Fiński AUTHOR, oraz szwedzkie DEMONICAL i OCTOBER TIDE wystąpiły w ostatnią niedzielę w Poznaniu, w klubie „U Bazyla”, który nie tak dawno temu zmienił swoją lokalizację


img_6619-3Bałem się tej nowej siedziby „U Bazyla” – spodziewałem się okazałego budynku z wymuskanym wnętrzem, na progu którego człowiek ma ochotę zdjąć buty. Bałem się, że klub straci swój obskurny klimat, a co gorsze, całkiem dobre brzmienie, które udawało się wcześniej wykręcić. Gdy dotarłem pod wskazany adres i wchodziłem na posesję zlokalizowaną naprzeciwko blokowiska, to początkowo wydawało mi się, że prędzej natknę się na dom pogrzebowy czy hurtownię środków czystości niż klub serwujący metalową muzykę. Okazała się jednak, że nie zbłądziłem i nowy klub „U Bazyla” rzeczywiście był tam gdzie podpowiedziała mapa. Schludniej, czyściej, bardziej elegancko. Sama sala koncertowe chyba wcale nie większa, ale dużo sensowniej rozplanowana i zamiast wąskiej kiszki, w której można było poczuć się jak w zatłoczonym autobusie przegubowym, teraz mamy przestrzeń szerszą niż dłuższą. Minusem jest bezpośrednie sąsiedztwo z barem. Gdy zespoły zaczynają grać to natężenie decybeli jest na tyle duże, że lepiej porozumiewać się na migi niż zdzierać gardło. Zresztą na wszelki wypadek na barze leży stos kartek i pisaki – można więc napisać swoje zamówienie, lub narysować – jeśli ktoś pisać nie umie. Koniec ze szkłem na podłodze i piciem browarów z gwinta! Teraz wprowadzono plastikowe kubki – coś na wzór tych z Brutal Assault. Płaci się kaucję 5 złotych i po zakończeniu imprezy można zwrócić i kasę odzyskać. Ekologicznie i bezpiecznie, kubka oczywiście nie oddałem tylko zabrałem na pamiątkę. Nie do końca jednak ten system mnie przekonuje bo pilnowanie swojego „garnuszka” jest trochę kłopotliwe, nie mówiąc już o skakaniu z nim pod sceną.

Oprócz baru i głównej sali jest sporo pomieszczeń na zapleczu, oraz czyste, schludne toalety w dostatecznej liczbie. Jest też ogródek z ławeczkami na zewnątrz co jest świetne zarówno dla palaczy jak i tych, którzy chcą odetchnąć świeżym powietrzem.


Jako pierwszy na scenę wyszedł fiński AUTHOR. Pierwsze czym zespół się wyróżnia to brakiem obecności na metal-archives. Doprawdy intrygujące. Sama muzyka to dość surowy, ale zarazem melodyjny black metal. Zabrzmieli selektywnie, czytelnie i przejrzyście i na tyle mi się spodobali, że zakupiłem sobie ich debiutanckie demo. Mieliśmy przy sobie fińską flagę, którą na chwilę przejął od nas wokalista i dumnie nią pomachiwał drąc się do mikrofonu. Przy okazji nieco ubrudził ją sztuczną krwią, którą miał wymalowaną rękę. Po koncercie zamieniliśmy kilka słów – dowiedziałem się, że dużą płytę nagrają pod koniec roku, a z polskich zespołów znają BEHEMOTH, VADER i DECAPITATED. Gdy zacząłem wypytywać o inne polskie zespoły black metalowe to niestety bezradnie kręcili głowami. Wkrótce okazało się, że fińską scenę też znamy lepiej od nich, a krew na ich rękach okazała się czerwoną farbą. Ale chociaż wysępiłem od nich fajka więc tyle wygrać.


img_6625Jako drugi tego wieczoru zaprezentował się DEMONICAL. Widziałem ich pięć lat temu w warszawskiej Progresji. Zapamiętałem ten koncert z trzech powodów: żenującej frekwencji (25-30 osób), doskonałego brzmienia oraz harców pod sceną („Fajnie popatrzeć jak tacy starsi ludzie jak ty, wciąż szaleją na koncertach” – skomentowała trochę młodsza znajoma). Miałem jednak świadomość, że koncert tak doskonały często jest niepowtarzalny i nie liczyłem, że Szwedzi po raz drugi pokażą aż tak mocarne oblicze. A na wspomnianym koncercie sprzed lat zagrali tak, że sorry – Grave, Entombed czy Unleashed mogliby im gitary co najwyżej nosić.

„U Bazyla” było podobnie – może brzmieniowo nie aż tak doskonale, ale zdecydowanie bez zarzutu, a wokalnie wprost fenomenalnie. Sverker „Widda” Widgren jest jednym z najlepszych w swoim fachu – drze się do mikrofonu w taki sposób jakby miał gardło z gruboziarnistego papieru ściernego. Motoryka, melodie i chwytliwość riffów tej kapeli, w wersji koncertowej sprawdzają się wybornie. Tylko publika strasznie statyczna. Mimo poodbijanych żeber, których nie wykurowałem jeszcze od czasu koncertu RAGEHAMMER z każdym kawałkiem nosiło mnie coraz bardziej, ale doprawdy nie było z kim pod tą sceną pobrykać.


img_6639Może większość przyszła na OCTOBER TIDE? Bezruchdance przy okazji tych ponurych doom/metalowych dźwięków jest dość uzasadniony. Gdyby był rok 1993 to pewnie popuściłbym w spodnie – dziś jednak takie granie nie jest najbliższe mojemu sercu. Przyznać jednak trzeba, że Szwedzi w swojej klasie są naprawdę dobrzy i na żywo w pełni znakomitą dyspozycję potwierdzili. Wtopiłem się w te ponure, klimatyczne i mocarne dźwięki z niemałą lubością, odkrywając w sobie dawną młodzieńczą wrażliwość, z czasów gdy mocno emocjonowałem się wczesnym MY DYING BRIDE, ANATHEMĄ czy choćby KATATONIĄ, z której wywodzi się część składu bohaterów niedzielnego wieczoru.

Po koncercie miło spędzony czas przy piwku i pogaduchy z muzykami. Mój znajomy koniecznie chciał zagadnąć Martina Schulmana, z którym korespondował na początku lat dziewięćdziesiątych. Przyniósł nawet z dziesięć listów by ożywić wspomnienia. Szwed nie okazał się jednak sentymentalnym gawędziarzem, nie wzruszył się oddaniem i wiernością fana. Zamiast poklepać go po plecach i podziękować, poddał myśl, że można by te listy opchnąć na ebayu za godziwą kasę. Zapozował do zdjęcia, pokręcił się chwilę i tyle go widzieli…

Podsumowując – bardzo udany wyjazd, poznałem kilka ciekawych osób, kilka powierzchownych znajomości pogłębiłem, kilka odświeżyłem. Muzycznie lepiej niż dobrze. Klub „U Bazyla” po przenosinach zyskał dwie dodatkowe gwiazdki. Bardzo udany wyjazd i piękny, o dzień przedłużony, weekend.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany