„Ominous Darkness” nie jest dziełem ani przełomowym ani specjalnie oryginalnym. Nie przynosi SOUL MAGGOT splendoru, ale z pewnością nie jest też powodem do wstydu


B

ezpowrotnie minęły czasy gdy dostawałem demówkę nagraną na kasecie po skasowanym Michaelu Jacksonie. Dziś poziom wydawniczy nawet debiutujących zespołów jest więcej niż przyzwoity. Choćby debiutanckie demo „Ominous Darkness” SOUL MAGGOT wydane w estetycznym digi packu. Aż miło wciąć do ręki

FullSizeRender 39Co przynosi niespełna 20 minutowy materiał tego śląskiego zespołu? Dość surowo brzmiący mariaż death i black metalu, stylistycznie nawiązujący do czasów, w których rozdział na te dwa gatunki nie był zbyt oczywisty. To brzmienie jednak bardziej wydaje mi się amatorskie niż oldschoolowe – ma jakiś taki sznyt zespołów, które nie nagrywają w zatęchłej piwnicy czy zagraconym garażu, ale w sali pobliskiego emdeku, ze ścianami wyłożonymi wytłaczankami po jajkach. Ta surowość nie dodaje agresji i zła, ona wydaje się wynikać z pewnej nieporadności i nieopierzenia.

Słychać w SOUL MAGGOT także inne inspiracje – oprócz intensywnego death metalowego grania i black metalowego mroku miejscami wdzierają się w tę muzykę thrash metalowe riffy, doom metalowe zwolnienia i niemal heavy metalowe patateje. Można przez to powiedzieć, że to sprawia iż „Ominous Darkness” jest krążkiem zróżnicowanym, można też zarzucić mu brak spójności. Osobiście stoję okrakiem między jednym a drugiem, i o ile początkowo skłaniałem się ku niespójności, tak w miarę kolejnych przesłuchać zaczyna mi się to wszystko łączyć w bardziej logiczną całość. „Invocation Ot The One In Despair” zaczyna się z iście morbidangelowską werwą, zatrzymuje się na lekkim zwolnieniu, które rozpędza jadowity, lekko przyciszony black metalowy krzyczący szept. Jednak riff, który w to wszystko wchodzi nie jest zbyt frapujący i choć swoją thrash metalową rytmiką łatwo wpada w ucho, to wydaje się dość banalny i szybko z niego wypada. „The Pathfinger” rozpędza się ostrożnie i leniwe, przechodząc od wyciszenia w kierunku spontanicznej i przestrzennej gry, która niknie pod miażdżącym przyśpieszeniem. A właściwie w złożeniu miażdżącym – bo mam wrażenie, że pomimo brudu i intensywności brakuje tu prawdziwego szaleństwa i mocy. I nawet to black metalowe szeptane zwolnienie specjalnie do mnie nie przemawia i nie pozostawia głębszych doznań. W ogóle ten utwór wydaje mi się bardziej przegadany i wymęczony niż urozmaicony i pełen rozmachu. Może to kwestia brzmienia, może braku umiejętności w połączeniu dopiero kiełkujących pomysłów?

Na początku „Elder Blood” jest mniej epatowania klimatem i różnicowania tempa – mamy intensywność i jazdę do przodu. Znów z echami wczesnego Morbid Angel i ciężkim, doom metalowym zwolnieniem, które tu wkomponowano całkiem zgrabnie i bez zgrzytów. Nie przekonuje mnie natomiast samo riffowanie, które miejscami popada w radosne heavy metalowe papatajstwo. Na szczęście intensywna końcówka zaciera złe wrażenie.

Na sam koniec utwór tytułowy – moim zdaniem chyba najciekawszy na płycie. Niby nie sięga po nowe środki wyrazu i wciąż obrabia to samo poletko, ale jednak porusza się na nim z wyraźniejszym wdziękiem i zdawało by się – z większą pewnością siebie.

„Ominous Darkness” nie jest dziełem ani przełomowym ani specjalnie oryginalnym. Nie przynosi SOUL MAGGOT splendoru, ale z pewnością nie jest też powodem do wstydu. Niestety czas jest niepodzielny i trudno inaczej muzykę oceniać w kategorii „debiut”:, a inaczej w kategorii „piętnasta płyta weteranów”. SOUL MAGGOT swoim debiutem musi rywalizować z debiutem BLOOD INCANTATION, nadchodzącą płytą TESTAMENT, nowym kawałkiem METALLICA i całą resztą muzycznego świata. Dziś tę rywalizację przegrywa, choć co do konfrontacji z nowym kawałekiem METALLICA to musiałbym się jeszcze zastanowić…

Chętnie jednak zajrzę do nich jutro.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany