las-1024x698Gdy wjeżdżałem do lasu światła reflektorów mojego samochodu z trudem rozgarniały gęstą ciemność, która wydawała się wylewać nie tylko z zachmurzonego nieba, ale także spośród drzew.
– Na następnym skrzyżowaniu skręcisz w prawo i będziesz jechał tak długo, aż skończy się asfalt i zacznie się bruk – usłyszałem głos płynący z głośników. – Tam na rynku na was czekam i dalej już poprowadzę.
Miałem nadzieję, że on naprawdę tam będzie i nie odgrywa się za te nieszczęsne „za ciasne spodnie w kroku”. Miałem nadzieję, że po przejechaniu prawie 400 kilometrów, w środku nocy, w jakimś niewiarygodnym zadupiu nie rozlegnie się upiorny śmiech i nie usłyszę: „Ale cię nabrałem! To za te, „za ciasne spodnie w kroku”frajerze!”
Ale zaraz, zaraz… Od początku… usiądźcie sobie wygodnie, zaparzcie kawę i przeczytajcie o jednym z największych metalowych maniaków, jacy chodzili po polskiej ziemi. Przeczytajcie o człowieku, który swą pasją mógłby góry przenosić.


rok 2016

Rafał Monastyrski z dwiema „Jaskiniami hałasu” w dłoniach, w swojej domowej jaskini hałasu otoczonej dzikimi ostępami leśnymi. Tak. Dobrze widzicie, tam gdzie normalnie ludzie trzymają filiżanki do kawy Rafał przechowuje płyty…

M

agazyn muzyczny „Metal Hammer” nie cieszy się mianem kultowego czasopisma. Większość prawdziwych metalowych maniaków albo podchodzi do niego z dużą dawką sceptycyzmu, albo w ogóle nie podchodzi. Nic dziwnego – przez lata ukazywania się na rynku „Młotek” miał trochę chudych lat i chyba od zawsze można było wskazać ciekawszą konkurencję. Kupowałem ten magazyn od prawie samego początku, aż do połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy na całego wsiąkłem w black metal, a „Metal Hammer” zdawał się wówczas w ogóle nie dostrzegać tego podgatunku. Po kilkuletniej przerwie zajrzałem do magazynu i stopniowo zacząłem się z nim przepraszać. Od lat znów kupuję regularnie i znajduję w nim sporo ciekawych rzeczy.

Jednym z dziennikarzy, którzy stanowią o sile tego periodyku jest Rafał Monastyrski. Dobre, błyskotliwe pióro, duża wiedza i orientacja na stricte metalowe rzeczy sprawiają, że właśnie dzięki niemu słowo „metal” w nazwie magazynu wciąż widniej nie tylko dla ozdoby. A, że gust muzyczny ma nieco „rajtuzowy” i często podnieca się przeciętnymi heavy metalowymi zespołami, pomijając zjawiska, które mi wydają się we współczesnej scenie najciekawsze? Cóż, to pewnie kwestia indywidualnych upodobań, preferencji – i jak ja to nazywam „muzycznego wykształcenia”.

Ja wychowałem się na najbardziej ekstremalnych odmianach metalu, a do klasyki wracałem w czasach, gdy pod moim nosem zaczął pojawiać się nieśmiały wąsik. Rafał Monastyrski ma wykształcenie klasyczne i pewnie stąd ta mięta do heavy metalowych grajków, a mniejsze ciągoty ku prawdziwej ekstremie. Jeśli już wychodzi poza metal – to w kierunku szlachetnego popu lat osiemdziesiątych. Dla niego muzyka musi mieć melodie i rytm, dla mnie emocje i nerw. Choć oczywiście często bywa tak, że jedno i drugie idzie w parze.


Za ciasno w kroku?

Przed laty na pewnym forum ktoś zacytował fragment relacji z „Metal Hammera”, w której autor krytykował zespół SPHERE za sceniczną narrację – bluźnierczą, antychrześcijańską i pozbawioną logiki. Tym autorem był Rafał Monastyrski. Obśmiałem go oczywiście kwitując, że chyba za ciasne spodnie w kroku ma, skoro doszukuje się logiki i koncentruje na treści koncertowych tyrad.

Kilka lat później napisałem na Facebooku, że czekam aż w metalhammerowej rubryce „Mało znane, mało grane” pojawi się coś, czego rzeczywiście nie znam. O dziwo odezwał się do mnie autor rubryki Rafał Monastyrski, wyjaśniając, że ideą tych tekstów nie jest przedstawianie ósmoligowego podziemia z Bangladeszu, ale przypominanie zespołów, o których słuchacze zdążyli już zapomnieć – dość znanych, ale nie będących nigdy na świeczniku.
I tak sobie chwilę pogadaliśmy – i przyznam, że jak na dziennikarza „komercyjnego szmatławca” dziennikarz ten wydał mi się osobą otwartą, skromną i świetnie zorientowaną w metalowej tematyce. Nieuniknione było, że prędzej czy później się spotkamy, bo jak ustaliliśmy, już wcześniej wielokrotnie bywaliśmy na tych samych koncertach. Spotkaliśmy się we Wrocławiu na koncercie D.R.I. – chyba nawet piwa nie wypiliśmy, bo Rafał przyjechał samochodem. Wypomniał mi te forumowe „za ciasne spodnie” – internet jest mały i ktoś mu doniósł moją złośliwą uwagę. Nie przejął się jednak tym zbytnio i wyglądał na szczerze ubawionego.

I na tym pewnie ta znajomość by się skończyła – tak jak kończy się większość internetowych znajomości ludzi, którzy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego poza słuchaną muzyką.


Wędrówka w krainę ciszy

rok 1993

Rok 1993.

Któregoś wieczoru jednak zaczęliśmy znów o muzyce rozmawiać i tak od słowa do słowa, dowiedziawszy się, że mój rozmówca jest leśnikiem i na co dzień żyje w wśród ostępów leśnych, wypaliłem:

– Wpadłbym kiedyś do tej twojej leśniczówki to byśmy się napili i posłuchali muzyki.

– Zapraszam – odparł całkiem poważnie. I kilka dni później trochę na wariata, zapakowałem do samochodu rodzinę i wyruszyłem na drugi koniec Polski – spotkać się z człowiekiem, którego na oczy widziałem tylko raz.

Chyba się za te „za ciasne spodnie” rzeczywiście nie obraził. Nie wystawił mnie i faktycznie czekał w umówionym miejscu. Ruszyliśmy za nim, wkrótce zjeżdżając z asfaltowej drogi, mijając wąskim mostkiem jakąś rzekę i klucząc uliczkami spokojnej i cichej wioski. Dobrze, że po nas wyjechał. Hołowczyc z mojej nawigacji pewnie powiesiłby się na kablu po ósmym zakręcie.

Gdy wysiedliśmy za samochodem pod leśniczówką usłyszałem ciszę. Ciszę tak potworną, wszechogarniającą i głęboką jakiej chyba nigdy wcześniej nie doświadczyłem. W mieście nigdy nie ma ciszy, bo gdzieś w oddali przejeżdża samochód, ktoś krzyczy, ktoś się śmieje, ktoś śpiewa po pijaku. Na wsiach też zwykle słychać ujadanie psów z oddali, szum drzew kołysanych przez wiatr czy nawoływanie nocnych ptaków. Przed leśniczówką Rafała Monastyrskiego było tak cicho, że gdybym za przeproszeniem zechciał puścić „cichacza” to prawdopodobnie zabrzmiałby jak grzmot zwiastujący nadchodzącą burzę.

Przywitaliśmy się, nasze rodziny się zapoznały, zjedliśmy pyszny rosół, otworzyliśmy sobie butelkę whisky i wreszcie zajęliśmy się naprawdę ważną rzeczą. Muzyką.


Płyty w dom, Bóg w dom

Wiecie po czym poznać prawdziwego maniaka metalu?

Ma mieszkanie zawalone płytami. Jeśli tak nie jest, to znaczy, że to dupa, a nie maniak. Za czasów ogólniaka zaprosił mnie do domu jeden z czołowych szkolnych metali. Gdy od niego wychodziliśmy skwitowałem:

– On niedługo zetnie włosy i zacznie chodzić na dyskoteki.

– Skąd wiedziałeś? – dopytywali mnie po roku znajomi, gdy nasz kolega, z krótkimi już włosami kręcił biodrami pod dyskotekową kulą.

To proste. Chłopak nie miał w domu muzyki. Codziennie przychodził do szkoły w koszulce innego zespołu metalowego, a posiadał zaledwie z pięć kaset. Na dodatek wszystkie przegrywane. Prawdziwy maniak metalu każde zaoszczędzone pieniądze wyda na muzykę, a nie na szmatę, w której będzie się lansował.

Gdy tylko przekroczyłem próg domu Rafała Monastyrskiego wiedziałem, że mam do czynienia z prawdziwym maniakiem. Płyty piętrzyły się poukładane na stosach i stosikach, w ilości przekraczającej rozsądek zwykłego człowieka.

– Tu najczęściej słucham muzyki – powiedział Rafał gdy wkroczyliśmy do kuchni, a nasze rodziny znużone późną porą legły już w łóżkach. Myślałem, że żartuje. Ale nie – rzeczywiście w kuchni rozstawione ma dwa sprzęty grające i pokaźny stos aktualnie słuchanych albumów.

– Czasami coś gotuję, czasami słucham i piszę kolejne teksty do „Metal Hammera” – mówi Rafał, a ja w tym czasie drżącymi rękami przeczesuję kolejny stos płyt. Uśmiecham się bo „rajtuzowy gust” mojego nowego kolegi okazuje się całkiem niezły. Owszem ma na sumieniu Rhapsody i kilka innych heavy metali średnich lotów, ale wśród płyt odnajduję żelazne klasyki death metalu, a nawet mój ukochany debiutancki album IN THE WOODS. Za oknem ciemno i wciąż cicho jak w grobowcu Tutanchamona. Włączam „Heart of The Ages”, polewamy kolejną szklaneczkę whisky i zaczynamy gadać.


Między skupem butelek, a kwiaciarnią

Mój rozmówca zaczął swoją przygodę z muzykę metalową jeszcze w latach osiemdziesiątych w wieku… sześciu lat.

– Przesadza – początkowo myślę sobie, bo sam zacząłem, gdy miałem latek dwa razy więcej, a i tak wydawało mi się, że to dość wcześnie.

Metalem Rafał zainteresował się za sprawą chłopaka swojej starszej siostry. Zaczynał od heavy metalu z prostego względu – black i death metal wówczas jeszcze nie istniały. A nawet jeśli zaczynały ukazywać się płyty protoplastów tych gatunków to jeszcze ich stylistycznie nie klasyfikowano. Dzieciństwo spędził w oddalonej o kilka kilometrów od dzisiejszego miejsca zamieszkania – Niezgodzie. To niewielka malownicza wioska mogąca się pochwalić urokliwymi ostępami leśnymi i 120 hektarowym stawem. Eufemistycznie mówiąc – nie jest to centrum kulturalne Dolnego Śląska. Nie było tam żadnego sklepu muzycznego ani księgarni. O klubie muzycznym czy pubie można było tylko pomarzyć. Dorastający chłopak mógł robić trzy rzeczy: chodzić na grzyby, wędkować, albo pić pod sklepem. Rafała zainteresowała ta trzecia opcja. Bynajmniej nie dlatego, że czuł szczególny pociąg do alkoholu. Bystry dzieciak zauważył, że amatorzy mocniejszych trunków ciskają butelki gdzie popadnie – a w owych czasach w skupie płacili za nie całkiem spore pieniądze. Nie na tyle duże by ktoś się chciał po nie schylać – ale dla Rafała złotówki były tylko pośrednią walutą. Prawdziwą wartość miały kasety, na które można było je wymienić w Miliczu – niewielkim miasteczku oddalonym o niecałe dwadzieścia kilometrów od Niezgody. Ulubionym miejscem Rafała w Miliczu była kwiaciarnia. Nie dlatego, że czuł mięte do florystyki, ale dlatego, że właśnie w niej sprzedawano kasety. Najpierw piraty, a z czasem także pierwsze licencje z Metal Mindu i z Carnage. To właśnie w milickiej kwiaciarni na początku lat dziewięćdziesiątych przyszły dziennikarz Metal Hammera kupował kasety z klasycznymi death metalowymi krążkami. W tamtym czasie na rynku pojawił się właśnie Metal Hammer – początkowo robiony dość nieporadnie i zamieszczający tłumaczenia tekstów z wydania brytyjskiego. Merytorycznie wpisywał się w gust polskich metalowców jak pismo „Cats” w nurt prasy katolickiej. To oczywiście nie zrażało, bo głód informacji o metalu był tak silny, że sam w owym czasie nawet „Bravo” kupowałem, żeby przeczytać jednoszpaltowy artykuł o SEPULTURZE czy ogólnikowy, lapidarny tekst o amerykańskim death metalu. Dziś trudno w to uwierzyć, ale ćwierć wieku temu człowiek nie widział nawet jak wyglądają muzycy zespołów, których słuchał. O koncertach nie było co marzyć, a na okładkach pirackich kaset było niewiele więcej informacji niż w bukiecie kwiatów, zakupionych w milickiej kwiaciarni.


Listy do Kasi

Wszystko zmieniło się gdy w Metal Hammerze pojawiły się teksty Katarzyny Krakowiak. Pół metalowej Polski uczyło się ich na pamięć z uwagą studiując jej recenzje, relacje z koncertów czy wywiady. Właśnie za jej sprawą czasopismo zaczęło poruszać tematykę, które nas rzeczywiście interesowała. Nie Poison, Skid Row, Cinderella, Motley Crue czyWhite Lion lecz Death, Cannibal Corpse, Deicide, Unleashed, Vader.

Nastoletni Rafał Monastyrski rozkochał się więc w Metal Hammerze bez pamięci, stając się zmorę kioskarzy w promieniu 20 kilometrów, których codziennie pytał: czy może jest już nowy numer? Napisał też list do redakcji, na który odpowiedziała mu… Katarzyna Krakowiak. Nigdy się osobiście nie poznali, ale korespondowali ze sobą przez kilka lat, wymieniając muzyczne fascynacje i dzieląc się opiniami. Był nawet pomysł by Rafał zaczął pisać do Metal Hammera – ale mieszkając w miejscu, gdzie nawet diabeł nie mówi dobranoc, bojąc się zapuścić tak głęboko do lasu – pomysł został porzucony. A właściwie – jak pokazało życie – odwleczony w czasie na wiele lat.


Metalowy kaganek oświaty

rok 2009

Rok 2009 i spotkanie z Romanem.

I rzeczywiście – dużo później, już jako dorosły facet z uregulowanym życiem zawodowym Rafał Monastyski trafił do redakcji Metal Hammera. Dziś na poważnie pracuje w nadleśnictwie. Na „niepoważnie” w Metal Hammerze.

W dzisiejszych czasach miarą „powagi” naszego zajęcia jest wysokość wynagrodzenia – bo jeśli chodzi o zaangażowanie to jak szybko spostrzegłem, ta metalowa pisanina czasami wysuwa się Rafałowi na pierwsze miejsce, spychając wszystko inne na margines. Ten facet potrafi siedzieć w kuchni godzinami, by po wielu dziesiątkach płytowych przesłuchań napisać do numeru ponad dwadzieścia recenzji i przygotować kilkanaście wywiadów. Mało poznałem w życiu ludzi, którzy mieliby równie duże poczucie misji co Rafał Monastyrski. Jestem pewien, że gdyby nie był fanem metalu, lecz duchownym, to nie zadowoliłby się prowadzeniem milickiej parafii, ale ruszyłby do Afryki, nawracając nie tylko tubylców, ale i wielbłądy. A robiłby to z takim przekonaniem i zaangażowaniem, że wkrótce pewnie i kaktusy na pustyni potrafiłby zrobić znak krzyża, a pieski preriowe odmówić zdrowaśkę. Rafał nie przyjął jednak święceń kapłańskich, ale wytrwał w muzyce metalowej. Prywatnie – od szóstego roku życia, każdego dnia chłoszcząc się metalowymi dźwiękami, a od siedmiu lat uprawiając metalową trójpolówkę na łamach Metal Hammera.

Przeprowadził ponad sto wywiadów, głównie z polskimi zespołami. Napisał ok. 60 felietonów, ok. 100 relacji koncertowych, ponad tysiąc recenzji (w tym ponad 30 w rubryce „Album Miesiąca”), 80 odsłon rubryki „Mało znane mało grane”. A to przecież nie wszystko… Nieźle jak na dodatkowe zajęcie po godzinach!

To właśnie m.in. dzięki Rafałowi Monastyrskiemu ten pozornie komercyjny i adresowany do młodszych fanów magazyn stał się głównym promotorem polskich zespołów. Nie, wcale nie tych, które nagrywają dla Metal Mindu. Obserwuję „Metal Hammer” od wielu lat i dziś postrzegam go jako bardziej niezależny, niż niektóre modne muzyczne periodyki, głośno krzyczące o swojej bezstronności, a wykazujące tak wielką korelację pomiędzy prezentowaną treścią i zamieszczanymi reklamami, że aż przykro się robi i żal ściska, że ludzie dają sobie wciskać taki kit.


Dziennikarska orka na ugorze

rok 1991

Dawne czasy – Rafał trzyma na kolanach małego Mariusza Kmiołka – przyszłego menagera zespołu VADER 😉

Aspekt współpracy z Metal Hammerem wyjątkowo mnie zainteresował – tym bardziej, że wówczas jeszcze sądziłem, że to normalnie prosperująca redakcja, zatrudniająca swoich dziennikarzy na etat. Nic z tych rzeczy – to pismo wyróżnia szeroka dystrybucja i regularność wydawnicza, ale kręci się dzięki pasji i zaangażowaniu kilku współpracujących osób.

Zadziwiające jest jak wiele czasu Monastyrski poświęca tej współpracy – z jaką pieczołowitością przygotowuje teksty i ile cierpliwości ma do swoich rozmówców. Nie wszyscy są fajni i bezproblemowi. Niektórzy gwiazdorzą i marudzą. Wdzięczność? Zdarzają się miłe słowa, ale niektóre zadziwiają.

Choćby te z ust muzyka EMBRIONAL, któremu Rafał Monastyrski poświęcił sporo czasu i wywalczył miejsce dla jego kapeli na łamach miesięcznika, by kilka miesięcy później spotkać się z określeniem „pajac z Metal Hammera”. Bo kpina z Metal Hammera jest dobrze widziana. Dziubiński. Metal Mind. Komercja. To niegodne prawdziwego konesera metalowej muzyki. A w rzeczywistości to właśnie dzięki temu czasopismu sporo młodych kapel trafia do ludzi, którzy nie sięgają po podziemne wydawnictwa, a także nie mają serca, czasu i ochoty przekopywać się przez internetowy chaos informacyjny.

Wiecie jaki polski zespół najczęściej pojawiał się na okładce w ponad 25-letniej historii „Metal Hammera”? Vader.  Menager zespołu jakiś czas temu w swoisty sposób podziękował za wspieranie zespołu – także Rafałowi Monastyrskiemu – pisząc, że w Polsce jest tylko dwóch dziennikarzy muzycznych Łukasz Dunaj i Jarosław Szubrycht. Reszta to psy karawaniarskie, które tylko ujadają.


Dziennikarz masochista

Jak się czuje bohater naszego artykułu czytając takie słowa?

– Nie jest to miłe i bywa, że mnie szlag trafia na taką gadaninę – mówi dziennikarz (tak! dziennikarz). – Nie powiem jednak by mnie to frustrowało aż tak, bym przestał widzieć sens w tym co robię. To może trochę sadomasochistyczne – ale paradoksalnie im więcej krzywdzących i niesprawiedliwych opinii o „Metal Hammerze” do mnie trafia, tym większą motywację czuję do dalszego pisania.

W ostatnich latach Rafał dostał wiele propozycji przejścia do modniejszych i pewnie – z punktu widzenia „konesera metalowych dźwięków”, bardziej poważanych tytułów. Nic dziwnego – prezentuje dużo wiedzę, która w połączeniu z lekkim piórem sprawia, że jest łakomym kąskiem dla każdej redakcji. Zdecydował się jednak pozostać w „Metal Hammerze”. Bardzo mnie to nie zdziwiło, bo wiem jakie wierszówki płacą inne magazyny muzyczne, a poświęcając tyle czasu na pisanie, większość normalnych ludzi oczekuje godnej gratyfikacji.

Gdy jednak dowiedziałem się ile udaje się mojemu rozmówcy wyciągnąć miesięcznie ze swojej metalowej pisaniny, to aż mi whisky poleciała nosem i śmiałbym się pewnie jeszcze dłużej, gdybym sobie nie uświadomił, że sam przecież od lat pisuję o ukochanej muzyce, zarabiając na tym nie „prawie nic”, ale „zupełnie nic”.


Metalowy kaznodzieja

037

Rafał Monastyrski to chodząca encyklopedia Metal Hammera. Gdyby mu włożyć do ucha pendriva to prawdopodobnie można by pobrać wszystkie dotychczas wydane numery w formie pdf.

Muszę czuwać by Metal Hammer nie przestał być „metal” – śmieje się Rafał. – Nie raz napsuję krwi naczelnemu, walcząc o to byśmy priorytetowo traktowali zespoły stricte metalowe. On wie jednak lepiej czego ludzie oczekują od magazynu. Gdybym ja był naczelnym to pewnie „Metal Hammer” by splajtował po kilku numerach.

A jak powstają recenzje? Czy recenzenci dostają wytyczne typu: „Napisz dobrze o płytach z Nuclear Blast, bo przecież całostronicową reklamę dają”.

Nic z tych rzeczy. Każdy ocenia kierując się własnym gustem i sumieniem. Część płyt przysyłanych jest do magazynu, ale nie wszystkie. Często zdarza się, że Rafał chcąc napisać o nowej płycie danego zespołu, po prostu ją kupuje i dopiero o niej pisze. Nie muszę chyba dodawać, że kwota wydana na płyty nie raz miesięcznie przewyższa wpływy z wierszówki?

Mało tego. Nie na wszystkie koncerty dostaje wejściówki jako dziennikarz. Za niektóre bilety płaci ze swojej prywatnej sakwy, by później móc napisać relację na łamach „sprzedajnego, komercyjnego czasopisma” – jakim chcą widzieć „Metal Hammer” co poniektórzy.

Nasza rozmowa przeciągnęła się do świtu. Nie. Nie piały koguty. Wokół leśniczówki jest tak cicho, że chyba słychać jak dzik puści bąka w pobliskim lesie. Pierwsze promienie słońca wpadały do kuchni gdy postanowiłem położyć się spać. Rafał chyba w ogóle nie spał, bo gdy kilka godzin później jedliśmy śniadanie na stole mieliśmy świeżutkie, ciepłe jeszcze pieczywo. Może kupił w kwiaciarni, albo sam upiekł siedząc w kuchni i pogwizdując w takt ukochanego Pan.Thy.Monium? Albo Razor, Bathory, Running Wild czy brytyjskiego Sabbat… Nie mam pojęcia. Nie pytałem, bo bolała mnie głowa i bardzo chciało mi się pić. Możliwe, że to po rosole. Jako mieszczuch nie przywykłem do zdrowego jadła.


Wśród papierowych relikwii

Przed południem poszliśmy na wycieczkę. Rafał na piętrze otworzył szafę wypełnioną magazynami muzycznymi. Nie zdziwiło mnie nawet to, że kupił chyba każdy kawałek papieru, który w tym kraju wydrukowano na temat muzyki metalowej – bo sam bez mała zrobiłem to samo – ale sposób przechowywania i staranne obchodzenie się z tymi archiwaliami. Ja czasopisma czytuję w wannie (od wilgoci marszy się papier), rzucam je na podłogę, przechowuję w pudłach bez ładu i składu. Czytając – jem i piję, a nieraz zwiniętym „Metal Hammerem” czy „Thrashem All’em” ubiłem muchę czy osę. U Rafała wszystko czyściutkie, poukładane równiutko i chronologicznie. To nie są magazyny muzyczne, ale relikwie. Ich wiek można ocenić po dacie widniejącej na okładce, ale nie po ich stanie technicznym. Jak je czyta zapewne myje ręce i siada przed nimi jak duchowny przed pismem świętym. Zaimponował mi tą starannością, pokazując także kolekcję archiwalnych biletów koncertowych (ja swoich nigdy nie wyrzucam, ale nie mam pojęcia gdzie są), czy bogatą korespondencją z czasów listów pisanych i wysyłanych pocztą. Oprócz prasy polskiej ma też spore archiwum czasopism w języku Szekspira i chyba jeszcze więcej w języku Goethego. Ładne kilkaset kilogramów, bo papier jest dość ciężki.

Weekend zleciał niespodziewanie szybko i gdy wyjeżdżałem, miałem nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy i będzie okazja pogadać o muzyce nie tylko na Facebooku. Wszak poznałem jednego z największych metalowych maniaków jakich nosi polska ziemia. Takie znajomości to rzadkość, więc należy je mocno pielęgnować.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. svartalvheim

    Też to pamiętam jak pytałem w kioskach o nowy numer „młotka”. Czasem koledzy robili to za mnie i dawali cynk jeśli się pojawił.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany