Zespół szaleje, z głośników sypie się gruz, a ja stoję pod sceną i trzymając telefon w ręce staram się utrwalić choć kilka minut z tego cudownego wieczoru. Nagle wokalista zeskakuje ze sceny, łapie mnie za ramię i zaczyna mną potrząsać drąc się do mikrofonu. Mam przejebane!


Kiedyś miałem ochotę kupić sobie maczetę. Zabierać ją na koncerty i obcinać ludziom wyciągnięte łapy z telefonami. Nie mogłem patrzeć jak gość przez cały występ zespołu stoi jak Statua Wolności i wlepia gały w wyświetlacz wielkości jądra komara, który miga pięcioma pikselami scenicznego światła. Na domiar złego później nasra tym filmikiem na Youtube i jak za pół roku będę szukał czegoś innego – wdepnę w to śmierdzące gówno, poślizgnę się i przewrócę.

Od tamtego czasu sporo się zmieniło – jakość filmów nagrywanych na telefonie zdecydowanie się polepszyła i gdy kiedyś na próbę nagrałem fragment jakiegoś kawałka to ze zdziwieniem stwierdziłem, że zarówno pod względem obrazu jak i dźwięku przewyższa większość profesjonalnych koncertówek oglądanych na kasetach VHS w latach dziewięćdziesiątych. Nie robię tego zawsze i nigdy nie nagrywam całych koncertów, ale bywa, że mam ochotę utrwalić fragment i zamiast szaleć pod sceną, jeden czy dwa kawałki stoję jak cipa z telefonem w ręku i nagrywam. Wiem, że być może dwa kroki za mnę stoi ktoś kto ma ochotę kupić maczetę, wiem, że dużo osób tego nienawidzi, ale szczerze mówiąc nie bardzo obchodzi mnie samopoczucie innych, a tym bardziej to co o mnie myślą.
Jak mam ochotę tarzać się pod sceną to robię to, jak mam ochotę złamać kręgosłup na koncercie to łamię, a jak chcę nagrać jakiś filmik to nagrywam.

– Kiedyś wkurwisz jakiegoś muzyka i przyjebie ci po głowie gitarą – wieszczył mój kolega wiedząc, że jeśli jest to możliwe najbardziej lubię kręcić z bliska, prawie wpychając wokaliście telefon do gardła, a gitarzyście jeżdżąc telefonem po strunach. Na szczęście jak dotąd spotykałem się z bardzo przyjaznymi reakcjami – szczególnie utkwili mi w pamięci chłopaki z Voivod szczerzący się do kamery i robiący głupkowate miny. No, ale wiadomo, że nie wszyscy są tacy mili – kiedyś karta może się odwrócić – poczuję na twarzy but Glena Bentona, Dani Filth odgryzie mi rękę, albo Nergal przystrzyże mi brodę albo włoży hostię pod powiekę.

 

Wrocław. Klub Ciemna Strona Miasta. Niezwykle klimatyczne miejsce – nieco surowe i obskurne, ale jedno z takich, w których po kwadransie poczułem się jakbym przychodził tam od dwudziestu lat. Scena mała, brak barierek, brak ochrony, brak szatni. Wnętrze mroczne, piwniczne, niezbyt przestronne, ale i ludzi tego wieczoru przyszło zdecydowanie mniej niż na Metallikę w Chorzowie w roku 1991. Zamawiam piwo, poznaję kilka osób, ktoś polał kolejkę, rozmawiamy i próbujemy przekrzyczeć jakiś czeski death metalowy zespół, który zainstalował się na scenie. Spotykam znajomych – jednego, drugiego, piątego. Wciąż te same gęby niezależnie od pory roku, dnia tygodnia czy szerokości geograficznej. Czasami mam wrażenie, że trzon fanów metalu w Polsce tworzy ze czterdzieści naprawdę zaangażowanych osób, które nie szukają wymówek by odpuścić koncert, ale jadę wszędzie gdzie tylko mogą i gdzie tylko pojawia się perspektywa dźwiękowej orgii.

Tego dnia powodem był VASTUM – amerykańska grupa death metalowa młodego pokolenia, której utworów nie można usłyszeć w radiu, a muzycy nie są zapraszani do telewizji śniadaniowej. Nic dziwnego, że w Polsce znana słabo, by nie rzecz – nie znana prawie wcale. Ich krążki oceniałem jako lepsze niż dobre, ale nie budowałem im pomników ani nie planowałem tatuażu z ich okładkami po wewnętrznej stronie napletka. Ot porządna kapela, ale jednak porządna jakich wiele.

 

Gnany ciekawością i dobrym przeczuciem postanowiłem wybrać się na ich koncert do Wrocławia. W klubie Ciemna Strona Miasta czułem się zbyt dobrze, a towarzystwo było na tyle zajmujące, że praktycznie przegapiłem koncert EMBRIONAL. Gdy po zajmującej rozmowie wróciłem na salę grali już ostatni utwór. Wielka szkoda, bo poprzedni ich koncert, który widziałem w całości był wyborny, a za sprawą swojego ostatniego krążka moim zdaniem ten zespół dołączył do absolutnej ekstraklasy, nie tylko polskiej sceny death metalowej. Mają swój charakter i brzmią jak nikt inni. Jedyne co przemawia przeciwko ich muzyce to fakt, że nie jest specjalnie przebojowa. Nie wpada w ucho za pierwszym przesłuchaniem, a skarpety nie wyskakują z szuflady i nie zaczynają przy niej stepować. No ale ci, którzy oczekują od death metalu prostoty i przebojowości mogą zawsze sięgnąć choćby po Six Feet Under, u których w całej dyskografii dzieję się mniej niż u Embional w jednym utworze.

 

No i  wyszli na scenę VASTUM. Zaczęli grać, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki, a ja od razu wiedziałem, że koncert będzie zabójczy. To jeden z tych momentów gdy czas, miejsce, atmosfera i dźwięk są niczym idealnie pasujące do siebie puzzle, które tylko razem i tylko w odpowiednim ułożoniu tworzą spójny obraz. Wyjmuje szybko telefon bo wiem, że za chwilę nie będzie czasu na głupoty, ale zaczną się dzikie harce pod sceną, a atmosfera stanie się tak gorąca, że nawet jakbym chciał coś nagrać to telefon rozpuści mi się w ręce jak beczka smoły w piekielnym ogniu.
I gdy zaczynam nagrywać wokalista zeskakuje ze sceny i podąża w moim kierunku. Gdy jest już blisko łapie mnie mocno za ramię. Zaczyna potrząsać i gdy już prawie słyszę „Ty chuju! Chcę mieć udział z reklam na twoim kanale Youtube!” dostrzegam, że on chyba nawet wcale nie widzi mojego telefonu. Sprawia wrażenie opętanego, natchnionego, kipiącego emocjami i skrają ekspresją. Puszcza mnie i przedziera się przez ludzi zgromadzonych pod sceną. Szarpie ich i odpycha – a po chwilowej konsternacji tłum nie pozostaje mu dłużny i przez moment wydaje się, że pomiędzy muzykiem, a fanami dojdzie do regularnej bójki. Ale nie, emocje są jak dobermany trzymane silną ręką na smyczy – szczerzą zęby i toczę pianę z pysków, wspinają się na tylne łapy, błyskają złowrogo przekrwionymi ślepiami, ale nikt ich nie spuszcza i nie mają szansy by rzucić się do gardła i rozerwać krtań jednym kłapnięciem pyska.

 

Zamiast tego wokalista uchwycony przez dziesiątki rąk wędruje pod sufitem i wraca na scenę. Ale nie na długo, bo po chwili znów miota się wśród tłumu. Znów sierść jeży się na karku, wargi idę w górę i wszyscy pokazują żółte zębiska. Z głośników sypie się taki gruz, że zaczynam nabierać pewności, że za chwilę ta piwnica zacznie walić nam się na głowę i Ciemna Strona Miasta stanie się Czarna. I nie mam wątpliwości, że w tej czerni nikt z nas nie zobaczy żadnego światła. I wcale mnie to nie przeraża, bo ta duszna atmosfera i opętańcza ciemność jest dla mnie jak ciepły pled dla zmarzniętego himalaisty. Jestem pod sceną i nie mogę uwierzyć w to co słyszę i w to co widzę.

 

– Ale wpierdol! – co chwilę któryś z kumpli krzyczy mi do ucha, a ja kiwam potakująco głową i czuję jak mi nogi miękną po każdym utworze. Właśnie doświadczam jednego z najlepszym koncertów w moim życiu. Gdy kończą łapię mikrofon ze sceny i drę się jak opętany: VASTUM! VASTUM! Kilkadziesiąt gardeł wokół się przyłącza, a gdy już milkną na scenie wszystkie dźwięki pędzę do stoiska kupić sobie albumy VASTUM także na winylach. Zupełnie bez sensu, bo wiem że nie mam gdzie już trzymać czarnych placków, a i słuchanie z nich muzyki jest ostatnio ze względów czasowych mocno problematyczne. Mimo wszystko kupuję przede wszystkim dlatego by złożyć hołd tej absolutnie powalającej kapeli – nie mam wątpliwości, że gdyby na swoim stoisku sprzedawali tego wieczoru pluszowe misie panda albo lateksowe meduzy z wibrującymi otworami to też bym zakupił. I nie tylko ja kupuję! Kupuję też inni – i winylowi koneserzy i Ci, którzy nie mają adapteru i nawet Ci, którzy się dziwią dlaczego te cedeki w tak dużych kopertach.

 

Arcygenialny koncert, który trudno będzie komukolwiek pobić w najbliższym czasie. Mimo, że konkurencja jest przecież liczna i zupełnie nielichej jakości. Już w połowie przyszłego tygodnia Cruciamentum i Blood Incantation a na zakończenie Desaster i Gehennah. Przyszły tydzień zapowiada się lepiej niż perspektywa biblijnego raju.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

  1. Czeczot

    Następny co przejął słówko „Wpierdol” od Plastka. Koleś potworzył masę neologizmów i ciekawych powiedzonek, a teraz wszystkie metaluchy ich używają. „Wpierdole”, „Trendico Peste”, co spapugujecie dalej?

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany