TIAMAT narodził się na gruzach zespołu TREBLINKA i to właśnie on jako pierwszy wszedł do osławionego Sunlight studios by nagrać pełny album – „Sumerian Cry”. Co prawda „Left Hand Path” ukazał się 2226wcześniej, ale samo jego nagranie odbyło się dwa miesiące po „Sumerian Cry”.


Sam początek płyty – spokojny i lekko rozmarzony jest niejako zapowiedzią kierunku, w którym w przyszłości podąży ekipa niejakiego Hellslaughter, znanego później szerzej jako Johan Edlund. To jednak tylko wstęp – dalej mamy już dziki, cudownie brzmiący metal śmierci, tak mocno szwedzki jak to tylko możliwe.

Ekstrakt metalu śmierci

Śmierć, przepraszam ćwierć wieku minęło od czasów wydania tej płyty i nigdy wówczas by nie przypuszczał, że w 2015 roku ta muzyka będzie aż tak aktualna. Paradoksalnie to późniejsze albumy TIAMAT, na których bardziej zaznaczyli swoją indywidualność i które w chwili premiery były nowoczesne i odkrywcze – dziś bardziej trącą myszką niż ich wczesne nagrania. Któż mógł przypuszczać, że po latach muzycznych poszukiwań i eksperymentów wiele zespołów zechce wrócić do korzeni czerpiąc z czystego ekstraktu szwedzkiego death metalu. A takim ekstraktem jest właśnie „Sumerian Cry” i mówiąc o szwedzkim death metalu nie sposób pominąć tego albumu.

Mrocznie i klimatycznie

Dwa lata później TIAMAT wydał „The Astral Sleep”, na którym w pełni obnażył swój potencjał. Klimatyczne intro to już TIAMAT pełną gębą, ale zawartość tej płyty to wciąż szwedzki death metal – tyle, że zagrany już z większą dozą oryginalności i pomysłem na coś swojego. Płyta cechuje się innym brzmieniem – bardziej przestrzennym, ale jednocześnie suchym i klarownym – z niemal thrash metalowymi partiami gitar. Dużo to klimatycznych zwolnień i wyciszeń tworzących podbudowę do eksplozji żywszych i brutalniejszych fragmentów. Edlund zaczyna już kombinować z partiami wokalnymi, słychać, że szczytem jego ambicji nie jest podręcznikowy death metalowy growl. Niektóre frazy są pełne emocji i wybrzmiewają jak skarga – na kolejnych płytach ta maniera zostanie rozwinięta.

Ku krainie łagodności

Na „Clouds” TIAMAT odpłynął już w rejony muzyczne zarezerwowane tylko dla siebie. „Wildhoney” to spokojna i pełna uroku płyta, która znalazła uznanie nie tylko w uszach fanów metalu, „A Deeper Kind of Slumber” zdradzała wyraźną fascynację Pink Floyd, nie stroniąc też od elektroniki. Później Edlund zaczął używać tuszu do rzęs i iść w kierunku rocka gotyckiego. To wszystko na zupełnie inną historię nie mającą nic wspólnego nie tylko ze szwedzkim death metalem, a ale metalem w ogóle.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany