spowiła gęsta mgła niż rundę na karuzeli w wesoły miasteczku z resztkami waty cukrowej w kącikach ust.

„The Siege of Angband” to płyta tak mało efekciarska jak to tylko możliwe, a dziś bardzo często efekciarstwo mylone jest z efektownością. Stąd ogromna popularność nieporozumień takich jak BATUSHKA przy jednoczesnym skazaniu na pobyt w głębokim podziemiu zespołów podobnych do SKALD OF MORGOTH. Z drugiej strony czy to źle? Może akurat wszystko jest na właściwym miejscu?

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany