Obawiałem się nowej płyty MORBID ANGEL. Przypuszczałem, że po miażdżącej krytyce, z jaką spotkał się poprzedni album (zupełnie niesłusznej – ale to temat, na inne rozważania) zespół podkuli ogon i wróci do bezpiecznych okopów, które w death metalowej materii wydrążył dawno temu. Nic z tych rzeczy – „Kingdoms Disdained” to płyta nieporównywalna z ich wcześniejszymi dokonaniami, album świeży, z silnie zarysowaną tożsamością, to nowa jakość w ich muzyce.

Pierwsze co zwraca uwagę w konfrontacji z tym albumem to brzmienie – duszne i przytłaczjące, a jednocześnie bardzo selektywne. Gitary rytmiczne rzężą jak buldożer, któremu właśnie odpalono silnik po dłuższym postoju, partie perkusji są wręcz spektakularne – precyzyjne, skomasowane i bezlitosne. Wokale Tuckera rewelacyjne, śmiem twierdzić, że lepsze niż kiedykolwiek w jego wykonaniu – jest w nich pewien majestat, który cechował poprzednika, ale jednocześnie więcej agresji. Co najważniejsze jednak – one żyją i umykają jednowymiarowości, są brutalne ale pełne naturalnej ekspresji i emocji.

Już otwierający płytę „Piles Of Little Arms” wyrywa z butów, potęga i siła tego utworu sprawiły, że kolana zmiękły mi już przy pierwszej konfrontacji. Ciężar i bezkompromisowość – te dwa słowa nasunęły mi się jako pierwsze. To jest jednak Morbid Angel, oni nie zatracają się w brutalności – ten utwór jest tak rwany, wielowątkowy, pełen zakrętów i zwrotów. Smaczków jest mnóstwo, ale żadna z zagrywek nie jest nachalnie powtarzana, powiedziałbym, że one pojawiają się i znikają jak iskry podczas łamania palącego się drwa. Choćby ten riff w 0:38 sekundzie, który powraca tylko chwilę, albo to genialne przejście w 1:23. To jest przepiękne – Morbid Angel w takich momentach są jak bokser wagi ciężkiej, który przez kilka minut prowadził skomasowany atak lewym prostym i prawym sierpowym, a teraz zrobił piękny krok do tyłu jakby chciał ustąpić pola przeciwnikowi i w tym samym momencie pociągnął prawy podbródkowy. Piękny, czysty, trafiający dokładnie w szczękę. Trzymając się tego porównania rzekłym, że „Kingdoms Disdained” to jest właśnie waga ciężka z finezją zawodników wagi muszej. Morbid Angel wyprowadza ciosy okrutne i mordercze, ale jednocześnie pomiędzy linami rozpiętymi wokół tego death metalowego ringu porusza się tak lekko i wdzięcznie, że nie sposób przewidzieć taktyki i uniknąć kolejnych razów.
Ta muzyczna przemoc to nie tylko dzika i nieokiełznana siła, oni imponują przede wszystkim techniką i niesamowitą wyobraźnią. To co dzieje się pod koniec pierwszej i na początku drugiej minuty „D.E.A.D.” pozbawia mnie tchu. Ten utwór jest jak jakaś bestia, która co chwilę ze spienionym rozwartym pyskiem rzuca się do gardła, ale nie rozrywa go trzymana na jakiejś niewidzialnej smyczy.

„Garden Of Disdain” jest dumny i dostojny, niesie za sobą echa najbardziej aroganckich i wyniosłych momentów na „Domination”, a mi od razu przypomina się plakat, który dwadzieścia lat temu zdobił jedną ze ścian mojego pokoju. Pamiętacie pewnie to zdjęcie zespołu, u którego nóg wiły się nagie kobiety. Morbid Angel w tym utworze zdaje się mówić: „to my jesteśmy panami, właśnie wróciliśmy na tron więc oddajcie nam cześć lub zdychajcie u naszych stóp”.
Nieco słabszym utworem jest „The Righteous Voice” – porządny, gęsty i skomasowany, z fajną solówką przemykającą na początku czwartej minuty, ale jednak pozbawiony momentów, w których włosy jeżą się na głowie, a na rękach pojawia się gęsia skórka. Autorem tego kawałki jest Tucker co można wyczuć bez zaglądania do wkładki.

Skoro już o solówkach wspomniałem – na płycie nie są one rozpasane, raczej dyskretnie przemykają, stanowiąc przyprawę podkreślającą smak, ale nie predestynują do dania głównego. Ale chyba wielkość artystów poznaje się nie tylko po ich umiejętnościach, ale także po tym, że potrafią swój kunszt podporządkować zamysłowi dzieła i rozumieją, że to narzędzia służą kreacji, a nie kreacja jest pretekstem do eksponowania biegłości w posługiwaniu się tymi narzędziami. Ten solówkowy minimalizm idealnie współgra z materią tej płyty, a te oszczędne partie solowe są ornamentem, który idealnie podkreśla witruwiańskie proporcje tego krążka.

„Architect and Iconoclast” zachwyca porywającym riffem i kąśliwą partią solową w piątej minucie. Jest intensywny i bezlitosny, pełen ekspresji ale jednocześnie nieludzki i niszczący jak jakaś zaprogramowana maszyna. W „Paradigms Warped” znów mamy morbidową wyniosłość i dumę, majestat riffów i żarliwość partii wokalnych. 1:40 – bass jest jak oddech wulkanu, który przebudził się po tysiącach lat i właśnie zbiera w trzewiach wulkaniczną flegmę by za chwilę nią plunąć i zmienić życie w garść stygnącego popiołu. Piękne są te zwolnienia eksponujące ten pomruk basowego wulkanu.

No i doszliśmy do siódmego – „The Pillars Crumbling” – moim zdaniem najlepszego utworu na płycie, działa na miarę największych dokonań Morbid Angel. W tym utworze jest coś lubieżnie diabelskiego, choć wciąż skomasowany wpuszcza w tą gęstą i ciężką materię riffów więcej przestrzeni. To co zaczyna się dziać w 3:35 to dla mnie chyba najpiękniejsza chwila na całej płycie. Po rozpoczęciu piątej minuty rozpoczyna się obłędny lot w kosmos, który pozbawia tchu i oczywiście całkowicie niszczy wszystkich tych, którzy fizycznie i emocjonalnie nie są w stanie znieść trudów death metalowych astronautów.

„For No Master” to drugi utwór Tuckera – trzeba dodać, że lepszy. Walcowaty, rytmiczny, pełen rozmachu i diabolicznej siły.
„Declaring New Law (Secret Hell)” to cięższy, stricte death metalowy kuzyn „Destructos vs. the Earth / Attack” z poprzedniej płyty. Zaczyna się absolutnie mistrzowską partią wokalną Tuckera, a później leci w tym swoim na poły tanecznym, na poły beznamiętnym rytmie. W połowie czwartej minuty wchodzi piękna partia solowa, a główny riff nie milknie! Doskonały utwór.

„From The Hand Of Kings” oferuje chyba najbardziej rozpasaną partię solową na tym krążku, świetne przejścia rytmiczne i zmiany tempa. Gdy się kończy cisza wydaje się wręcz krzyczeć. Kończącym płytę „The Fall Of Idols” Morbid Angel nie pozostawiają złudzeń – powrócili z cholernie mocnym krążkiem, dla mnie najlepszym od czasów boskiego „Formulas…” a więc od blisko 20 lat.

Oczywiście można się czepiać i stawiać tezę, że Amerykanie mają w swoim dorobku lepsze płyty i ta ostatnia w ich kontekście pozostawia niedosyt. To prawda, że Morbid Angel nie nagrali najlepszej płyty w swojej dyskografii, ale patrząc na czas i kontekst powstania tego krążka chyba wszyscy wiemy, że coś takiego nie jest możliwe. To trochę tak jakby chcieć narysować bardziej okrągłe koło niż to, które powstało po nakreśleniu cyrklem. Ten zespół ustanowił pewien kanon, stworzył jedne z najwybitniejszych płyt w całym gatunku (osobiście sądzę, że nawet najwybitniejsze) i dziś trudno się mierzyć z własną legendą.

Najpiękniejsze jest jednak to, że Morbid Angel wcale nie konfrontują się ze swoją przeszłością. Nagrywają płytę, które brzmi jak żadna inna – oni znów idą pod prąd wobec obecnych trendów panujących na scenie. Nie interesuje ich żaden oldschool! „Kingdoms Disdained” to Morbid Angel z 2017 roku. Oni za nikim nie podążają i jak zwykle pokazują całej death metalowej scenie plecy. Te wszystkie rewelacje ostatnich lat mogę paść im do stóp jak kobiety z mojego plakatu, zakwilić i possać im języki od butów.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. John

    MA powrócił na wytarte przez FFtF i GtA ścieżki. Na Ilum pokazał kolejny raz po Domination że nie boi się eksperymentować jednakże twardogłowi fani nakrzyczeli na MA no i Trey wrócił do budy żeby odtwarzać to co juz kiedyś było i liczyć że ze „starym-nowym” wokalistom-basistom odzyska „nadwątlone zaufanie. Na KD jest kilka niezłych rifów – na przykład w Piles of little arms czy For No Master ale to wszystko jest przykryte całą masą niczego nie wnoszących dźwięków jak na przykład w Declaring New Law ( 4y minuty 4rech chwytów ) Nad brzmieniem nie będę się pastwił ale te stopy które zagłuszają gitary, ogólny brak polotu jeśli chodzi o aranże perkusji sprawiają że może i teraz wygłodniali ludzie będę się cieszyć że MA wypuściło coś nowego i ten bluźnierca David odszedł ale prawda jest taka że za 3 miesiące zapomnicie o tej płycie, po 6ciu jak będziecie chcieli posłuchać MA to wrócicie do Covenant. Na Ilum kawałki „taneczne” były lekko czerstwe ale Blades For Baal, Nevermore. I am Morbid, Existo Vulgore to najlepsze co powstało u MA do tej pory w 21 wieku.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany