Było już dobrze po północy gdy wracałem do domu. Zachmurzone niebo wylewało z siebie strugi deszczu, krople szyły w chodnik jak wypuszczane z lufy karabinu maszynowego. Wydawało się, że tonąca w wodzie ulica zaczyna ożywać i wije się w światłach latarni jak dżdżownica, którą w szczenięcych latach przypalałem promieniami słońca, przenikającymi przez lupę szwajcarskiego scyzoryka. Mokry i ciężki płaszcz przyklejał mi się do pleców gdy wchodziłem na klatkę schodową. Nie musiałem wpisywać kodu, drzwi były otwarte. Po omacku sięgnąłem do włącznika światła
– Pyk! – głuchy odgłos odbił się od ścian, ale światło nie rozbłysło.
Usłyszałem własne ciężkie westchnięcie i ruszyłem schodami w górę, z każdym stopniem coraz bardziej czując zmęczenie długim i pracowitym dniem. Wpatrzony pod nogi, próbując w mroku dostrzec swoje stopy doszedłem do półpiętra. Na zewnątrz błyskawica przecięła niebo i niemal w tym samym momencie rozległ się grzmot. Serce mało nie wyrwało mi się z piersi. Nie przestraszył mnie jednak piorun lecz olbrzymi mężczyzna, który oświetlony błyskiem niespodziewanie wyłonił się tuż przede mną. Głos ugrzęzł mi w gardle. Zatrzymałem się zaskoczony.

efd2f6406fa90867e0b3ec8577257516 – Dobry wieczór – usłyszałem w ciemnościach.
– Dobrzy wieczór – zaskrzypiałem wyciskając z siebie słowa, jak resztki pasty do zębów ze starej tubki, która zbyt długo leżała bez nakrętki.
Przeszedłem obok nieznajomego mierząc go dyskretnie kątem oka. Mógł mieć dwa metry wzrostu, był potężnie zbudowany i jeśli dobrze wnioskowałem po głosie, sporo ode mnie młodszy. Wydawało mi się, że był w koszulce i krótkich spodenkach. Stał nieruchomo jakby na kogoś czekał. Na pierwszym piętrze znów nacisnąłem włącznik światła. Żarówki błysnęły i zrobiło się widno. Zmrużyłem lekko oczy i stanąłem pod drzwiami swojego mieszkania. Wymacałem klucz w mokrym płaszczu i wepchnąłem go do dziurki. Słyszałem jak pół piętra niżej mężczyzna głośno oddychał. Jakby chwilę wcześniej biegł, albo właśnie z czymś się siłował. Chciałem przekręcić klucz, ale natrafiłem na opór. Ścisnąłem go mocniej i naparłem ze wszystkich sił. Bez rezultatu. Chwyciłem za klamkę i nacisnąłem. Drzwi nie ustąpiły.
– Cholera, zamek się zaciął – przemknęło mi przez myśl. Nigdy się to nie zdarzało. Wyjąłem z kieszeni spodni telefon, wybrałem numer żony. Po czterech sygnałach zgłosiła się poczta. Spróbowałem ponownie. Bez rezultatu. Przez kilka minut dzwoniłem raz za razem, ale nadaremno. Wybrałem numer syna i usłyszałem znajomą melodyjkę w przedpokoju.
– Chociaż on nie wyciszył na noc telefonu – pomyślałem z ulgą. Jednak po kolejnych kilku minutach ulga wyparowała jak krople deszczu z mojego mokrego płaszcza. Telefon dzwonił raz za razem, ale nikt nie odbierał. Zrobiło mi się gorąco. Otarłem pot z czoła i nacisnąłem dzwonek do drzwi. Drrrrrrr! – usłyszałem po drugiej stronie. Cisza.
Zapukałem. Najpierw cicho i ostrożnie, później pewniej i mocniej.
– Co ty tu robisz? – usłyszałem głos za plecami.
10Odwróciłem się gwałtownie. Przede mną stał mężczyzna z półpiętra. W świetle mogłem mu się lepiej przyjrzeć. Wysoki, młody, ogolony, o posturze bywalca pobliskiej siłowni.
– Pewnie je sześć razy dziennie i każdy posiłek popija szejkami białkowymi – pomyślałem z niechęcią. Zawsze czułem pogardę do mięśniaków. Byli tak wyniośli i pewni siebie, a w obliczu konfrontacji odwaga uchodziła z nich jak powietrze z pękniętej opony.
– Zamek się zaciął. Próbuję obudzić żonę – odrzekłem niechętnie i zwróciłem się z powrotem w kierunku drzwi.
– Czy ty tu w ogóle mieszkasz? – usłyszałem za plecami.
Energicznie zapukałem, ale w tym samym momencie poczułem olbrzymią i ciężką dłoń na ramieniu. Poruszyłem się gwałtownie i spojrzałem na mężczyznę czując narastający gniew – na ten cholerny zamek w drzwiach, żonę, która spała jak niedźwiedź i tego dryblasa, który pojawił się nie wiadomo skąd. Poczułem woń alkoholu.
– Oczywiście, że mieszkam – powiedziałem głośno. Może nawet zbyt głośno. Chyba krzyknąłem.
– Nie wydaje mi się – odrzekł mężczyzna, podszedł bliżej drzwi i stając obok mnie szarpnął mnie za płaszcz.
– Zabieraj łapy… – wycedziłem przez zaciśnięte zęby czując skok adrenaliny.

– Wyjazd stąd! – dryblas znów mnie odepchnął. – Albo tu nie mieszkasz, albo cię tu nie chcą. Wypierdalaj!
– Zabierz łapy – powtórzyłem gotów za chwilę rzucić mu się do gardła.
– Bo co? – zapytał wyzywająco.

– Bo ci przypierdolę – odpowiedziałem patrząc mu prostu w oczy. Gdybym umiał strzelać wzrokiem z pewnością padłby trupem. Zamiast tego uśmiechnął się kpiąco i wyprostował, jakby chcąc podkreślić różnicę wzrostu, która nas dzieli.
– Spróbuj – powiedział zaciskając pięści.
Chłopcy z siłowni. Sześć posiłków dziennie. Koktaile białkowe. Spuściłem wzrok z przeciwnika i spojrzałem na drzwi, bo w tej chwili z wnętrza mieszkania dobiegł mnie jakiś szmer. Zachrobotał zamek. W połączonej łańcuchem szczelinie między drzwiami a futryną zobaczyłem twarz swojej żony.
– Czy pani go tutaj chce? – zapytał olbrzym, a ja poczułem ulgę, że za chwilę wejdę do mieszkania, zdejmę wciąż wilgotny płaszcz i legnę w ciepłym wygodnym łóżku.
– Nie znam tego mężczyzny – usłyszałem głos swojej żony.
Z trudem złapałem powietrze, bo poczułem się jakbym otrzymał silne uderzenie w żołądek. Wyciągnąłem rękę w kierunku drzwi.
– Wpuść mnie! – wydałem komendę.
Grażyna spojrzała na mnie jakby mnie rzeczywiście nie znała. W jej oczach dostrzegłem zdumienie i lęk. Zadrżałem i poczułem się jak w koszmarnym śnie. Na moim ramieniu znów spoczęła ciężka dłoń mężczyzny. Zacisnęła się boleśnie jakby chcąc mi uświadomić, że na pewno nie śpię.
– Wyjdź z tego bloku – dryblas przysunął do mnie bliżej twarz. Znów poczułem zapach alkoholu. Spojrzałem bezradnie na Grażynę. Stała ze zmarszczonym czołem i patrzyła na mnie wyczekująco. – To jakiś żart? – zapytałem. – Dobrze, będę już opuszczał deskę – uśmiechnąłem się do żony szukając uśmiechu w kącikach jej ust. Ona jednak stała niewzruszona jakby w ogóle mnie nie rozumiała. Jakbym mówił w jakimś innym języku. Drzwi się zamknęły, a ja poczułem jakby mi serce stopniało i spłynęło do brzucha jak bryła śniegu po nagrzewającej się szybie samochodu.
– No już! Wypad stąd! – powtórzył mężczyzna i klepnął mnie w ramię. Unikałem jego wzroku, spuściłem głowę, lekko się zgarbiłem i zrobiłem pojednawszy gest dłonią, jakbym miał już zwrócić się ku schodom i opuścić blok. Blok, w którym dwadzieścia pięć lat temu kupiłem mieszkanie, klatkę schodową, po której tachałem wózek mojego syna, później jego plecak w drodze do szkoły, a później jego samego, gdy wrócił pijany po studniówce i zasnął na półpiętrze.
Dryblas opuścił ręce i patrzył na mnie z triumfem. Tego byłem pewien, choć nie patrzyłem na jego twarz. Dokładnie jednak wiedziałem na jakiej jest wysokości, gdzie kończy się szyja, zaczyna podbródek i gdzie ma ujście woń alkoholu.
g_mainZaatakowałem. To ma się we krwi. Walka jest jak umiejętność jazdy na rowerze. Możesz nie dać rady przyjechać długiej trasy, możesz już nie rozwinąć takiej szybkości jak przed laty, a równowagę utrzymasz zawsze. Błyskawiczny cios w gardło, sprawił, że dryblas zacharczał jak ranny jeleń. Niemal w tym samym momencie moje kolano wbiło się w jego krocze z takim impetem, jakbym właśnie rozbił jajka na patelni na poranną jajecznicę. Prawie usłyszałem jak zaskwierczały. Chłopak padł na kolana, a jego nos zderzył się z moim łokciem. Tyłem głowy uderzył o ścianę, stracił przytomność i runął na podłogę jak ścięty baobab. Jutro rano nici z siłowni.
Wyjąłem klucz z kieszeni płaszcza. Ponownie wsadziłem w dziurkę i przekręciłem. Zamek ustąpił, a drzwi się otworzyły. Zaświeciłem światło w przedpokoju. Grażyna spała w salonie na kanapie. Podbiegłem do niej z sercem w gardle.
– Grażyna!- szarpnąłem ją za ramię. Może trochę zbyt gwałtownie.
Otworzyła szeroko oczy.
– Jezu…Co się stało? – zapytała mrużąc oczy.
– Poznajesz mnie?
– Która jest godzina? – odpowiedziała pytaniem, wstając i zrzucając z siebie koc na podłogę.
– Pierwsza pięćdziesiąt sześć – odpowiedziałem jakby to miało jakieś znaczenie.
– Chodź spać – rzuciła przez ramię. – Jutro przecież rano musimy wstać. Dlaczego nie zamknąłeś ? -zapytała mijając uchylone drzwi na korytarz.

– O Boże! – nagły krzyk wyrwał jej się z krtani. – O Boże! Ktoś go zabił!

Po raz drugi tego wieczoru poczułem uderzenie prosto w żołądek. I tę falę gorąca rozlewającą się po całym brzuchu. Podbiegłem do żony i pchnąłem mocniej drzwi. Nie otworzyły się w pełni, bo natrafiły na opór.
Przez całą szerokość korytarza rozciągało się ciało. Nieruchome i zastygłe jakby zaskoczone nagłą i gwałtowną śmiercią. Patrzył na nas nieruchomymi, szklistymi i szeroko otwartymi oczami.
– Skąd on się tu wziął? – zapytała żona.
Był naprawdę duży. Zajmował niemal cały korytarz. Kopytami prawie dotykał ściany po jednaj stronie, a rogami po drugiej.
– Nie mam zielonego pojęcia – odparłem kucając by lepiej przyjrzeć się zwierzęciu. – Nie wiem skąd do cholery znalazł się na naszej klatce martwy jeleń.
– Może potrącił go samochód? – żona przykucnęła obok mnie.
– Niemożliwe – odparłem. – Klatka jest zbyt wąska, by auto mogło się aż tak rozpędzić. Poza tym na podłodze byłby ślady hamowania.
– No i słyszelibyśmy uderzenie – Grażyna pokiwała potakująco głową, po czym wstała i energicznie zamknęła drzwi. – Dziś nic nie poradzimy. Jutro zastanowimy się co zrobić z tym biednym zwierzakiem.
– Może go po prostu przygarniemy? – zaproponowałem wchodząc za żoną do sypialni.
– Papugom nie chcesz w klatce sprzątać, a chcesz hodować martwego jelenia? – zapytała Grażyna siadając na łóżku. – Wiesz jaka to odpowiedzialność? Poza tym czym byśmy go karmili?
– Grażyna! Przecież ona jest martwy! Martwe zwierzęta nie jedzą – odpowiedziałem zniecierpliwiony zdejmując koszulę i zakładając piżamę.
– Nie jedzą, nie jedzą… – zaczynała zrzędzić. – Pamiętasz naszego kota? Najpierw go wykastrowaliśmy, a pół roku później się okocił. – Grażyna odwróciła się do mnie plecami i nakryła się mocniej kołdrą.
– Ty to we wszystkim widzisz problem – również się położyłem.
– Nie rzucaj skarpetek na podłogę. Wynieś je do łazienki.
– Jutro rano je wyniosę…
– Rano to trzeba będzie iść z jeleniem na spacer
– Czyli jednak go przygarniemy….
– Janusz śpij i nie pierdol…i zabierz to kopyto.
– Jakie kopyto?
Nie odpowiedziała. Za oknem znów błysnęło, deszcz równomiernie bębnił w szybę, a krople odbijały się od parapetu jak palce niewidzialnego pianisty od klawiatury rozstrojonego fortepianu. Po chwili usłyszałem lekkie pochrapywanie Grażyny. Uklepałem poduszkę bo zaczęła piłować mnie w ucho, przekręciłem się na plecy i patrząc na tonący w ciemnościach sufit próbowałem przywołać sen. On jednak nie nadchodził. Wciąż powracały pytania, które otwierały mi powieki jak nasmarowany świecą suwak rozporek starych dżinsów: dlaczego zaciął się zamek w drzwiach? Czy powinienem wezwać ślusarza? A może to wina klucza?

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany