Mam trochę żal do twórców THEM PULP CRIMINALS. Przyszło do mnie w tym tygodniu 666 nowych płyt, a tymczasem debiutancki album ich projektu „Lucifer is Love” zniewala mnie na tyle mocno, że trudno mi nawet pomyśleć o włączeniu czegoś innego


A zaczęło się zupełnie niewinnie – włączyłem w samochodzie jadąc na koncert MASTODON. Niespełna półgodzinna płytka przeleciała po drodze dwa razy i uznałem, że to bardzo sympatyczny materiał, którego raczej nie będzie mi się chciało dłużej słuchać. Bo przecież „Lucifer is Love” jest płytą prostą, przejrzystą i łatwą w odbiorze. Na pierwszy rzut ucha również nie jest to muzyka oryginalna. Na drugi też nie – choć zdecydowanie ma swój charakter i klimat. Śmieszą mnie trochę porównania do KING DUDE, który przecież sam prochu nie wymyślił, lecz pomieszał estetykę szlachetnych wpływów dekadenckiego folku z charyzmą Waitsa, Cave’a i Casha, przyprawioną niepokojącym klimatem grozy. Podobnie jest w THEM PULP CRIMINALS, tyle, że zupełnie subiektywnie tak jak KING DUDE aktualnie nie za bardzo mi się chce słuchać, tak „Lucifer is Love” przestać słuchać nie mogę.

14063860_1250438771657480_165593534970922443_nA na dobre zaczęło się wczoraj, gdy w akompaniamencie tej płyty pojechałem samochodem do Warszawy. Przemierzając zatłoczone i wąskie uliczki w poszukiwaniu wolnego miejsca parkingowego słuchałem sobie THEM PULP CRIMINALS i o dziwo, nie czułem się wkurwiony jak zawsze w takich sytuacjach, ale całkowicie wyluzowany i zdystansowany zarówno do sytuacji jak i do upływającego czasu.

Ta muzyka ma swoistego kopa i energię, które podane są w balladowej narracji – czasami przywodzącej mi na myśl klimat „Murder Ballads”. Składa hołd amerykańszczyźnie, ale nie tej spod znaku Mc Donald’sa i filmów Walta Disneya. Tu królują spalone słońcem autostrady rozcinające bezkresną pustynię, ford mustang rocznik 1967, zadymione knajpy z twardymi facetami w kapeluszach i kowbojkach. Piękne i fatalistyczne kobiety, które śpiewając w nocnych klubach wabią szlachetnych i żądnych miłości mężczyzn, jak syreny. Ta miłość kończy się śmiercią w cuchnącym i mrocznym zaułku podłej ulicy na skutek kilku pchnięć nożem, dokonanych przez nieznanego sprawcę. Gdy ciało mężczyzny stygnie w rynsztoku, one wychodzą za mąż za brutalnych nikczemników, którzy przyciągają je mieszanką strachu i podniecenia.

Od tej muzyki bije amerykański blichtr z ponurą nutą dekadencji. Jednocześnie ma ona w sobie coś filmowego – jest jak mroczny soundtrack, czasami przywodzący na myśl znakomity pierwszy sezon serialu „True Detective”, innym razem – klimat filmów Quentina Tarantino.

I tak jeżdżąc wczoraj przy tej płycie po mieście cieszyłem się słońcem przenikającym przez przednią szybę, widokiem pięknych kobiet mijanych na ulicach, miłym uczuciem nostalgii, gdy z mroków zapomnienia wydobywałem dawno już nieodwiedzane uliczki. Ale jednocześnie czułem pewien niepokój – jakbym w bagażniku swojego samochodu przewoził trupa, a podeszwy moich butów wciąż jeszcze lepiły się od niezaschniętej krwi.

them-pulp-criminalsGdy wieczorem wróciłem do domu i odpaliłem ten album, moja żona początkowo nie uwierzyła, że to płyta nagrana przez polski zespół. Pewnie wielka w tym zasługa Tymka, który śpiewa w taki sposób jakby urodził się i mieszkał w Stanach, a niesamowita charyzma i barwa jego głosu sprawiają wrażenie, że nie debiutuje w takiej stylistyce, ale jest starym wyjadaczem, który nie jedną szklaneczkę whisky już wypił i niejedno cygaro wypalił siedząc w studiu i nagrywając z tuzin tego typu albumów. Świetne jest też brzmienie tej płyty – selektywne i bardzo czytelne, ale jednocześnie nie pozbawione brudu. A gdy już mą małżonkę przekonałem, że THEM PULP CRIMINALS to zespół z Krakowa,  to wyraziła pragnienie wybrania się na koncert. Miłe to chwile, bo rzadko nasz muzyczny gust się łączy. Mam jednak wrażenie, że w przypadku „Lucifer is Love” zupełnie inne rzeczy nam się w tym krążku podobają. Ona zza szyby rozpędzonego forda mustanga podziwia mijane kaktusy i czerwoną tarczę słońca chowającą się za linię horyzontu, ja myślę o trupie, którego wieziemy w bagażniku. Ona czerwoną szminką maluje usta przeglądając się we wstecznym lusterku, ja podwijam rękaw białej koszuli ubrudzony we krwi. Ona przymyka oczy i uchylając szybę pozwala by ciepły wiatr przeczesywał jej włosy. Ja również uchylam szybę by pęd wpadającego powietrza starł proch z moich kowbojek. I ta uniwersalność „Lucifer is Love” jest niezwykle piękna i przyciągająca.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany