Dziś rano, śpiąc jeszcze usłyszałem Leonarda Cohena. To było „Suzanne” dobiegające z drugiego pokoju. Serce mi drgnęło i z pozoru irracjonalnie pomyślałem: „Umarł”.

Z pozoru, bo dedukcja była błyskawiczna. Moja żona po przebudzeniu włącza telewizor, a nie płyty. A nawet gdyby w przypływie nagłego porywu serca postanowiła to zmienić, to przecież na przebudzenie nie sięgnęłaby po „śpiocha” – jak go zwykle pieszczotliwie nazywa. Cohen w telewizji? Tylko jego śmierć mogłaby to logicznie uzasadniać. Przewróciłem się jednak na drugi bok chcąc odgonić myśli o śmierci Cohena i zasnąłem jeszcze na chwilę.

img_7265

– Jestem twoim mężczyzną – usłyszałem nagle czyjś zachrypnięty głos i poczułem ciężar na ramieniu. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Cohena. Siedział na krawędzi mojego łóżka w szarym garniturze i kapeluszu. W prawym ręku trzymał papierosa wetkniętego w szklanką pożółkłą fifkę.
Usiadłem na łóżku oszołomiony i trochę przestraszony, ale jednocześnie nabierając przekonania, że to musi być sen, bo tylko we śnie mógłby się ktoś odważyć zapalić w mojej sypialni podczas obecności małżonki w domu.
– Jestem twoim mężczyzną – powtórzył Cohen, a ja poczułem jak strach zaciska mi gardło w obawie by sen nie okazał się erotycznym. Kochałem Cohena od lat, ale zawsze platonicznie.
– O co ci chodzi? – zapytałem wprost.
– Ile lat minęło odkąd dostałeś pod choinkę moją biografię? – zapytał Cohen smutnym głosem i zaciągnął się papierosem. Dym rozszedł się w półmroku sypialni, a ja poczułem, że się rumienię bo wciąż nie zacząłem jej czytać.
– Ze dwa… – przyznałem i spuściłem głowę.
– Trzy! – syknął ochrypniętym głosem i rozpłynął się w dymie. Wstałem z łóżka przyszedłem do salonu, nie zapalając światła i nie odsłaniając zasłon zdjąłem z półki dyskografię Cohena oraz jego biografię zatytułowaną „Jestem twoim mężczyzną”. Zapaliłem lampkę i odpaliłem wieżę, zaczynając od początku i z książką i z muzyką.

57ac3862-42ef-43db-89c8-25c8fc4d2285Gdy miałem dziesięć – jedenaście lat ojciec katował mnie Cohenem puszczając go w samochodzie aż do wyrzygania. Nie było to największe osiągnięcie artysty, bo „I’m Your Man” z roku 1988. Na początku była mi obojętna, a później ją znienawidziłem zaczynając słuchać metalu i gardząc wszystkim co tym metalem nie było. Z czasem jednak dostrzegłem, że w tej muzyce jest elegancja, klasa i poetycka nuta, która szarpie za serce, nawet jeśli zanurzona w tandetnej estetyce lat osiemdziesiątych.
Po latach z sentymentu zakupiłem sobie na CD „I’m Your Man”, a z siedem lat temu zacząłem zgłębiać Cohena bardziej, docierając do tego co w jego twórczości najlepsze – a więc płyt z końcówki lat 60. i początku 70. Bardzo podobały mi się jego dwie ostatnie płyty „Old Ideas” i „Popular Problems” – której od chwili premiery chyba nawet razu nie wyjąłem z odtwarzacza samochodowego. Tegorocznej nie zdążyłem jeszcze posłuchać.

I tak sobie dziś czytając i słuchając przedłużałem moment włączenia komputera i zderzenia się z rzeczywistością. Dopiero po godzinie trzynastej odważyłem się to zrobić i rzeczywiście… przeczucie mnie nie myliło. Odszedł kolejny wielki artysta, kolejna ikona muzyki… w wieku dość podeszłym i chyba pięknym, ale w tak doskonałej muzycznej formie, że ta śmierć wydaje się zupełnie niespodziewana i tak gwałtowna, jakby dopadła go w połowie wypowiadanego zdania, w połowie słowa…

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany