Gdyby punk rock mógł powstać dziesięć lat wcześniej niż powstał, to brzmiałby jak jedyny duży album MONKS.  Zespól jest ewidentnie zapomniany, chociaż w pewnych kręgach darzony dużym kultem (do fascynacji nimi przyznawał się Jello Biafra, co nie jest przypadkiem). Cóż, goście ewidentnie nie trafili w swój czas, wyprzedzając epokę o dobrą dekadę… Ale ich historia jest znacznie dziwniejsza.


M

ONKS to zespól amerykański, ale powstały i działający głównie w Niemczech. W 1964 grupa stacjonujących u naszych zachodnich sąsiadów amerykańskich żołnierzy postanowiła założyć zespół – nazwali się 5 TORQUAYS i grali głównie covery rock’n’rollowych standardów. Mieli jednak tendencję do eksperymentowania i już wkrótce formacja przemianowała się na MONKS, co pociągnęlo za soba także charakterystyczny image – goście występowali w habitach i mieli wygolone na głowach tonsury. Wykreowani przez własny management na formację mającą być czymś w rodzaju antybeatlesów, szybko zaczęli siać przypał i postrach w niemieckich klubach, ściągając na siebie oskarżenia o bluźnierstwa. W sumie się nie dziwię – jestem pewien, że publika nie była kompletnie przygotowana na taki skurwysyński strzał, jaki musieli serwować na swoich występach MONKS.

c3208444Domyślam się, że w epoce szybko rozwijającego się rocknrolla i dominacji ładnych piosenek a’la wcześni THE BEATLES muzyka MONKS musiała budzić konsternację i autentyczne przerażenie – i jak się posłucha ich jedynego albumu, łatwo zrozumieć dlaczego. Muzyka jest całkowitym przeciwienstwem tego, co było wówczas na topie. „Black Monk Time” to dwanaście numerów zagranych na jedno kopyto; prostackich, prymitywnych, brudnych, bardzo transowych i po prostu obrzydliwych. Nie ma tu ładnych melodii, nie ma ładu, nie ma składu, każdy gra sobie, można się wręcz zastanawiac jakim cudem ta kakofonia trzyma się kupy. Muzyka jest prosta i maksymalnie repetytywna. Żadnych oczywistych przebojów, od początku do końca ino samo zło. Obrazu zniszczenia dopełniają radośnie wyjący wokalista, oraz mało skomplikowane, nihilistyczne teksty:

Hey, well, I hate you with a passion baby, yeah I do!
(But call me!)
Well you know my hate’s everlasting baby, yeah, yeah!
(But call me!)
Do you, do you, do you know why I hate you baby, do you now?
(But call me!)
Well, it’s because you make me hate you baby, yeah you do now.
(But call me!)

A jednak, gdy człowiek przebije się przez ten cały syf, wółczas nagle można odkryć, że te numery są dziwnie wkręcające się, a niekiedy nawet… przebojowe, jak singlowy „Complication” czy radosne „Drunken Maria”, doskonałe do chóralnego skandowania po spożyciu dużych ilości alkoholu. Słucha się tego oczywiście świetnie – tym bardziej, że można sobie bez większych problemów wyobrazić, że po dodaniu przesteru na gitarze i przyspieszeniu całości mogłoby te numery grać DEAD KENNEDYS, w których muzyce MONKS słychać – i to całkiem sporo.

Album nie zrobił furory, co nie powinno nikogo dziwić i po trzech latach działalności MONKS umarli śmiercią naturalną, zapomniani przez świat, który wolał taplać się w oparach LSD i śpiewać „All you need is love”.

Wiele lat później były krótkotrwałe reaktywacje, ale nie pociągnęły one za sobą nowego numeru – trudno powiedziec, czy to dobrze, czy źle. W każdym razie kult pozostał i jeśli są albumy, które powinny zostać ocalone od zapomnienia, to jednym z nich jest właśnie ten – brakujące ogniwo między rock’n’rollem a punkiem.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany