„Ostatnia płyta TESTAMENT to najlepszy album thrash metalowy od dwudziestu lat. Zespół zredefiniował swój styl, nagrał płytę świeżą i zaskakującą. Płytę, która będzie drogowskazem dla przyszłych pokoleń i pchnie muzykę thrash metalową na nowe tory” – bardzo chciałbym tak rozpocząć ten tekst. Niestety jest zupełnie inaczej.


L

ubię niektóre płyty, które są powszechnie niedoceniane. To nawet miłe uczucie bo wtedy sobie myślę, że potrafiłem w nich dostrzec coś, czego nie dostrzegli inni – może dlatego, że poświęciłem im więcej czasu, może dzięki większej wrażliwości, a może dlatego, że najzwyczajniej w świecie jestem zajebisty i mądrzejszy niż inny słuchacze?

Gorzej jest gdy dzieje się coś zgoła przeciwnego – ukazuje się nowy album zespołu, który bardzo lubię, wszyscy wokół pieją z zachwytu, a ja słucham płyty po raz trzydziesty siódmy i nie dość, że zachwycić się wciąż nie potrafię, to na dodatek z każdym kolejnym przesłuchaniem przeciętność krążka obmalowuje mi się w coraz pełniejszej krasie.

Przykłady? Proszę bardzo. Znacie TESTAMENT? Musicie znać skoro czytacie ten tekst. Też ich znam – od początków lat dziewięćdziesiątych. Znam i bardzo lubię, a gdy po świecie trasę grała Wielka Czwórka Thrash Metalu to byłem jednym z tych, który krzyczał: „A gdzie Testament?!” I gdyby to ode mnie zależało to ANTHRAX na pewno zostałby w domu, a z METALLICA, MEGADETH i SLAYER ruszyłaby ekipa Chucka Billy’go i Erica Petersona. Moim ulubionym albumem TESTAMENT jest „The Ritual”, płyta powszechnie uważana za najsłabszą. W tym roku TESTAMENT wydał swój dwunasty krążek studyjny (jeśli liczyć płytę „First Strike Still Deadly” – ze starymi utworami nagranymi na nowo).

testament-brotherhood-of-the-snakeZacierałem dłonie i stopy czekając na jego premierę, spodziewając się, jeśli nie thrash metalowej płyty roku to na pewno strzału potężnego. Wreszcie dorwałem „Brotherhood Of The Snake”, wstrzymałem oddech i włączyłem. Leci utwór za utworem, słucham, czasami tupnę nóżką, ale częściej skrzywię się w lekkim poczuciu zażenowania, bo niektóre szybsze partie tchną taką banalnością i są tak patatajowate, że bliżej im do parodii TESTAMENTU niż ich najlepszej formy. Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się po odsłuchaniu tej płyty to: „Gdzie jest do cholery Alex Skolnick?”. Zwykle tak oryginalny i charakterystyczny, na tej płycie jakby niewidoczny, ukryty – jakby mu kazano za bardzo się nie wychylać.

Druga rzecz – partie solowe właśnie – poza tą w „The Pale King” i może jeszcze w dwóch czy trzech miejscach wydaję mi się tak nienaturalne i na siłę dolepione do utworu, że zamiast go dopełniać nadają mu jakiejś pokraczności. Te solowe gitary miejscami są po prostu przepitolone i zamiast skrzyć się jak gwiazdy na niebie powodują znudzenie. Wokalnie niby Billy daje radę, ale i on miejscami jakoś tak karykaturalnie wypada – choćby w „Stonghold”, w którym stara się swój charakterystyczny śpiew urozmaicić growlingowymi beknięciami.

Problemem tej płyty nie jest jednak to, że jest ona słaba. Oczywiście, że nie jest – przecież bezsprzecznie słychać, że to TESTAMENT, a z tej szlachetnej materii nie da się zrobić rzeczy bezwartościowej, niezależnie od nadanej jej formy. Problemem „Brotherhood of the Snake” jest jej przeciętność i podręcznikowość. Słuchanie tej płyty bardziej przypomina lekturę instrukcji składania mebli z IKEA niż fascynującej powieść, która wciąga fabułą i zachwyca kreacją fikcyjnego świata. Nawet jeśli są momenty (riff w „Seven Seals”) to giną one w morzu przeciętności. Słowem, które najczęściej pojawiało się w mojej głowie – zarówno po pierwszym jak i dwudziestym przesłuchaniu „Brotherhood of the Snake” jest „poprawność”.

TESTAMENT nagrał poprawną płytę – obok momentów, które mam ochotę przewinąć, pojawiają się też kawałki całkiem przyjemne jak choćby „Born In Rut”, który jednak jest trochę za długi, a na dodatek zarżnięty przepitoloną partią solową. Płyta ta pozbawiona jest jednak motywów, które powodują szybsze bicie serca, nagły skok adrenaliny (no może początek „Cenuries Of Suffering” zwiastuje jakieś emocje, ale szybko niweczy je solówka, która wcina się jak zbyt ciasne stringi w pośladki otyłego sumity). Dużo na tej płycie riffów oklepanych, poprawnych, nie zapadających na dłużej w pamięci – tak jak choćby ten z „Black Jack”. Granie jak z „generatora thrash metalu”, w którym wciśnięto przycisk „TESTAMENT”. No i te partie solowe, które sprawiają, że kawałek zaczyna rozłazić się w szwach jak dżinsy wyprane w Domestosie. To chyba był pierwszy utwór podczas, którego przy premierowym przesłuchaniu miałem ochotę wyłączyć odpuszczając sobie trzy kolejne. Źle bym zrobił bo „Neptune’s Spear” to chyba najlepszy kawałek na płycie – jego riff ma kopa, aranżacja wokalna robi dobre wrażenie i nawet partia solowa wydaje się dość naturalna i nie doklejana na siłę. No i ta neoklasycystyczna zagrywka na początku trzeciej minuty kojarzy mi się Yngwie Malmsteenem ze starych dobrych czasów. Oczywiście nie jest to żadna rewelacja, ale na tle pozostałych utworów „Neptune’s Spear” zdecydowanie błyszczy.

Przedostatni na płycie „Conna-Business” przynosi nam kolejną dawkę thrashowej młócki średnich lotów – poprawnej i z dość sprawnie wkomponowaną, choć lekko przegadaną partią solową. Płytę wieńczy „The Number Game” – intensywny, mocny i bardzo poprawny. W sam raz na zwieńczenie tego przyzwoitego średniaka, który wysmażył nam w tym roku TESTAMENT i którym z niezrozumiałych mi względów zachwyca się tak wiele osób. Może właśnie dlatego, że TESTAMENT gra muzykę którą wszyscy lubią i znają – nie zaskakującą i nie wyłamującą się ze ściśle sprecyzowanej konwencji?

Bo thrash metal to gatunek, w którym wszystko zostało już powiedziane. Gatunek, w którym nie ma miejsca na eksperymenty i chyba nikt zdrowy na umyśle ich nie oczekuje. Wystarczy jednak włączyć ostatnią płytę ANTHRAX by poczuć świeżość i straszliwą moc, której w takim natężeniu nigdy u nich nie było. Wystarczy włączyć ostatni PROTECTOR by usłyszeć riffy, które szarpią za gardło czy nawet EXUMER, by odnaleźć przyjemność w thrash metalowym szaleństwie.

Gdyby „Brotherhood of the Snake” była płytą debiutującego zespołu to pewnie bym ją pochwalił – jednak na tle całej dyskografii TESTAMENT jawi mi się jako najsłabsza pozycja. Już poprzedni ich album wydawał mi się płytą koniunkturalną, bez pomysłu i charakteru. Ot przyzwoitą i poprawną – takim brykiem z testamentowej lektury. Tym razem jednak ten bryk jest jeszcze mniej porywający, albo po prostu wypadł słabiej na tle silniejszej konkurencji.

Dotychczas za najsłabszą płytę TESTAMENT uważałem „Demonic” – siłową, siermiężną i bez polotu. Dziś jednak sobie myślę, że ten krążek mimo wszystko miał jakiś charakter – był dla zespołu pewnym krokiem, nawet jeśli chybotliwym i pokracznym to jednak pozwolił posunąć się do przodu. Dziś TESTAMENT stoi okrakiem na poletku, które uprawia od wielu lat i nie stosując płodozmianu zbiera coraz mniejsze plony.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany