Nie byłem nigdy fanem KOMBI, ale oczywiście wiele ich utworów kojarzę jeszcze z czasów dzieciństwa (no dobra, lubię funkujące „Bez ograniczeń” – ale to pewnie za sprawą programu 5-10-15). Gdy pracowałem już jako reporter parę razy fotografowałem ich koncerty. Przynajmniej tak mi się zdawało, zanim przeczytałem wywiad rzekę ze Sławomirem Łosowskim – „Słodkiego miłego życia – prawdziwa historia”, wydany przez In Rock. Okazało się bowiem, że byłem w błędzie – fotografowałem KOMBII a nie KOMBI. Dziś istnieją dwa zespoły jednocześnie – coś jak „KAT” i „KAT z Romanem”. Tyle, że w przypadku KOMBII pojechano bo bandzie i zamiast „KOMBII z Grzegorzem” mamy po prostu w nazwie jedno „i” więcej…


– Cóż się stało? – zapytał zaniepokojony burmistrz jednego z podwarszawskiego miasteczek, do którego zespół przyjechał z prawie dwugodzinnym opóźnieniem. Skawiński wydął pogardliwe usta i spojrzał na samorządowca jak na ptasie gówno, które właśnie zderzyło się z przednią szybą samochodu wyjeżdżającego z myjni.
– Proszę rozmawiać z menadżerem – odparł prawie unosząc się nad ziemią. – Ja jestem artystą! – podkreślił z dumą i myślałem, że zaraz będziemy musieli wszyscy uklęknąć i ucałować go w sygnet. To było moje pierwsze spotkanie ze Skawińskim, który nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Ilekroć słyszę, że ktoś sam o sobie mówi, że „jest artystą” zapala mi się czerwona lampka. Ale niewykluczone, że dzieje się tak dlatego, że sam artystą nie jestem i nigdy nie wzniosę się na poziom pozwalający w pełni zrozumieć artystyczną duszę. Nawet rozumiem, że sprawy organizacyjne czy czasowe nie mogę tej duszy niepokoić, ale zwykła ludzka serdeczność i trochę pokory z pewnością narrację artystyczną zbliżyłoby do szarej masy przyziemnego proletariatu, który stał pod sceną i czekał na kultowe KOMBI. Nie! Wróć! KOMBII.

Hartujac oryginalność i styl

Gdy na wstępie przeczytałem, że książka powstała by zdementować nieprawdziwe informacje na temat KOMBI poczułem lekkie zaniepokojenie, bojąc się, że Sławomir Łosowski będzie w niej głównie rozdrapywał rany poniesione po podziale zespołu i wylewał frustracje spowodowane tym, że „KOMBII z Grzegorzem” budzi większe zainteresowanie niż „The True KOMBI”. Oczywiście ten wątek również jest poruszany, ale pod koniec książki – dość delikatnie, z pewną goryczą, ale i z dystansem. I dobrze – bo w jedną prawdę to ja nie wierzę i aby zagłębiać się w meandry podziału zespołu przydałoby się także wysłuchać argumentów drugiej strony.
Zamiast frustracji i rozgoryczenia Łosowski opowiada o swoim barwnym życiu oraz historii zespołu, którego korzeni należy doszukiwać się w bardziej ambitnym, jazzującym AKCENTY, które działały u schyłku lat sześćdziesiątych. KOMBI z pewnością wykształciło swój charakterystyczny styl, a syntezatory Łosowskiego stanowiły jego fundamenty. Mi jednak, jako słuchaczowi, właśnie to co przesądzało o wyjątkowości tej grupy najmniej się podobało.
Te klawisze wydawały mi się tandetne i archaiczne już w chwili gdy je po raz pierwszy usłyszałem. W dzieciństwie największe wrażenie robił na mnie sam Łosowski – ta jego łysina i okulary nadawały mu jakiegoś kosmicznego wyglądu. Dziś łysy facet nie dziwi, bo takich na ulicach spotkamy trzech na dziesięciu. W latach mojego dzieciństwa łysy był tylko Kojak, Fantomas i Łosowski.
Nie będąc jednak fanem KOMBI muszę przyznać, że książkę „Słodkiego miłego życia – prawdziwa historia” przeczytałem z ogromną przyjemnością. Rozmowę z muzykiem przeprowadził Wojciech Korzeniowski, który współpracuje z KOMBI od 1976 roku. Minusem bez wątpienia jest to, że możemy zapomnieć o obiektywizmie, ale czy ktoś spodziewa się obiektywizmu w jakiejkolwiek autoryzowanej publikacji? Są też ogromne plusy – Korzeniowski często nie pyta, ale wspomina wraz ze swoim rozmówcą zarówno te ważne, fundamentalne dla zespołu fakty, jak i te mniej istotne, ale nie mniej ciekawe i bywa, że nie pozbawione humoru. Panowie wspominając często się uzupełniają, co wychodzi dość zgrabienie i naturalnie.

W peerelowskiej rzeczywistości

Opowieść Sławomira Łosowskiego jest wspaniałą podróżą w przeszłość – powrotem do mrocznych czasów PRL-u, gdy na drodze muzyków stało do pokonania wiele przeszkód, które dziś mogą wydawać się niedorzeczne i całkowicie niezrozumiałe. Z zainteresowaniem chłonąłem opowieści o tym jak Łosowski zdobywał i modernizował swoje instrumenty, jak wykorzystywał do gry Commodore 64, jak KOMBI podróżowali nie tylko po krajach bloku wschodniego, ale także po Stanach Zjednoczonych i jak mozolnie budowali swoją pozycję na scenie. Co ciekawe, w tych wspomnieniach sprzed lat nie pojawia się nawet delikatna nutka sentymentu za komuną. Ta Polska Ludowa jest dziadowska, brudna i szara, a panujący system ogranicza wolność artystyczną i zamyka przed zespołem drzwi do międzynarodowej kariery.
Trochę mnie to dziwi – bo ja na miejscu Łosowskiego chyba jakiś sentyment do tamtych czasów bym zachował, choćby ze względu na pozycję jaką wówczas zespół wypracował. Muzyk kilkakrotnie podkreśla, że z tego grania nie było żadnych większych pieniędzy, a przez wiele lat członkowie zespołu ledwo wiązali koniec z końcem. Dziś komuna nie ogranicza, mamy wolność, demokrację, internet i świat nieograniczonych możliwości – KOMBI swoim nowym albumem (zatytułowanym po prostu „Nowy album”  może próbować podbijać nie tylko krajowe listy przebojów, ale i cały świat. Czy tak się stanie? Osobiście śmiem wątpić.
Oprócz różnych ciekawych wspomnień z życia muzyka, Sławomir Łosowski odsłania trochę prywatności. Wspomina o długiej i ciężkiej chorobie swojej żony, która na pewien czas wykluczyła go z czynnego muzykowania. W tym kontekście twórcy konkurencyjnego KOMBII jawią się jak klasyczne i bezwzględne ścierwojady, próbujące wyłuskać parę groszy na czyimś nieszczęściu. To jednak wersja Łosowskiego. Jeśli było rzeczywiście tak jak pisze to mu współczuję, bo zostać wyrugowanym z własnego zespołu to nic przyjemnego. Ale jak zwykle na pewno jest i druga strona medalu – wszak członkowie KOMBII też mieli swój czynny wkład w historię KOMBI i trudno dorobek całego zespołu przypisać jedynie Łosowskiemu. A głos i gitara Skawińskiego były przecież dla KOMBI elementami równie charakterystycznymi co klawiszowe podkłady Łosowskiego. Najlepiej by było dla fanów, gdyby panowie się pogodzili, ale skoro do tego nie doszło i nie do końca wiadomo o co chodzi…. to prawdopodobnie wiadomo o co chodzi.

Lektura przy dźwiękach muzyki

Rozśmieszyła mnie próba przypisywanie tekstom KOMBI antysystemowego wydźwięku. Być może się mylę i ludzie rzeczywiście interpretowali teksty tak jak przedstawia je w książce Łosowski, traktując KOMBI jako sprytny manifest antykomunistyczny, który dzięki wieloznaczności swoich liryków wyprowadzał w pole tępych komunistycznych cenzorów. Osobiście jednak szczerze w to wątpię i zdecydowanie nie przeceniałbym ani możliwości analitycznych przeciętnego słuchacza, ani antykomunistycznej postawy zespołu, który przecież z tych możliwości peerelowskiego państwa ssał jak młode cielę krowiego cyca. I nie jest to żaden zarzut. Radzić sobie trzeba w każdych czasach, a w książce mam wrażenie jakby Łosowski miał jakiś kompleks i mniej lub bardziej świadomie próbował się usprawiedliwiać.
Oprócz interesującej treści, książka zawiera bardzo bogaty materiał fotograficzny, który dodatkowo podkreśla jej historyczną wartość. Fanów KOMBI na pewno do lektury zachęcać nie trzeba. Polecam więc tym, którzy po prostu interesują się muzyką i polską sceną doby pereelu oraz czasów transformacji ustrojowej.
Przeczytałem w ciągu zaledwie kilku wieczorów i nie żałuję żadnej minuty poświęconej tej lekturze. Tym bardziej, że jednocześnie słuchałem muzyki. Oczywiście nie „KOMBII z Grzegorzem”, ani nie „The True KOMBI” – ale tej swojej – hałaśliwej, brutalnej z rzygającym wokalistą o włosach zdecydowanie dłuższych niż włosy Sławomira Łosowskiego. I dodam jeszcze, że po przeczytaniu tej książki poczułem do Łosowskiego sporo sympatii. Może dlatego, że nie nazwał siebie artystą? A jeśli nawet, to zrobił to tak dyskretnie, że zupełnie nie zwróciłem na to uwagi.

 

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. S

    Spoko recenzja- nie tylko jasno prezentuje książkę, ale też dobrze się ją czyta. Przy okazji fajnie, że w ogóle poświęciliście łamy na typa z Kombi. Może ich twórczość ma niewiele wspólnego z profilem Music Amoku, ale myślę, że historia Łosowskiego zainteresuje osoby szukające informacji o polskiej muzyce popularnej.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany