– Głośna, szybka, brzydka – określił mój dziesięcioletni syn ostatnią płytą WARFIST po kilkunastu sekundach jej trwania. Na pytanie co jeszcze może o niej powiedzieć, dodał, że słuchać w niej bębenki i gitary. Ma dzieciak w stu procentach rację


fullsizerender-114D

odam od siebie, że gdyby Bozia obdarzyła mnie muzycznym talentem i miałbym grać jakąś muzykę, to starałbym się grać tak głośno, szybki i brzydko jak WARFIST. W moim zespole koniecznie musiałyby być bębenki i gitary. Dlaczego? Bo z całego serca kocham metal, a styl WARFIST w tę ukochaną muzykę wpisuje się znakomicie. Nie kombinują, nie eksperymentują, nie szukają nowych środków wyrazu. Przypuszczam, że gdy mają wolny wieczór wolą napić się piwa i posłuchać metalu niż siedzieć w bibliotece z tomikiem wierszy Bolesława Leśmiana. A metal grają taki, jakby ostatnie trzydzieści lat ich ominęło. Wciąż są lata osiemdziesiąte Tom G. Warrior nie wydziergał sobie jeszcze na szydełku wełnianej czapeczki, wokalista Sepultury jest biały i szczupły, a na koncerty Kreator przychodzi więcej chłopców niż dziewcząt. I gdzieś obok tego wszystkiego jest WARFIST, tnąc ten swój thrash black metal, który jest nazywany po prostu metalem. Podziemnym metalem, esencjonalnym, prawdziwym z krwi i kości – takim, którego nie ma na płytach Metal Mindu, ale przegrywa się go na kasety i rozsyła po świecie w zamian za demówki innych zespołów, które metal nie tylko grają ale i mają go we krwi.

img_7151Hołdowanie starej szkole metalowego grania jest dziś modne prawdopodobnie tak samo jak noszenie wąsów i fryzury a la MacGyver, mimo wszystko wiele zespołów wciąż to robi i wciąż znajduje garstkę zapaleńców, którzy uwielbiają pławić się w tych dźwiękach. WARFIST urzeka przede wszystkimi riffami – a riffy w takim graniu są jak zawartość alkoholu w bimbrze. Stężenie musi być spore by napitek nie stracił szlachetnej nazwy i nie wkroczył w rejony tak obrzydliwe jak nalewka, czy jeszcze gorzej – wino musujące. WARFIST w każdym z dziewięciu utworów proponuje przynajmniej jeden taki riff, który wyrywa z butów jak cios maczugą Łamignata, który chwilę wcześniej zagrał na swojej fujarce. Lelum polelum! Choćby w otwierającym album „Pestilent Plague” pierwszy „wyrwibut” pojawia się już w 29 sekundzie, a w drugiej połowie drugiej minuty poparty „ugh!” sprawia, że wylatuję już nie tylko z butów, ale i ze skarpet. We „Written With Blood” „wyrwibut” pojawia się w 2:08, a w „Convent Of Sin” już w 13. sekundzie, a „Tribe of Leubus” klasycznym thrash metalowym „wyrwibutem” się zaczyna.

img_7154Zresztą szukanie zajebistych riffów na „Metal To The Bone” zdecydowanie bardziej przypomina zbieranie ziemniaków na polu ziemniaków niż grzybów w lesie. Utwory nie są długie, wszystkie motoryczne, zwarte i konkretne. Płyta trwa nieco ponad pół godziny a słucha jej się jak piętnastominutowej epki.

Nic dziwnego, że muzyka WARFIST tak doskonale sprawdza się na żywo. Miałem przyjemność zobaczyć ich niedawno w Poznaniu – wystąpili przed PENTACLE i ARES KINGDOM grając tak pięknie, esencjonalnie, selektywnie i z taką werwą, że serce mi skwierczało jak tłusta kiełbasa na rozgrzanej patelni.

Jeśli szukacie nowych muzycznych doznań, macie wrażenie, że wszystko co najlepsze zostało już w metalu nagrane, a za najlepszy black metalowy album tego roku uważacie nową płytę ALCEST to omijajcie WARFIST z daleka. Jeśli jednak wciąż kochacie starą niemiecką scenę thrash metalową i obskurny black metal z czasów gdy instrumentów klawiszowych używali głównie organiści to zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Metal To The Bone”. To piękna apoteoza prawdziwej muzyki metalowej hołdującej długim włosom, pieszczochom na przedramionach i pasom z prawdziwych nabojów. Te naboje zawsze są nabite i w każdej chwili mogą zacząć strzelać!

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany