Ilekroć sięgam po jakiś nowy album blackmetalowy, staram się stosować ukutą przez siebie i na użytek własny teorię pozwalającą stosunkowo łatwo oddzielać to, co uwagi warte, od tego co niewarte. Teoria brzmi mniej więcej tak: niemal cały black metal powstały po 1994 roku da się zredukować ostatecznie do dziedzictwa trzech, może czterech zespołów (albo nawet do konkretnych płyt). Jeśli dany album nie wnosi nic do tego dziedzictwa, jeżeli po rozbiorze na części pierwsze nie zostanie nic, czego nie było w twórczości tamtych, to szkoda czasu na dalsze słuchanie. Wiem, że są ludzie, którym wtórność nie przeszkadza, ale ja nie znoszę słuchać klonów DARKTHRONE, wolę puścić po raz tysięczny „Panzerfaust”

Teoria jest pewnie zbyt radykalna i zbyt uproszczona zarazem, ale ma jedną zaletę. Działa. Dzięki temu nie muszę taplać się w trzecioligowym badziewiu i poświęcić zyskany na czas na coś innego. Coś tam pewnie tracę, trudno, ale w pewnym momencie słuchaniu wszystkiego jak leci trzeba powiedzieć „dość”.

urfaust-empty-space-meditation-cd-preorder_2959Kapele które wyznaczyły podstawowe kierunki w black metalu, pominąwszy klasyków pierwszej fali oczywiście, to na pewno BURZUM, MAYHEM i DARKTHRONE. Czasami, w koszmarnych snach, przypomina mi się, że jeszcze jedną ścieżkę wyznaczyli EMPEROR i SAMAEL – dając początek klawiszowej, symfonicznej, pseudoartystycznej cepelii, która jeśli w ogóle wywołuje jakieś odczucia metafizyczne, to głównie mdłości; chociaż oba te zespoły lubię i często wracam.

Tak więc, jeśli w jakiejś płycie nie ma czegoś, czego nie ma u tamtych zespołów, to szkoda na nie czasu. Płyty i zespoły nie mieszczące się w ramach wyznaczonych przez klasyków to skarb. Nie jest ich znowu tak mało jak by można przypuszczać (ja wszystkich nie znam na pewno i pewnie nie zna ich nikt). Drogą burzy mózgów pewnie by się dało wymienić jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt wartych uwagi zespołów blackmetalowych o własnej, mocno zarysowanej tożsamości, a płyt co najmniej kilkaset, ale to i tak kropla w nieprzebranym morzu niesłychanego syfu. Dość dużo, by mieć czego słuchać na całe życie, ale też zbyt mało, żeby był sens przekopywać się latami przez hałdy dziadostwa w poszukiwaniu perełek. Kiepska sytuacja. Pozostaje przeglądanie nowych/nieznanych wydawnictw po omacku, gdy najdzie ochota, w nadziei, że może się na coś trafi ciekawego, aż do momentu, gdy rozczarowanie osiągnie apogeum i zmusi do ponownego katowania „Live In Leipzig”.

Od wzmiankowanej reguły zdarzają się czasem wyjątki. Są zespoły, które mimo iż nic do danego dziedzictwa nie wnoszą, to poruszają się w danej stylistyce tak zgrabnie, tak wdzięcznie i tak naturalnie, że aż głupio jest je zignorować. Te kapele też są skarbem. Prawie się nie zdarza, żeby grały niemal toczka w toczkę jak pierwowzór – chyba jedyny wyjątek jaki mi przychodzi teraz do głowy to CLANDESTINE BLAZE, którego ostatnie płyty brzmią jak to, co od dłuższego czasu powinno grać DARKTHRONE, a czego z różnych powodów niestety nie gra. Te rzadkie zespoły na ogół operują nieco innymi środkami niż ich pierwowzory, wnoszą coś od siebie, a jednak nie wytyczają żadnego nowego szlaku. Raczej pokazują stary w nowym świetle, jak ktoś, kto przypadkiem sfotografuje Akropol pod kątem, jakiego nikt jeszcze nigdy nie wymyślił, chociaż na zdjęciu nie ma niczego, czego by nie fotografowano wcześniej; nowe ujęcie nie wnosi też niczego do obrazowania Akropolu, nie zmienia kontekstu, nie dodaje nic do odbioru i rozumienia greckiej świątyni. Po prostu jest zrobione pod innym kątem. Nic więcej. To jednak dość, by się zainteresować, bo to zawsze coś świeżego.

Zdaje się, że z wymienionych zespołów najtrudniejszym zespołem do naśladowania jest BURZUM. Nie dlatego, że gra muzykę skomplikowaną, bo wiadomo, że nie. Varg Vikernes, ojciec atmosferycznego blacku, jest królem nastroju; mało jest płyt równie intensywnych w atmosferze jak „Filosofem” czy „Hvis Lysett Tar Oss”. Naśladowcy wpadają zwykle w monotonne pitolenie pełne smętnych, melancholijnych melodii; ckliwe, nostalgiczne, pełne jesiennych emocji mielenie banalnych riffów.

Problem jest taki, że w BURZUM nie ma w ogóle emocji. Mało znam równie zdehumanizowanej muzyki. W BURZUM jest lód i ciemność, pierwotna pustka sprzed powstania wszechświata. Potraficie sobie wyobrazić, co było przed waszymi narodzinami? Nie? No właśnie, nie ma tam nic, wspomnienia rozmazują się, a zza nich wyłania się pustka, ciemność. Może to samo jest też po śmierci, kto wie. Varg jako jeden z niewielu, przynajmniej na scenie blackmetalowej, potrafił tę pustkę wydobyć i pokazać bez żadnych ozdobników. Bez emocji, bez niczego. Czysta, bezosobowa ciemność i nicość. Tyle. Żadnej ideologii, szatana, buntu, nic. Nie warto tego dalej rozgrzebywać.

Warto natomiast przyznać, że większość prób kontynuowania „ścieżki Burzum” to na ogół produkcje niesamowicie wręcz słabe. Bodaj jedynym zespołem, który rzeczywiście potrafił zbliżyć się do sugestywności BURZUM i nie zrobić z lasu pośmiewiska był ukraiński DRUDKH, przynajmniej do pewnego momentu. Na podobny poziom mógł wejść, ale chyba jednak nie wszedł, zarżnięty przez posunięte do absurdu piwniczne brzmienie, dziwaczny szwajcarski PAYSAGE D’HIVER, zasługujący swoją droga na osobne opracowanie. W Norwegii działa jeszcze fantastyczny, chociaż mało płodny VEMOD, który jak nikt rozumie, że do uzyskania hipnotycznego transu najlepsze są proste, ale bardzo wyraziste riffy. Można by jeszcze dorzucić nawiedzonych czcicieli bobrzej nory z lasów Waszyngtonu, czyli WOLVES IN THE THRONE ROOM. No i holenderski URFAUST.

URFAUST to takie trochę zjawisko osobne. Holendrzy grają sobie już od dłuższego czasu, trochę na boku sceny, ani w pierwszej lidze, ani w drugiej, ani w trzeciej, po prostu gdzieś na boku, dla garstki fanów. Są znani, są rozpoznawalni i… tyle. Co grają? Leśny black metal bez cienia pretensji. Ot, banalne „leśne” riffy podlane szczyptą groteski i używanymi sporadycznie idiotycznymi, teatralnymi zaśpiewami, które brzmią jakby ktoś po spożyciu bardzo dużych ilości alkoholu z wyjątkowo kiepskim skutkiem naśladował śpiewaków operowych próbujących śpiewać pijackie przyśpiewki w nieco „średniowiecznym” duchu. Przynajmniej tak jest na większości wydawnictw, bo są jeszcze w ich dorobku tak osobliwe produkcje jak epka „Apparitions”, która penetruje rejony, można rzec, rytualne.

Słucha się tego oczywiście doskonale. Nośne, proste, wciągające utwory porywają od razu. Holendrzy nie brzmią, jakby próbowali kogokolwiek naśladować ani jakby próbowali cokolwiek zmieniać. Dzięki temu udaje im się uniknąć dwóch pułapek. Pierwsza to oczywiście pułapka kopiowania cudzych wzorców; próba odtworzenia czyjegoś stylu kończy się zwykle klęską albo popadnięciem w mało interesującą wtórność i sentymenty, granie typu „retro”. Druga pułapka to szukanie oryginalności za wszelką cenę, co może się kończyć podobnie; liczne próby uzyskania ciekawego efektu poprzez eklektyczne mieszanie black metalu z „elementami obcymi” skutkuje zwykle ciekawostkami, które równie szybko zwracają uwagę co odrzucają niestrawnością. Są wyjątki, ale raczej nieliczne.

Tymczasem URFAUST nie robi nic, tylko gra swoje. Brzmi jak grupa metalowców, którzy nasłuchali się dużo BURZUM, wypili jeszcze więcej bimbru i teraz sobie grają w lesie, przy ognisku. O tak o, dla siebie i dla każdego kto ma ochotę ich słuchać. Jest to wszystko tak naturalne i szczere, pozbawione pozy i aspiracji do czegokolwiek ambitniejszego, że aż miło posłuchać. Takie kapele to skarb.

Nowy album – „Empty Space Meditations” przynosi dokładnie to, z czego Holendrzy są już znani, ale podane lepiej, mocniej i przystępniej. To pewnie zresztą ich najlepsza płyta. Pijany, leśny black metal. Nie ma spinania muskułów, nie ma grania za wszelką cenę brutalnie, agresywnie, czy w drugą stronę: atmosferycznie. Jest za to intrygujący, nihilistyczny black metal z głębi lasu (w Holandii nie ma lasów, może dlatego tak dobrze im to leśne granie wychodzi) i z głębi kosmosu zarazem. Jest w tej płycie mnóstwo autentyzmu, takiej niczym nieskrępowanej pasji grania. A to jest rzadkie i zawsze cenne! I zawsze skutkuje tym samym – chęcią słuchania danej płyty na okrętkę.

Była mowa o lesie, ale i o kosmosie. Nieprzypadkowo – chłodu i przestrzeni dodają muzyce na „Empty Space Meditations” uroczo kiczowate, kosmiczne klawisze, które nie próbują udawać orkiestry symfonicznej, smyczków, organów itp. Brzmią jak najprostsze możliwe pady z keyboardu Casio. Majestatyczne, spokojne tła przywodzą na myśl echa pierwszego utworu z „Hvis Lysett Tar Oss” BURZUM – najbardziej kosmicznego, leśnego i przestrzennego utworu Varga, który bodaj najskuteczniej przywołuje obrazu ciemności i wszechobecnej pustki. Niemal to samo robi teraz URFAUST. Z tym, że w przeciwieństwie do Varga, Holendrzy dają sugestię jak ich zdaniem można się ze świadomością tej pustki uporać. Można się upić, śpiewać, tańczyć. Jest to oczywiście jakieś wyjście, chociaż nie da się ukryć, że butelka w końcu się opróżni, a na jej dnie pojawi się to, przed czym próbowało się uciec. Wszechobecna nicość.

Nowy URFAUST nie przynosi rewolucji ani nawet rewelacji. Przynosi za to fantastyczny black metal, nie odkrywczy, ale i nie wtórny. Własny. Doskonale skondensowany: nie ma tu ani chwili nudy i żadnych dłużyzn. Niczego pewnie nie zmieni, nikogo pewnie nie zainspiruje i pewnie nawet nikt go za wiele lat nie będzie szczególnie wspominał poza garstką fanów, ale to nie ma żadnego znaczenia. Słuchanie „Empty Space Meditation” to czysta przyjemność, takiego grania – szczerego, naturalnego, pełnego pasji grania – jest najzwyczajniej w świecie mało. Więc trzeba słuchać. I słuchać. I słuchać.

I tak w kółku. Aż do dna.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany