Ależ się trzeba było o ten wywiad nastarać – prawdopodobnie gdybym zechciał pogadać z Barackiem Obamą poszłoby znacznie szybciej. Tyle że Obama, z tego co mi wiadomo, nie zrobił jeszcze ani jednego koncertu Angelcorpse, ani jednego koncertu Oranssi Pazuzu i pewnie nawet nie wie, jak prawidłowo przedrzeć bilet i postawić na nadgarstku pieczątkę. O czym miałbym więc z nim gadać? Znalazłem rozmówcę, który jest Obamy zupełnym przeciwieństwem – otóż na powyżej wymienionych rzeczach zna się jak mało kto. Maciej Mińczykowski, czyli po prostu Mintaj – organizator koncertów, perkusista, sporadycznie radiowiec, aktywny w metalowym podziemiu od 20 lat.


14937437_1613293438696311_331010682885128247_n

Mintaj: „Dla takich chwil się żyje. Koncert Angelcorpse to jeden z moich punktów honoru. Trudno opisać co się czuje robiąc gig tak ważnej dla siebie kapeli”.

Nie byłeś zbyt chętny na ten wywiad.

To nie tak, ty po prostu trafiłeś na zły moment. Ja troszkę impulsywny jestem, coś tam się akurat wydarzyło – nie pamiętam już co – i przez to mogłeś odnieść takie wrażenie. Zresztą Słyżowi, który robi ze mną korespondencyjny wywiad do Infernal Death, też wtedy powiedziałem, że ma mi z tym spierdalać. Potem, jak już ochłonąłem, trochę brakowało czasu.

Fakt, masz Left Hand Sounds, pomagasz w klubie U Bazyla, w Musicku…

Musick ostatnio odpuściłem, za to częściej zdarza mi się pojawiać w radiu, choć nadal sporadycznie, a przecież kiedyś chodziłem co tydzień. Musiałem w pewnym momencie z pewnych rzeczy zrezygnować i wybrać to, co mnie bardziej rozwija. Podobnie było z zespołem – jego życie toczyło się bardzo powoli, a koncerty zapierdalały jak autostrada. Wybór był prosty.

Czym konkretnie zajmujesz się U Bazyla?

Całą stroną promocyjną. Klub jest teraz lepszy i większy, ale ciągle gdzieś tam pokutuje opinia, że to mordownia, speluna i tak dalej. Nie ukrywajmy, że kiedyś była, ale zmieniło się mnóstwo rzeczy. Niedawno przez telefon usłyszałem, że ‘u Bazyla to syf jest’, no i spróbuj się nie wkurwić. Ja tam dwa miesiące spędziłem na remoncie i wiem jaki koncert można w tym klubie zrobić, a ktoś mi będzie wmawiał, że jest syf. Nie lubię bezpodstawnej krytyki.

Ale duże zespoły nadal omijają Poznań.

Przez długi czas nie było w tym mieście odpowiedniego miejsca, to raz. Dwa, że duże agencje z Poznania nie robią metalu, a jeśli już metal chcą zrobić, to nagle się pojawia jakiś problem, jak na przykład ten z Eskulapem. Dwa tygodnie przed tą całą aferą z Behemothem zagrał tam Vader, 2 miesiące po niej Deicide, ale później stwierdzili, że oni się w metal bawić nie będą.

Myślałeś o tym, żeby mieć własny klub?

Dobry klub to milionowa inwestycja, to tak nawiasem mówiąc. Zresztą nie wiem, czy by mnie to nie ograniczało – siedziałbym ciągle w jednym miejscu, a jednak czasami warto się przejechać kawałek. Podoba mi się formuła trasy koncertowej – klub mógłby być nieco monotonny.

W Poznaniu brakuje dużego klubu?

Poznań to w ogóle niezbyt przyjazne miejsce dla kultury. Niby odbywają się jakieś tam imprezy, ale prawda jest taka, że trudno w tym mieście coś zorganizować. To już nie chodzi nawet o inicjatywy kulturalne. Jest teraz moda na małe, hipsterskie biznesy – w Poznaniu ciężko jest utrzymać coś takiego. Mieliśmy kiedyś próby na Wawrzyniaka, było tam kilka fajnych miejsc. Jakieś studio nagraniowe, warsztaty, salki prób. W pewnym momencie przyszedł deweloper i wszystko wypierdolił. Jedną z najlepiej brzmiących sal koncertowych w mieście – Kino Grunwald – zamieniono na Biedronkę.

531792_515145508509637_1913333887_n

W muzycznym żywiole, ale od drugiej strony igły. (Fot. www.kotylak.pl)

Brakuje w Poznaniu miejsca takiego, jak Stocznia w Gdańsku. Miejsca, które byłoby relatywnie blisko centrum, a w którym można by coś fajnego zrobić, skupić inicjatywy kulturalne wszelkiej maści.

Mnie osobiście przeszkadza promowanie Poznania na miasto przedsiębiorczości. Pomieszkasz tu jeszcze trochę to sam się przekonasz – fajne miejsca znikają tak szybko jak się pojawiają. Festiwale tutaj są miałkie. Jeszcze z 15-20 lat temu Malta była festiwalem teatralnym, którym żyło całe miasto, teraz to jest takie nie wiadomo co. Trochę muzyki, trochę kina, trochę teatru. W ogóle teatry zeszły na tym festiwalu na drugi plan, a nie wydaje mi się, żeby ludzie przestali się nimi interesować.

Miałeś kiedykolwiek jakąś pracę z muzyką niezwiązaną?

Oczywiście. Pracowałem na poczcie, w firmie zajmującej się monitoringiem mediów i w supermarkecie. Ale od jakiegoś czasu tylko muzyka. Stwierdziłem, że nie będę szukał niczego nowego. No i jak widzisz, trochę tych zajęć mam – same koncerty nie wystarczą. Nasza działalność idzie wielotorowo, bo to jest też PR dla zespołów i studio nagraniowe, którym osobiście się nie zajmuję, ale które działa pod tym samym szyldem.

W Left Hand Sounds bookujesz tylko te zespoły, które lubisz?

Nie wszystkie zespoły, których koncerty zrobiłem, są moimi ulubionymi, ale staram się stosować jakąś tam delikatną klauzulę sumienia.

Jaka jest granica?

Trudno powiedzieć, coś może być zupełnie z innej bajki, ale jeśli mi się spodoba to chętnie taki koncert zrobię. Staram się nie ograniczać tylko do metalu, ale jest punktem wyjścia, bo to znam najlepiej. Z drugiej strony, nazwa do czegoś zobowiązuje. Ścieżka Lewej Ręki ma być wyznacznikiem, ale niekoniecznie zamkniętą klatką.

Pamiętasz, kiedy wszedłeś w metal?

Miałem 12, albo 13 lat. Wychowywałem się na MTV – najpierw byłem psychofanem Nirvany i kiedy Kagra zaczęła wydawać książki, ukazała się taka krótka, bodajże 30-stronicowa biografia, którą potrafiłem na dużej przerwie wyrecytować. Potem to ewoluowało, aż doszedłem do ekstremalnych rzeczy. Pierwszego zina, Infernal Death, kupiłem w 7. klasie podstawówki, za 3,50 w Acid Shopie, to był rok 1996. Podejrzewam, że Litza nawet nie wiedział, co sprzedaje. W 98’ zacząłem grać na perkusji, coś tam zaczęliśmy łupać i na początku 99’ wyklarował się zespół – najpierw jeden, potem drugi.

Jak wyglądał w Poznaniu metalowy underground na przełomie wieków?

Wyglądał dziwnie. Nigdy nie miałem wrażenia, żeby on był silny. Miałeś duże zespoły takie jak Acid Drinkers czy wcześniej Turbo i scenę, która kręciła się wokół nich, a ten ekstremalny metal nie był zbyt bogaty. Na początku nie znałem Immanis czy Perunwit i innych ekstremistów. Jednymi z pierwszych kapel, które pamiętam były Ad Patres i Corvus. Co ciekawe, grali w nich goście, którzy dzisiaj tworzą Kwartet ProForma współpracujący z Kazikiem. Zadziwiająco to wszystko ewoluuje.

Kazik trochę odlatuje ostatnio.

Kiedyś go bardzo lubiłem, chodziłem na koncerty, ale tego, co on ostatnio wygaduje nie można na poważnie traktować. Trochę jak Kukiz. Kiedyś zabawny, niby buntowniczy, a teraz jak jest, każdy widzi.

11377260_10205644542146209_8543137711750013478_nRockmani starszej daty trochę się nie mogą odnaleźć w dzisiejszych realiach.

Oni są wychowani w PRL-u i mentalnie w nim pozostali. To dotyczy tych „wielkich” artystów, ale chyba przede wszystkim tych przebrzmiałych gwiazd, które dzisiaj nic nie znaczą. Im nadal się wydaje, że są domy kultury, że nie ma Internetu. Jeśli ktoś w dzisiejszych czasach ma problem z mediami społecznościowymi, z marketingiem internetowym i tzw. piractwem, to on, kurwa, w ogóle nie powinien istnieć (śmiech). Mi też to kiedyś nie pasowało, śmiałem się z młodszych kolegów w liceum, jak się wymienialiśmy spisami i, wiesz, ja im przynoszę spis – 15 kompaktów i 400 kaset, a on mi daje wydruk, mnóstwo pozycji. To mówię, żeby przyniósł mi kilka rzeczy, a on na to, że ma to wszystko na komputerze w mp3. No i dla mnie to też było niewyobrażalne, ale się tego nauczyłem.

Rok temu brałem udział w panelu dyskusyjnym – był tam redaktor z Noise Magazine, ja z ramienia Musick i gość z, bodajże, Radia Gdańsk, którego nazwiska nie pamiętam, a który opowiadał o piractwie na YouTube. I my na niego patrzyliśmy jak na barana. Zebrani ludzie chyba też.

Na piractwie straciły wielkie firmy fonograficzne. Underground zyskał – zespoły mają teraz łatwy dostęp do odbiorców na całym świecie.

Oczywiście, choć to też nie jest do końca dobre, bo teraz wszyscy mają zbyt wygórowane wymagania. Marketing internetowy jest ważny, ale nie można tylko tym się podpierać. Internet ułatwia komunikację, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Te 15, 20 lat temu ktoś, kto nie interesował się podziemiem i bazował tylko na tym, co podają gazety pokroju Mystic Art czy Thrash’em All, był w pewnym stopniu ukierunkowany. Przecież Mystic na początku był praktycznie broszurką wytwórni, gdzie dwa lata wcześniej – i to jest na papierze – Wardzała z black metalu kpił, a jak dorwał umowę licencyjną na Emperor, to momentalnie zmienił śpiewkę. Wydaje mi się jednak, że ludzie byli wtedy mądrzejsi. Dzisiaj nimi łatwiej manipulować. Na szczęście w LHS promujemy tylko zajebiste zespoły, hehe.

Ludzie są bardziej podatni?

Podatni byli zawsze, tutaj działają te same mechanizmy co dawniej, tylko zmieniły się narzędzia. Reklamy w gazetach i na słupach zmieniły się w banery na stronach, posty sponsorowane i maile. Ludziom dzisiaj nie chce się szukać. Po co szukać, jeśli nie musisz. Jest przesyt, obojętnie gdzie sięgniesz, zawsze coś znajdziesz. Muzyki jest tyle, że tak na dobrą sprawę nie jesteś nawet w stanie zweryfikować, co jest naprawdę dobre. Kiedy zespołów było mniej, dostęp do muzyki słaby i różnice były bardziej słyszalne, to znacznie łatwiej było wyrywać chwasty. Ja nie wiem, czy dzisiaj kilkunasto, albo dwudziestoletni słuchacz jest w stanie odróżnić faktycznie słaby zespół, od kapeli dobrze rokującej. Pomijam kwestię gustu, bo z tym jak z dziurą w dupie. Ludzie teraz nie potrafią obiektywnie spojrzeć na muzykę.

10386763_258905350968226_5933939154070891215_nBrakuje czasu, żeby się w nią dobrze wsłuchać. A że muzyki jest mnóstwo, dostęp w zasadzie nieograniczony, to słuchamy wszystkiego po łebkach.

No jasne, przecież ja też tak niestety robię. Co chwilę rodzi się inny hype, więc chociaż wypada sprawdzić. Może to trwać raptem kilka minut do godziny. Za dzieciaka w piątek po lekcjach jechałem z kumplem do sklepu muzycznego, tam spędzaliśmy czasami do 4 godzin oglądając kasety. Rzadko udało się przesłuchać, bo były w folii. Kupowało się po okładkach. Potem co najmniej tydzień słuchania, jak nabożeństwo. Pożyczało się, przegrywało się muzykę, ale ciągle było jej niewiele w porównaniu do tego, co jest dziś. Ale jeśli obudzisz mnie w nocy i każesz wyrecytować np. tekst z „Graveyard” Kinga Diamonda czy „Sothis” Vader, to zrobię to bez zająknięcia. Znam te płyty na pamięć. Ja po prostu siedziałem i wkuwałem – kurde, przecież ja się tak angielskiego nauczyłem, na tekstach z kaset właśnie. Kiedyś zespół poznawało się dogłębnie, oglądało się okładkę po tysiąc razy, znało się każdy jej szczegół. Ja za dzieciaka pamiętałem skład Amorphis, a to przecież fińskie, niewypowiadalne, nazwiska, haha. Nauczyłem się w razie wu, żeby po ryju nie dostać.

Ja też na początku potrafiłem przez pół roku nie słuchać niczego poza Iron Maiden.

Są takie płyty, które katujesz. Ale zauważ, że to zwykle są stare krążki. I to chyba nie chodzi o sentyment. Nikt mi nie wmówi, że słucha po kilka razy dziennie przedostatniej płyty Belphegor albo jakiegoś nowego Kreatora. W przeciwieństwie do ich albumów z lat 90. wychodzi bardzo niewiele krążków zapadających w pamięć, które można zapętlić na całe tygodnie, miesiące.

Inna sprawa, że metal najlepsze lata ma już za sobą.

A może przed sobą? Zespoły cały czas szukają czegoś nowego, i dobrze, ale można też ogrywać sprawdzone patenty w taki sposób, że nie ma co zbierać. Ale znowu wracamy do tego, że muzyki jest zbyt dużo. No bo ile premier ma sens? Jedna na sto? Jeśli zespół porusza się w swojej określonej stylistyce, to też trudno wymagać od niego radykalnych zmian. Generalnie chodzi o talent. Muzyków faktycznie utalentowanych jest jak na lekarstwo. Wypalonych ramoli można poznać po 1-2 riffach.

12241375_361814330677327_8387187985425526230_nAle co to właściwie jest ten talent? Może tu chodzi o to, żeby do muzyki z pasją podchodzić? A nie na zasadzie: gramy, bo nic innego robić nie umiemy, a jakoś musimy zarabiać.

Myślę, że zaczynając przygodę z muzyką niszową, ekstremalną nikt nie myśli o zarabianiu. Tu akurat najpierw jest pasja, a potem przychodzą (jak dobrze pójdzie) umiejętności. I to sprawia, że artysta, mimo niedociągnięć, na początku swojej kariery jest najbardziej szczery. To dla mnie osobiście bardzo ważny punkt, szczerość wyrazu. Trudno opisać czym jest talent. To na pewno stan duchowy, nie fizyczny. Jedno jest pewne – nawet największym kunsztem instrumentalnym i szeroko zakrojonym, czy wręcz nachalnym, marketingiem braku talentu nie zamaskujesz. Gówno zawsze będzie śmierdzieć.

Nie wydaje ci się, że teraz jest dobry czas dla agencji koncertowych? Artyści nie zarabiają zbyt wiele na płytach i nadrabiać muszą koncertami.

Faktycznie, mamy koncertowe szaleństwo, tylko że to już zahacza o przesyt. Wszystkie koncerty, nawet te frekwencyjnie tragiczne, odbywają się, bo wynika to z profesjonalizmu organizatorów. Czy każdy artysta gra za zadowalającą stawkę? Wątpię. Dla niektórych byłoby lepiej, gdyby poszli dorobić w biurze czy na budowie.

Wyprzedanie koncertu to nie jest łatwa sprawa. Musisz się wstrzelić w punkt. Mam wrażenie, ze udało ci się tego dokonać w przypadku koncertów Oranssi Pazuzu. Pełne sale na zespole grającym taką muzykę to spore osiągnięcie.

No nie były to przesadnie wielkie sale, umówmy się. Wcześniej zabiegałem o ich koncerty, ale ciągle coś nie pasowało. W końcu zgłosili się sami, na ostatnią chwilę. Przyszło tylu ludzi, ilu przewidywałem, choć na pewno udało się tym koncertom nadać rangę dużych wydarzeń i to można nazwać sukcesem. Podejrzewam, że kiedy przyjadą kolejny raz, frekwencja będzie jeszcze wyższa, będą większe sale.

W takim razie co trzeba zrobić, żeby nadać koncertowi rangę dużego wydarzenia?

Wystarczy wierzyć w to, co się robi. Jeśli ludziom daje się coś autentycznego, choć w przypadku metalu zawsze z jakąś specyficzną otoczką, to moim zdaniem jest duża szansa przekonać dużą publiczność do wyboru akurat tego, a nie innego.

W przypadku jakich zespołów jest najłatwiej się wyłożyć w sensie frekwencyjnym?

Na starych, polskich, rockowych gównach; na tych wszystkich modnych stonerach i na niektórych klasykach gatunku, którzy ewidentnie mają najlepsze czasy za sobą; na zespołach jednej płyty, singla. To widać chociażby po tym, jakie trasy się odbywają. Jakiś tam ekstremista może się oburzyć, że Entombed supportuje Amon Amarth, albo że Cannibal Corpse gra przed Children Of Bodom. Tu nie chodzi o to, kto gra dłużej i kto wydał więcej płyt. Liczy się to, kto się lepiej sprzedaje. Trzeba dostosować się do rynku.

Myślisz, że łatwo wtopić na stonerach? Ja mam wrażenie, że tego typu koncerty są teraz bardzo popularne u nas.

Tak, ale to się szybko skończy, zostanie kilka najlepszych kapel. Z całym szacunkiem dla wielu młodych ludzi mających zajawkę na trawkę i przester. Kiedyś była moda na gotycki metal – powiedz mi, ile zespołów z klawiszami i laską na wokalu teraz jest na topie.

Nie kojarzę żadnego.

Powiedzmy, że jest kilka takich, co grają obecnie spore koncerty, ale przecież kiedyś tych kapel było mnóstwo. Inny przykład – symfoniczny metal. Przecież trzecia płyta Dimmu Borgir zrobiła taką furorę, że sobie nie wyobrażasz. Jeśli ktoś w moim wieku ci powie, że jej nigdy nie słyszał, na 99% kłamie. Nie dało się tego ominąć. A gdzie jest dzisiaj Dimmu Borgir? Gdzie jest Cradle Of Flith?

Z tym stonerem to jest tak, ze większość zespołów gra bardzo podobną do siebie muzykę.

Stonerowy ‘kult riffu’, iks de. Czasami wystarczy, jeśli dobrze zagrasz na emocjach, nie na gitarze. Problemem stonera jest to, że to bardzo hermetyczny gatunek.

To może się ludziom szybko znudzić.

Black Metal też był hermetyczny. Jeśli będziesz umiejętnie rozwijał formułę, a nie kręcił się w kółko, to się nie znudzi. Przykładem może być Furia. Do tworzenia sztuki jako takiej trzeba zajrzeć w serce, to chyba jasne. Bez tego nawet najlepsze umiejętności można o kant dupy rozbić.

Dinozaury rocka powinny wyginąć?

Jest w Polsce jeden taki, klasyczny już, zespół, który widzi tylko czubek własnego nosa. Dla nich każdy zespół, jakkolwiek duży by nie był, to ‘support’. Potrafią podejść do kapeli z nimi grającej, mającej kilka płyt na koncie, i zapytać, czy grają własne kawałki czy covery. Do nich nie dociera, że jest coś innego, wydaje im się, że są w centrum świata. To jest to o czym mówiłem – PRL.

Najgorzej, kiedy łączy się to z twierdzeniami takich artystów, jakoby walczyli z komunizmem.

Nie lubię polityki i nie lubię zespołów, które są politycznie zaangażowane. Ja kiedyś się polityką fascynowałem – studiowałem stosunki międzynarodowe i naprawdę mnie to interesowało, historia, prawo międzynarodowe, chociaż jestem niby ścisłym umysłem. Potrafiłem obrady Sejmu oglądać. Ale tak w głębi duszy nigdy nic z nią nie chciałem mieć wspólnego i chyba dlatego właśnie wybrałem muzykę metalową, a nie punk, czy hardcore, czyli gatunki, które ci coś z góry narzucają. A w metalu – pomijając stereotypy czy ramy podgatunkowe – panuje duża wolność. On nie narzuca ci nic. Zobacz – masz zespoły zaangażowane ideologicznie, śmieszko-zespoły śpiewające o piciu piwa, zespoły śpiewające o smokach i ryczące o flakach, gwałtach i rozkładzie trupów. Długo by tak można wymieniać. Rozstrzał jest ogromny. A taki hardcore punk w pewien sposób narzuca ci pewną pozę. Tę całą wypaczoną lewicowość, zresztą nie mniej wypaczoną prawicowość masz z drugiej strony. Mam wrażenie, że gdybyś wchodząc w takie środowisko i chcąc zabrać głos nieco odmienny od linii programowej, to byłbyś wykreślony. W metalu każdy jakoś tam się dogada. Ewentualnie ktoś powie, że Halloween to pedały, a Mayhem to jakieś durne prawdziwki, ale to wszystko.

Fakt, nie słyszałem o prawicowcu, który uwielbiałby The Clash. W metalu takich problemów raczej nie ma, chyba że ktoś jest gorliwym katolikiem i przeszkadza mu to, że jakiś zespół proponuje nieco inną wizję świata.

A i tak może wtedy znaleźć taką niszę, gdzie temat religii chrześcijańskiej nie jest poruszany. Ale jeżeli lubisz hardcore’a, a jesteś – na przykład – przeciwko przyjmowaniu imigrantów albo myśliwym, to nie znajdziesz tam kolegów i zostaniesz ‘naziolem’. Myślę jednak, że osób o poglądach prywatnie prawicowych i jednocześnie słuchających The Clash jest całkiem sporo.

Myślisz, że to właśnie ta wolność tak ludzi do metalu przyciąga?

W pewnym sensie tak, kiedyś na pewno. Na początku bezkompromisowość, ekstremizm, puryzm, a potem ewoluuje to, o dziwo, w skrajny liberalizm. Tak ja to widzę.

Jak na przestrzeni lat zmieniało się twoje postrzeganie tej muzyki i subkultury?

W wieku nastoletnim wiązało się na pewno z jakimś elitaryzmem. Dzieciakowi wydaje się, że jest lepszy i wyjątkowy, choć tak naprawdę przyjmuje bardzo utarte schematy zachowań czy ubioru. Po jakimś czasie się to nudzi albo rozwija charakter. W latach 90. wchodzenie w jakąkolwiek subkulturę wymagało mocnej weryfikacji, dostawało się wpierdol, można było stracić koszulkę, nie mówiąc już o z trudem uciułanej kasie na bilet. Oczywiście z punktu widzenia prawa były to zwykłe przestępstwa, ale ja osobiście tego moralnie nie potępiam. Ci poszkodowani też nie potępiali, bo raczej nie zgłaszali takich zajść na policję. Wówczas eliminowanie słabych jednostek w taki sposób było zupełnie normalne i naturalne.

14523165_1585296474829341_4289058843913361929_nNie masz wrażenia, że metal stał się ostatnimi laty jakiś taki grzeczny? Czy może widzieliśmy i słyszeliśmy już wszystko i teraz nie robi to nas wrażenia?

Stał się grzeczny, bo wypłynął na szerokie wody hipsterstwa i mainstreamu. Wręcz pizdowaty się stał. Dzisiaj faktycznie trzeba zrobić koncert obstawiony tuzinem świeczek, pochodni i kadzideł, ale i tak przychodzi się go po prostu zobaczyć, odhaczyć, przybić piątkę i łyknąć piwko. Randomowy widz pewnie wie, że black metal miał ‘swoją niechlubną przeszłość’, ale chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, że właśnie dzięki temu się ukształtował.

Ja nie mam problemu z tym, że metalu słuchają tzw. normalsi, cała ta hipsteriada, co chce pokazać, że jest bardziej cool i szczelnie wypełnia namiot na OFF-ie podczas występu zespołu black- czy deathmetalowego. Tylko, kurwa, pamiętajmy, u podstaw tego o czym głównie tu rozprawiamy, a więc black metalu leżą: morderstwa, podpalenia, satanizm, fascynacja złem i śmiercią, uprzedzenia, ksenofobia, nienawiść i inne ekstremizmy. Można te zjawiska oceniać, można się z nimi nie zgadzać, ale trzeba je zrozumieć, bo z historii wymazać się ich nie da.

Zmieniając nieco temat – jakbyś porównał jakość dzisiejszych portali zajmujących się metalem do tego, co działo się 15, 20 lat temu?

Różnica wynika ze sformułowania komunikatu i oczekiwań odbiorcy. Na początku internetów czytało się sporo, choć w większości napisane to było beznadziejnie. Dzisiaj wpis żyje jeden dzień, może dwa. Mało kto chce czytać, woli mieć podane wszystko na tacy, oczekuje zwięzłej informacji i do takiej mentalności przystosowuje się większość portali – to nie ich wina. Merytorycznie może wyłożyć się każdy, ale nie każdy wyjdzie z tego z klasą. A już szczytem, kurwa, wszystkiego są te ‘fun-pagi’, co się pytają w postach co dzisiaj wrzucić, a ktoś w komentarzu pisze, że dajmy na to Megadeth. To, kurwa, wrzucają Megadeth, a tamci lajkują, pewnie nawet tego nie słuchając. Po chuj to? Nie można sobie samemu wyguglać i włączyć? O dziwo, ukazuje się jeszcze kilka tytułów prasowych, wydawane są w tysiącach sztuk i ktoś je kupuje. Może nawet czyta.

Społeczeństwo cechuje teraz zatrważające pójście na łatwiznę. Wracasz z roboty, otwierasz browara, spłodzisz jakieś dziecko, pójdziesz spać, rano pójdziesz do roboty i tak w kółko. Takich ludzi jest większość. Nic ich nie interesuje, targają nimi prymitywne emocje i przyziemne sprawy.

Zawsze byli tacy ludzie.

Kiedyś było lepiej, że zacytuję. Ale my chyba mieliśmy o muzyce i koncertach gadać, nie? (śmiech) No więc niech to będzie to mityczne ‘za daleko, za drogo, nie znam’ – anegdotka już. Dla mnie muzyka niezależna, niszowa i całe jej środowisko zawsze kojarzyło się z poszukiwaniem, odkrywaniem. Dzisiaj jest to mniej zauważalne.

Ale z drugiej strony sam mówisz, że teraz więcej ludzi chodzi na koncerty, i to zazwyczaj niszowych zespołów. Żeby je odkryć, trzeba było poszukać, chociaż trochę się wysilić. Może jednak nie jest tak źle.

No nie powiedziałem, że nikt nie szuka, tylko że to mniejsze zjawisko. Może nie jest tak źle, aczkolwiek duchowy wymiar muzyki, nawet tej niszowej, mocno podupadł w dzisiejszych czasach.

Myślisz, że zagranicą jest lepiej pod względem wspierania podziemnej muzyki?

Myślę, że na pewno łatwiej znaleźć jakieś zewnętrzne źródła finansowania. Jeśli z kolei spojrzeć na to pod kątem frekwencji na koncertach, to u nas nadal jest jako tako. Na koncertach zespołów, które u nas mają pełne sale, za granicą zdarza się kilkadziesiąt osób.

Planujesz robić koncerty za granicą?

Planuję dużo rzeczy. Jak wypali, to się pochwalę. Polska scena na pewno jest mocna i na pewno jest na fali. To bardzo dobry czas, żeby zaczęła gościć częściej na europejskich trasach i festiwalach.

A oprócz podboju świata – jakie jeszcze masz plany?

Czymże jest podbój świata w porównaniu z satysfakcją z tego, żeby sukcesywnie uprawiać swoje poletko i codziennie z czystym sumieniem spojrzeć w lustro?

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany