Rozmowa z Krzysztofem Słyżem, twórcą wydawnictwa Arachnophobia Records oraz Michałem Kraszewskim, który w latach 90. stworzył Vox Mortiis i Novum Vox Mortis. Łączy ich rodzima scena, wydawanie polskich metalowych zespołów  – dzielą prawie dwa dziesięciolecia.


Muzyka metalowa wciąż zatacza koło – wracają do łask style sprzed lat, reaktywują się stare zespoły, ponownie nagrywa się klasyczne albumy, a podczas tras koncertowych odgrywa się je w całości z okazji kolejnych jubileuszów. Można by postawić tezę, że scena metalowa w ciągu ostatnich dwudziestu lat w ogóle się nie zmieniła.

– W chuj się zmieniła – twierdzi z całym przekonaniem Krzysztof Słyż, twórca wydawnictwa Arachnophobia Records.

– Czy się zmieniła? Bardzo! – wtóruje mu Michał Kraszewski, który w latach dziewięćdziesiątych z powodzeniem prowadził wydawnictwo Novum Vox Mortiis.

I właśnie dziś, przez pryzmat rozmowy z tymi dwoma panami, chciałbym Wam przybliżyć zmiany, które w ciągu ostatnich dwóch dekad zaszły na naszej rodzimej scenie, zarówno od strony muzycznej jak i wydawniczej. Przeczytajcie co mają do powiedzenia o wydawaniu płyt, doborze zespołów i realiach rynkowych – tych współczesnych i tych sprzed prawie dwóch dekad. O tym jak wygląda ta branża dziś, a jak wyglądała kiedyś – gdy świat funkcjonował bez internetu i telefonów komórkowych.

 wywiad

Mówi się, że dziennikarze muzyczni często rekrutują się z grona niespełnionych muzyków. Skąd rekrutują się wydawcy? Chyba nie niespełnionych dziennikarzy? Obaj działaliście jako twórcy zinów, kontaktowaliście z zespołami, poznawaliście ludzi tworzących scenę. Pamiętacie jeszcze ten pierwszy impuls, pierwszą myśl, która pojawiała się w głowie i dotyczyła wydania muzyki?

Krzysztof Słyż Faktycznie działałem jako twórca zina, trochę nawet pisałem do oficjalnej prasy jako pies karawaniarski, ale mi to przeszło. Może i rzeczywiście jestem niespełnionym dziennikarzem, bo mocno odstawałem od ówczesnych swoich kolegów po fachu. Biorąc pod uwagę ilu dziś dziennikarzy zajmujących się w Polsce metalem prezentuje bardzo wysoki poziom, to lepiej dla mnie i dla czytelników, że nie kaleczę tej dziedziny.

W moim przypadku chyba nie było żadnego konkretnego impulsu. Raczej ciąg impulsów, bo wcześniej prowadziłem już przecież mały sklep internetowy, o którym z góry wiedziałem, że przepoczwarzy się w wytwórnię. Pojawienie się wytwórni było zgrane z przeprowadzką na wieś, bo w mieszkaniu nie było już miejsca na więcej towarów handlowych. No może to był impuls właśnie, że w końcu będzie gdzie trzymać tysiące płyt.

Zawsze chciałem mieć wytwórnię, nawet jak robiłem zina. Można powiedzieć, że teraz w czasach mojego kryzysu wieku średniego spełniam swoje szczenięce marzenia.

Michał Kraszewski: Tak jak w ostatnich latach, do wielu przeróżnej proweniencji magazynów dołączane były płyty CD (z uwagi na dostępność nagrań w Internecie, ten zwyczaj chyba zanikł), tak kiedyś nierzadko zdarzało się, że wydawcy zinów tworzyli kompilacje zawierające nagrania tych zespołów, o których pisali w kolejnych numerach swoich dzieł. Pamiętajmy, że wtedy nie można było w Internecie sprawdzić jak i co gra ta czy inna kapela, a opinia czytelnika była kształtowana na podstawie lektury subiektywnych rozważań autora recenzji, artykułu czy wstępu do wywiadu. Przy zakupie wydawanego przeze mnie (najpierw samodzielnie, a potem z Darkiem Opoką) zina również można było zamówić taką kasetę kompilacyjną uzupełniającą słowo pisane tym, co najważniejsze, czyli muzyką.

W latach 80. i 90. kwitła wymiana wszelkich nośników nagrań (oczywiście, królowały kasety). Był to proceder o tyle korzystny dla samych kapel, że ich nagrania mogły trafić do zupełnie nowych odbiorców, przy właściwie żadnym nakładzie pracy samych muzyków. Działały różne „distro agencje” i kompletnie wolny rynek dystrybucji nagrań, które wtedy powstawały. Zwykle opierało się to na kompletnie amatorskim kopiowaniu kaset i kserowaniu okładek, które zespoły przekazywały w jak najlepszej formie (stanowiły niejako matryce). Sam w ten sposób rozsyłałem nagrania np. DDT, Hazael czy Hate (zawsze za wiedzą i zgodą muzyków tych kapel). To chyba był czas takich przymiarek do wydania „czegoś z prawdziwego zdarzenia”.

Później decyzja o spróbowaniu swoich sił w roli „prawdziwego wydawcy” przyszła naturalnie. Zaczęło się od dokładania kaset do kolejnych numerów Vox Mortiis (to również były kompilacje). Przy Novum Vox Mortis sytuacja się powtórzyła, ale już na płytach CD.

Współczesny rynek wydawniczy, a ten z lat 90. to dwa całkiem inne światy. Wówczas królowały kasety, a szczytem ekskluzywności była płyta CD. Dziś jest odwrotnie – CD to norma, kaseta to kolekcjonerska fanaberia. Szczyt ekskluzywności to chyba płyta LP. Dlaczego tak było? Dlaczego tak jest? (ja wiem dlaczego, ale pewnie wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy 😉

12249868_1195278340488905_3518135096642090649_n

Tłuc się kilkaset kilometrów w środku tygodnia, żeby być ze stoiskiem na koncercie? Wielu by odpuściło, ale nie szef Arachnophobia Records.

Krzysztof Słyż: Nie mam pojęcia! Zapewne jest tak z powodu rozwoju technologii. Jak moja matka 20 lat temu kupowała sobie komputer do księgowości to płaciła za niego 7 tysięcy złotych polskich. Teraz ja sobie kupuję komputer do księgowości za 1,5 – 2 tys. Sprawdziłem kwotę przeciętnego wynagrodzenia, w 1996 roku wynosiła ona 873 zł netto, w 2015 już 3899,78 złotych. W tamtych czasach wydanie 10 złotych na kasetę to był dla fana większy wydatek niż teraz te 30-50 za płytę CD. Te wszystkie kasety licencyjne były niejako substytutem płyty CD. Nie stać cię było na krążek, to kupowałeś jego namiastkę na taśmie. Zresztą lata temu za „Wicher” Sacrilegium zapłaciłem 32,- złote. Dzisiaj nowa płyta tego zespołu kosztuje 29 zł. A różnica w zarobkach wiadomo jaka. No i sama produkcja muzyki, nośników itd. Nie wiem czy pamiętasz jak zespół Nomad wydawał kasetę „The Tail of Substancje” i wszyscy mówili o tym jak to się zapożyczył i jeszcze sponsor musiał na to dorzucić. Bez 7-10 tysięcy nie dało się nagrać płyty. Dzisiaj świetnie brzmiącą płytę można nagrać za 3-4 tysiące. Instrumenty i wokale zarejestrować w domu, bo technika na to pozwala, a tylko perkusję w studio. „The Grim Muse” w całości została zrobiona własnymi siłami. Perkusja zarejestrowana w klubie U Bazyla, reszta w domu, wokale w szafie, a miks i mastering wykonany przez ówczesnego basistę, a dzisiejszego gitarzystę zespołu. Czy ta płyta brzmi gorzej niż te nagrywane 15 lat temu za 15 tysięcy? A jednak te 15 tysięcy 15 lat temu to nie ta sama kwota co dzisiaj. Ceny wytłoczenia płyt też spadły. Poniżej trzech złotych netto za sztukę można mieć pięknie wydaną zafoliowaną płytę. Tańsze nagrywania, tańsze tłoczenie. Masz odpowiedź na to pytanie. Kiedyś chyba sama matryca do tłoczenia CD kosztowała około czterech tysięcy, ale to już pewnie Michał będzie wiedział lepiej.

Michał Kraszewski: No tak – dzisiaj już chyba nikt z nas nie ma w domu niewielkiej, ale prężnie działającej „firmy” trudniącej się przegrywaniem kaset na użytek własny i kolegów z osiedla. Obecność magnetofonu jest obecnie szczytem ekstrawagancji lub symbolem przywiązania do artefaktów (ja posiadam takowe trzy).

ja-i-david-v-zly-na-koszulke-immolation

Michał Kraszewski z Davidem Vincentem. Stare dobre lata dziewięćdziesiąte.

Dlaczego zniknęły kasety? Był to nośnik trudny w eksploatacji, oferujący relatywnie mizerną jakość dźwięku, nietrwały i podatny na kaprysy ludzi i sprzętu (podobnie było z taśmami DAT, które wtedy królowały jako profesjonalne nośniki studyjne i radiowe). Kasety, które teraz usiłuje się ponownie wprowadzić do obiegu kolekcjonerskiego to właśnie fanaberia – jeśli ktoś ma na nie ochotę i środki płatnicze, to ja nie widzę w tym nic złego. I nie ma żadnego znaczenia, że sam tego typu nośników nie kupuję i nie mam zamiaru kupować (choć mam ich w archiwaliach setki, również „czyste”).

Płyty winylowe pozwalają na większą celebrację, ucztę dla ucha i oka, niż ma to miejsce w przypadku płyt CD. W obiegu kolekcjonerskim funkcjonowały również w latach dominacji płyt CD i były znakiem „innego poziomu wtajemniczenia”. Mimo relatywnie wysokich cen sprzedają się coraz lepiej, coraz pewniej czują na półkach bardzo różnych sklepów (nie dotyczy to tylko szeroko rozumianej muzyki metalowej). Każda szanująca się średnio znana (albo i wcale) kapela powinna się pojawić również na płycie winylowej (a w im mniejszym nakładzie, tym bardziej kultowo – to akurat stary i sprawdzony mechanizm).

Generalnie proces produkcji i przygotowania nagrań jest dzisiaj dużo prostszy i tańszy. 20 lat temu musieliśmy nieco konspiracyjnie korzystać ze znajomości w radiu czy np. pewnej austriackiej tłoczni płyt, żeby po znośnych cenach i nie czekając w długich kolejkach odebrać dobrze wytłoczone i konfekcjonowane płyty Behemoth czy Hate. Funkcjonowały też powtarzalne „schematy rytualne” – nagrywać należało w Selani Studio, mastering robić u Grzegorza Piwkowskiego, a okładkę zamawiać u pana Daniłowicza. Myślę, że dzisiaj panuje zdecydowanie większy pluralizm i swoboda finansowa. Moim zdaniem, to dobrze!

Jak wygląda dziś, a jak wyglądało kiedyś wydanie płyty? Przychodziłem do Michała z kasetą, stwierdzał, że to jest na tyle dobra, że chce wydać. I co dalej? A może nie przychodziłem? Może ją przysyłałem? Może ktoś mnie polecił? Analogiczne pytanie do Krzysztofa – jak jest teraz? Jak wygląda współpraca z zespołem, jak przebiega proces wydawania płyty i w jakiś sposób te zespoły są do katalogu wytwórni rekrutowane?

Krzysztof Słyż: Na stronie wytwórni jest formularz, należy go wydrukować w trzech egzemplarzach, podpisać u notariusza (pieczątka koniecznie!) i wysłać. Oczywiście yaycuję sobię, różnie to bywa. Ale jak patrzę tak po swoich wydawnictwach, to właściwie praktycznie zawsze ja inicjuję wydanie płyty. Dosłownie w kilku przypadkach było tak, że do tańca zostałem zaproszony przez artystę. No i większość kapel jest wydawana w ciemno w Arachnophobii. Tzn. że decyduję się na wydanie danej płyty nie wiedząc jaki będzie efekt końcowy i nie słysząc ani sekundy z niej. Płyty, które słyszałem przed „podpisaniem kontraktu fonograficznego” to mały ułamek. No i wydaję tylko kolegów. Wielu myśli, że to jakieś scenowe yaycowanie, ale to właściwie reguła.

Trudno mówić jak przebiega współpraca z zespołem, nie wiem jak wygląda to po stronie kapel, czy są zadowoleni czy nie, ja nie kojarzę żadnych problemów z artystami. Najważniejsze by każda ze stron konsultowała z drugą wszystko co nas wspólnie dotyczy i trzymała się ustaleń. I deadlinów kurwa przede wszystkim! Trudno mi opisać coś takiego jak proces wydawania płyty. Jest materiał, się go wtłacza, robi promocję na miarę możliwości, czyta pochlebne recenzje, sprzedaje się i jest się zadowolonym.

Michał Kraszewski: Nie było sprawdzonego schematu. Kilka przykładów? Czasem wyglądało to tak jak w przywołanym przez Ciebie przypadku – tak było choćby w przypadku HERESY. Panowie z tego zespołu po prostu przyszli do sklepu muzycznego, w którym pracowałem i zostawili nagrania. Potem był koncert, na którym zobaczyłem, że chłopaki mają potencjał więc dlaczego nie spróbować zrobić czegoś więcej? Zarówno muzycznie jak i prywatnie dobrze się rozumieliśmy, ich wokalista pomagał mi również w funkcjonowaniu firmy, dobrze się rozwijali, grali coraz lepiej na koncertach…

Z DAMNABLE znaliśmy się z czasów korespondencji dwóch wydawców zinów – lubiłem ich muzykę, fajnie się rozumieliśmy, a Antek (Andrzej Pakos) był w moim rodzinnym domu właściwie domownikiem.

Chłopaków z HATE poznałem jeszcze w czasach, w których jako skromny „zine editor” odwiedzałem Alf/Carnage Shop. Dostałem ich demo, poznałem Mittloffa (jego nie można było wtedy w Warszawie nie znać), z którym zresztą też sporo przeżyłem (i bardzo dziękuję z pomoc). W swoim czasie byłem takim piątym muzykiem Hate, który miał za zadanie wydawać, pisać, mówić i organizować koncerty.

Mistera (TRAUMA) znałem od czasów pracy nad pierwszym numerem zina. Pamiętam jak dostałem od niego materiał, który potem znalazł się na „Invisible Reality”… Nie mogłem uwierzyć, że to polski zespół (chodziło również o produkcję nagrań). Historia wydania „Comedy is Over” przez Vox Mortis jest generalnie ciekawa i może kiedyś będzie okazja, żeby opowiedzieć o niej szerzej.

BEHEMOTH to osobna historia, bo i nasza współpraca wydawniczo-koncertowa miała inny początek i przebieg niż w przypadku innych kapel. Znaliśmy się z Nergalem od wielu lat i gdy okazało się, że możemy wspólnie coś zrobić, decyzja pojawiła się naturalnie. Ciekawostką może być to, że „na żywo” spotkaliśmy się pierwszy raz dopiero przed koncertem w „Remoncie” (ich pierwszy koncert w Warszawie). Minęły lata, ale cały czas darzę Adama uznaniem i sympatią – jako człowieka i muzyka.

Wystarczy tych wycieczek sentymentalnych.

Rola wydawcy przez ostatnie dwadzieścia lat nieco się zmieniła. Na co mógł liczyć zespół podpisując umowę z Vox Mortiis czy Novum Vox Mortis w drugiej połowie lat 90, a na co może liczyć dziś zespół wiążący się z Arachnophobia Records?

Krzysztof Słyż: Sprawy finansowe są kwestią indywidualnych ustaleń z artystami. Jeden może liczyć na dofinansowanie sesji nagraniowej bądź pokrycie jej kosztów w całości, inny nie. To wszystko wynika z naszych wcześniejszych ustaleń. Wiadomo, że zespół, którego „potencjał komercyjny” uważam swoim żydowskim nosem za większy może liczyć na więcej w kwestiach pieniądza. Umów żadnych nigdy nie podpisuję z zespołami, wszystko na tzw. „mordę”. Zespół może liczyć na to, że będę robił wszystko co w mojej mocy by było o nim jak najgłośniej, gdyż to jest w moim interesie by promocja hulała, ludzie wiedzieli o wydanej płycie i by rzecz jasna ją kupowali. Koncerty, merch i inne takie to już kwestia zespołów, ja nie umiem w takie rzeczy, chociaż oczywiście niechcący jakieś koncerty dla wydawanych hordes udawało się załatwić.

Michał Kraszewski: Przede wszystkim na solidne wydanie, promocję przy wykorzystaniu ówczesnych kanałów stosowanych przez małych podziemnych wydawców, prezentację na łamach magazynu oraz w „podmiotach zaprzyjaźnionych”. Na pewno nie bez znaczenia były też koncerty, które staraliśmy się wtedy organizować często i cyklicznie (przede wszystkim w Warszawie, gdzie comiesięczne koncerty były wówczas stałym elementem kalendarza wielu metalowców). Regularnie pojawialiśmy się w wielu stacjach radiowych – z muzyką lub samymi muzykami. Przy obecnym profilu państwowych mediów byłoby to nie do pomyślenia, ale właściwie przy okazji każdego koncertu czy premiery odwiedzaliśmy Program 3 Polskiego Radia.

Promując wydawane kapele starałem się też nie przesadzać z bezgranicznym samouwielbieniem tego, na czym znajdowało się logo Vox Mortiis czy Novum Vox Mortis. Myślę, że doskonale wiesz o co mi chodzi.

Jeśli pytasz o pieniądze dla zespołów (jako rodzaj wynagrodzenia), to ich nie było. Szczytem tego, na co mogliśmy sobie pozwolić było opłacenie sesji nagraniowej, która zresztą w tamtych czasach była dużo droższa niż dzisiaj.

Były zespoły, które niemal „zmuszałem” do wzięcia pieniędzy i nagrania materiału, który można byłoby wydać, a mimo tego nie chciały wejść do studia.

Dziś ponoć o promocję jest łatwiej, bo mamy Internet. Wydaje się, że kiedyś dostęp do odbiorcy był kosztowniejszy i po prostu trudniejszy. Mam jednak wrażenie, że nie do końca tak jest, bo wówczas wydawanych płyt było nieporównywalnie mniej i naprawdę trudno było przeoczyć premierę nowych albumów z kilku wiodących polskich metalowych wytwórni. Dziś rynek jest rozdrobniony, wydawców bardzo dużo, płyt tysiące. Nie sposób to wszystko ogarnąć. Krzysztofie, jak sobie z tym radzisz. Michale, jak radziłeś sobie przed laty?

Krzysztof Słyż: Było mniej mediów, w Polsce wystarczyło wysłać trzy płyty i już wszystkie miejsca piszące o metalu obskoczone. Na pewno nie można było pokłócić się z Mariuszem Kmiołkiem, Darkiem Puchem czy Michałem Kraszewskim, bo pokłócenie się z jednym wiązało się z tym, że było się nieobecnym w 33,33(3)% prasy o metalu. A teraz można się pokłócić z jakimś dziennikarzem i niczemu to nie szkodzi, bo prasy jest multum. To plus na pewno dla kogoś z tak niewyparzoną mordą jak ja, który najpierw mówi, a potem myśli.

Internet daje nieograniczone możliwości, bez Internetu nie byłoby np. fenomenu Mgły, dużej dziś nazwy wydawanej bez żadnej promocji itd. O sile Internetu przekonałem się dwa razy, w tym raz w niezbyt miłych okolicznościach. Mowa o wypadku Blaze of Perdition, gdzie w trzy dni udało mi się zebrać na leczenie chłopaków coś ok. 38 tysięcy o ile pamiętam. Bez Internetów tak się nie da. Drugi raz przekonałem się w przypadku Odrazy jak Internety ocipiały i zainteresowanie zespołem i wytwórnią jak dla mnie było dużym szokiem w sensie pozytywnym. Zrób to bez Internetów, nie da się. Fakt, istniało coś takiego jak poczta pantoflowa, ale nie ma co tego porównywać z siłą Internetów. Ziny też były. No, ale miały zasadniczą wadę. Cykl wydawniczy. Wysyłałeś promo i recenzja ukazywała się po roku czy dwóch. W erze cyfrowej wszystko dzieje się błyskawicznie, tzw. hajp powstaje z dnia na dzień, więc z dzisiejszego punktu widzenia ziny kompletnie bez sensu.

Masz rację, rynek jest rozdrobniony, płyt ukazuje się masa, jest straszny przesyt. Oczywiście jest to też efektem tego o czym wcześniej rozmawialiśmy, że dostęp do techniki jest łatwiejszy i tańszy. No ale wydaje mi się, że mimo przesytu jakoś te moje wydawnictwa przynajmniej w Polsce są widoczne, ludzie je kupują. Wiadomo, że nakłady jak w przypadku demówek Pandemonium to nawet dla Ich Troje pobożne życzenie, ale osobiście ten przesyt jakoś mi nie przeszkadza. Może rzeczywiście gdyby było mniej wytwórni i wychodziłoby mniej płyt (i to bardzo dobrych płyt, bo bardzo dobrych płyt ukazuje się teraz masa) to by to było dla mnie na korzyść, ale to takie dywagacje typu „co by było jakbym się urodził w Szwecji”, więc sobie je odpuszczę. Czasem trzeba się urobić po łokcie by coś sprzedać, czasem idzie hajp sam z siebie i nie trzeba nic robić. Rynek pod tym względem jest nieobliczalny i nie wiadomo czego się spodziewać wydając płytę. Niczego nie można być pewnym. Znam jeden zespół, który sam sobie wydał płytę. Nagrana w drogim studio, pięknie wydana z wodotryskami, reklama na buniu, jakieś klipy na jutubach, etc, piękna stronka do sprzedaży płyt itd. No i 15 sztuk sprzedali.

Michał Kraszewski: To bardziej pytanie do Krzysztofa, który dzisiaj funkcjonuje w realiach tej klęski urodzaju. Nie jestem aktywnym odbiorcą wszystkiego, co proponuje nam dzisiaj polska scena. Powody są różne, a szeroko rozumiana nadprodukcja kultury to jeden z nich (nie dotyczy tylko muzyki metalowej). Raczej nie słucham też muzyki w internecie (choć zdarza mi się o muzyce i muzykach czytać). Choćby z rozmów prywatnych wiesz też, że nie jestem koneserem reklamy internetowej i nie przesadzam w ocenie jej aktualnej siły (jest wszędzie, ale na skuteczności mocno straciła).

Podobną dyskusję można byłoby toczyć też o koncertach, których kiedyś było dużo mniej niż teraz. Czy to miałoby znaczyć, że wtedy na koncerty przychodziły tłumy? Otóż nie. Uwierz mi, że 20 lat temu też wcale nie było łatwo zapełnić choćby tak małą klubową salę jak warszawski „Remont”.

Jak to jest? Wydawca wszystkie zespoły traktuje tak samo, czy podejście do nich warunkowane jest jakimiś szczególnymi osobistymi sympatiami? Potrafilibyście wskazać w swoich katalogach te kapele, którym poświęciliście najwięcej czasu i serca, a może też pieniędzy?

Krzysztof Słyż: Wiesz, czasem jest tak, że zespół ma ciśnienie na karierę, a czasem nie. Wiadomo, że więcej czasu poświęca się na ten, który ma. Dzięki temu możemy się wzajemnie stymulować, jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało. Wtedy wiem, że zespół będzie odpowiadał raz dwa na wywiady, wciskał się tam gdzie się tylko da. Czasem się trafi zespół znakomicie wywiązujący się ze swoich „obowiązków” promocyjnych jak np. Ulcer, dla którego najważniejsze że ma świetnie wydaną i bardzo dobrą płytę, ale nie ma ciśnienia na nic więcej, więc na siłę nie pcham ich tam gdzie nie chcą. Oczywiście jak zespół ma totalnie wyjebane to się mu mniej czasu poświęca, ale na szczęście tacy trafiają się od wielkiego dzwonu. Oczywiście bdb recenzje, odbiór, szum i sprzedaż uskrzydla i się więcej czasu i serca poświęca. No przynajmniej w moim przypadku tak jest. Pienionszki to tajemnica handlowa, więc przemilczę.

Michał Kraszewski: Myślę, że po części odpowiedziałem na to pytanie już wcześniej. Kapele, o których wspomniałem kilka minut temu (i nie tylko te) nie były dla mnie „tylko” zespołami muzycznymi, a wspólne historie i wspomnienia mogłyby stać się podstawą do cyklu felietonów. W czasach, w których Internet i telefon komórkowy w każdej kieszeni nie były jeszcze normą, ludzie częściej chcieli i musieli się spotykać. Jak się łatwo domyśleć, nie rozmawialiśmy wyłącznie o muzyce więc okazywało się, że oprócz sympatii do podobnych dźwięków mamy też o czym gadać. Dlatego, o czym już wspominałem, Mittloff (wówczas HATE), Tomek Zieliński (HERESY), Andrzej Pakos czy Rolly (DAMNABLE) byli postrzegani jako przyjaciele domu. Do dzisiaj w rodzinie krążą anegdoty o tym, jak moja Mama rozróżniała odwiedzających dom muzyków po tatuażach (najbardziej rozpoznawalny był Mittloff) lub pożyczała pieniądze na struny basiście DAMNABLE.

Żeby prowadzić wytwórnię wydającą podziemne metalowe zespoły trzeba być bardziej pasjonatem niż biznesmenem. Dobrze jednak gdy udaje się połączyć pasję ze sposobem na życie. Jako fan muzyki i obserwator zawsze postrzegałem Was jako profesjonalistów – o całkowicie odmiennej autokreacji, ale jednak podchodzących do działań wytwórni na poważnie. Czy dwadzieścia lat temu było możliwe utrzymywać się z prowadzenia wytwórni i poświęcić się tylko temu? Czy jest to możliwe dziś?

Krzysztof Słyż: Nie wiem czy to możliwe, bo nie próbowałem i na pewno nie będę próbował. Oczywiście tylko głupi nie lubi pieniędzy, ja bardzo lubię. Lubię też jednak stabilizację, nie lubię ryzyka i nie zamierzam poświęcić się tylko wydawaniu hordes. Oczywiście fajnie jest utrzymywać się z tego co się kocha, ale ja nie narzekam na to, co robię zawodowo i nie zamierzam poświęcać tego co osiągnąłem w życiu zawodowym na rzecz pasji i próby przepoczwarzenia jej w źródło utrzymania. Nie widzę tego, nie widzę siebie w tym. Na pewno jest możliwe utrzymywanie się z wydawania hordes, w Polsce kilku moich kolegów po fachu tak robi i sobie radzi.

Michał Kraszewski: To delikatny temat, który należałoby obwarować dodatkowymi rozważaniami dotyczącymi realiów biznesowych, uwarunkowań formalnych i ludzkich, w których wydawcą byłem ja i dzisiaj jest Krzysztof. Z różnych powodów tego typu rozważania mogłyby zanudzić Twoich czytelników.

Na pewno nie mogę powiedzieć, że utrzymywałem się z tego, co przynosiło mi wydawnictwo i wszelka aktywność w nim. To prawda, że prowadząc działalność wydawniczą (magazyn, kasety i płyty) i koncertową nie bardzo miałem czas na cokolwiek innego. Natomiast wtedy mieszkałem jeszcze z rodzicami, a więc nie ponosiłem uciążliwych kosztów związanych z „pełnowymiarowym życiem rodzinnym”.

Niejednokrotnie po nocach ślęczałem nad zleceniami polegającymi głównie na korekcie i redakcji tekstów. Na pewnym etapie funkcjonowania Novum Vox Mortis dorabiałem sobie w spółdzielni studenckiej, a potem pracowałem jeszcze w sklepie muzycznym „Dziupla 2”, który zupełnie naturalnie stał się nieoficjalnym (ale czynnym 8 godzin dziennie!) biurem i klubem dyskusyjnym. To tam właściwie codziennie można było spotkać muzyków kapel, pogadać o muzyce, załatwić sobie koncert czy pogadać o nowym basiście, którego akurat poszukuje ta czy inna kapela.

Prowadząc swojego bloga i obserwując to co robią w internecie inni, dawno już doszedłem do wniosku, że im treść bardziej prosta, błaha i miałka tym większy jest na nią odzew. Jakkolwiek by rzeczywistości nie zaklinać – podobnie jest z muzyką. Wyobrażam sobie, że nieraz wydawca musi ważyć potencjalną wartość komercyjną materiału z własnymi przekonaniami muzycznymi. Czy dodatkowo jeszcze ta muzyka musi mieścić się w szeroko rozumianym undergroundowym kręgu? Czy są/ były rzeczy, których byście nie wydali? Czy wydawca myśli w kategoriach „To dobra muzyka, ale nie pasuje do mojego katalogu muzycznego”, albo „Ta muzyka jest dobra, ale tak daleka od tego co wydaje, że może zaszkodzić mojej reputacji”. Krótko mówiąc – czy są/były jakieś granice, poza granicą własnego gustu.

Krzysztof Słyż: Mam ten komfort, że niczego nie muszę. Mogę z dnia na dzień pierdolnąć wydawaniem hordes i nic mi się nie stanie z tego tytułu. Oczywiście wartość komercyjną mierzę, jestem przecież księgowym. Czasem zespół mówi takie pieniążki na studio, że od razu się wycofuję, bo wiem, że nie sprzedam tyle by wyjść na swoje. Arachnophobia z założenia miała być samofinansującym się przedsięwzięciem i na pewno nie wydaję niczego dla kaprysu. Czyli wiedząc, że się nie sprzeda, ja lubię –  to wydam. Na pewno nie wydam.

Klauzula sumienia bardzo ważna jest dla mnie. Skoro się nie utrzymuję z tego i moim zamierzeniem jest nie dokładać, więc nie muszę wchodzić w żadne dziwne deale, krzywe akcje dla pieniądza, nie muszę wydawać nikogo kogo nie lubię albo udawać, że lubię, komplementować niczym kobietę, bo mam w tym swój jakiś cel. Wiadomo, że fajnie mieć dużo pieniądza, ale jakoś jestem zwolennikiem tzw. kapitalizmu z ludzką twarzą. Ponad dziesięć lat funkcjonuję na rynku księgowym, widziałem wiele ludzkich mend. Takich co to oszukują pracowników, kontrahentów, ogólnie kozaczą i zazwyczaj nie kończą dobrze. Muszą spierdalać z kraju przed komornikami i tym podobne. Zwyczajnie dobre traktowanie i wynagradzanie pracowników jest opłacalne także z finansowego punktu widzenia. Oczywiście można coś wydać dla kasy, ale co z tego że chwilowo zarobi się duży pieniądz jak przy okazji straci się twarz i w dłuższym okresie czasu można na tym stracić? Wyobrażasz sobie Northern Plague w Arachnophobii? Przecież po czymś takim musiałbym się zwijać.

Jest w Polsce wytwórnia wydająca zespoły za pieniądze i wysyłająca do kapel ofertę: dej trzy tysiące, wydam ci hord i dam sto płyt. I tak funkcjonuje. Środowisko jest hermetyczne i już każdy wie o tym, bo kapele się wysypały no i coraz więcej zwykłych fanów o tym też wie. No i do labelu przyklejona zostaje łatka wytwórni która wydaje zespoły nie dlatego, że są dobre (inwestujesz w coś, w co wierzysz), tylko dlatego, że za to płacą. No strzał w kolano, oczywiście na dzień dobry masz towar handlowy bez płacenia, ale w dłuższej perspektywie zjebaną opinię labelu nie potrafiącego wydawać na normalnych rynkowych zasadach. Ja już bym w CEiDG wykreślał wpis.

Michał Kraszewski: Nie mogę się pochwalić wyjątkowo bogatym doświadczeniem wydawcy fonograficznego, ale nie stawałem przed takimi rozterkami i dylematami. Profil tego, co było mile widziane w redagowanym przez mnie magazynie był bardzo jasno określony i czytelny dla odbiorców, wśród których byli też muzycy. Dlatego raczej nie dostawałem propozycji wydania nagrań kapel tworzących folk, gothic czy parających się poezją śpiewaną. Gdybym kierował się wartością komercyjną, to na pewno nie doszłoby do wydania nagrań takich kapel jak TORQUEMADA, FOREST OF IMPALED czy choćby HERESY. Wcześniej wspomniałem również o tym, że z wieloma muzykami byłem na stopie przyjacielskiej czy koleżeńskiej – jednak zaznaczam, że czynnik ten nie był decydujący. Gdyby pierwsze skrzypce miała grać sympatia, to pewnie w dorobku wydawniczym Vox Mortiis byłyby np. nagrania MORSUN DIABOLI.

Druga strona tego medalu to kapele, które chciałem wydać, a z różnych powodów do tego nie doszło. Dlatego też przy każdej możliwej okazji dokuczam Falurosowi – nie doprowadził do wydania MASTIPHAL, a poświęcił się DARZAMAT (a z kolei tego cuda na pewno nigdy bym nie wydał).

Pewne kłopoty natury moralno-etycznej miałem z CONDEMNATION. Lubiłem Artura Wróblewskiego i Poldka Srebro, podobała mi się muzyka, którą ten zespół tworzył, ale mijaliśmy się w „kwestiach ideowych”, gdyż wspomniany Poldek widział CONDEMNATION jako polską wersję MORTIFICATION… Na szczęście panowie nie mogli zdecydować się na to, czy już są gotowi nagrać album, czy też nie i problem sam się rozwiązał.

I kolejne pytanie – łączące się z poprzednim. Potrafilibyście wydać płytę, która by się Wam zupełnie nie podobała, a jednocześnie czulibyście jej ogromny potencjał komercyjny? Dla mnie osobiście przykładem takiego zespołu jest BATUSHKA. Gdy przesłuchałem ich debiutancką płytę wydała mi się miałka, tandetna, wtórna i płytka. Jednocześnie tak efekciarska, tak zgrabnie uszyta i przemyślana, że nie miałem żadnych wątpliwości, że ludzie w swej masie będą zachwyceni, a album okaże się sprzedażowym hitem. Gdybym był wydawcą to nie wahałbym się związać z takim zespołem. A jakie jest Wasze podejście?

Krzysztof Słyż: Akurat BATUSHKA mi się podoba. I mimo jej oczywistych wad uważam, że płyta jest bardzo fajna. Myślę, że ten „hejt” na Batushkę to wina przesadzonego hajpu, a nie samej muzyki. Akurat zespół z takim potencjałem komercyjnym to chciałaby pewnie każda wytwórnia. Ale tak jak wspominałem, hajpu nie wyczaisz. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Tak więc wolę działać po swojemu, asekuracyjnie ale powoli do przodu. Jestem w życiu bardzo nudnym człowiekiem o mentalności emeryta, bez skłonności do ryzyka i tak też działam jako przedsiębiorca.

Michał Kraszewski: Już odpowiedziałem na to pytanie. I myślę, że doskonale obrazuje to przykład z MASTIPHAL i DARZAMAT. Gdy muzycznie i personalnie zetknąłem się z tymi kapelami, były dowodzone przez tych samych ludzi – Flurosa i Cymmerisa (tego pierwszego nieustająco pozdrawiam). I tak jak wspomniałem, do dzisiaj żałuję, że nie udało mi się wydać albumu i zorganizować choćby kilku koncertów MASTIPHAL, o tyle dość popularnych „zawodzeń” DARZAMAT nie mogłem słuchać i nie chciałbym wydać.

odraza-esperalem-tkane

Debiut ODRAZY to jeden z największych sukcesów fonograficznych ARACHNOPHOBIA RECORDS.

Jaka pozycja w Waszych katalogach Novum Vox Mortis/ Arachnophobia cieszyła się największą popularnością?

Krzysztof Słyż: ODRAZA, EERIE, THY WORSHIPER, ENTROPIA, IN TWILIGHT’S EMBRACE . Ta ostatnia nazwa ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, bo nie spodziewałem się, że tak dobrze się przyjmie. Od początku wiedziałem, że „The Grim Muse” jest rewelacyjny, ale nie sądziłem że jest rynek na taki styl muzyki i czy łatka melodyjnego death metalu nie będzie zbytnio odstraszać kupców.

Michał Kraszewski: Z oczywistych względów najlepsze wyniki sprzedażowe notowały nagrania BEHEMOTH. HATE miał swoich oddanych fanów, którzy nigdy nie zawodzili – zarówno w sklepach jak i na koncertach. To samo mogę powiedzieć o jednym jedynym wydawnictwie TRAUMA, przy którego wydaniu byłem obecny – „Comedy is Over” miało i pewnie nadal ma swoich słuchaczy. Tym bardziej, że Mister i jego załoga zawsze bardzo sprawnie radzili sobie na koncertach. Bardzo dobrze zostało przyjęte „Kingdom of Tire” – szczególnie po koncertach wysyłaliśmy sporo kaset w ramach indywidualnych zamówień i zapytań sklepów.

Tytułem uzupełnienia dodam tylko, że w ostatnich miesiącach pojawiło się kilku wydawców zainteresowanych wznowieniem „Kingdom of Tire” i wydaniem nagranego, a nieopublikowanego albumu HERESY – „Satan’s Empire”. Niestety, nie możemy się dogadać w tej kwestii – większość byłych muzyków tej kapeli przeszło tak głębokie metamorfozy, że dzisiaj najprawdopodobniej wstydzą się swojej „diabelskiej przeszłości”.

Zadziwi mnie też fakt, że bliskie mi wydawnictwa HATE – „Daemon Qui Fecit Terram” i „Lord is Avenger” – przez niektórych są dzisiaj uważane za najlepsze w dorobku tej kapeli. Jak wiesz, Hate już „beze mnie” przeszło bardzo długą drogę, ale to miło słyszeć i czytać, że te stare nagrania są dobrze oceniane mimo upływu lat.

Czy muzyka przez te dwadzieścia lat się zmieniła? Czy to co wzbudzało poruszenie na scenie kiedyś, miałoby szansę wstrząsnąć nią dzisiaj? – i na odwrót, czy płyty wydawane współcześnie odnalazłby się dwadzieścia lat temu? A może wówczas odbiorcy nie byliby na nie gotowi? Przykładowo – HATE być może zostałby dziś nazwany przeciętnym klonem DEICIDE, a Odraza dwadzieścia lat temu zostałaby wpisana na listę wrogów black metalu.

Krzysztof Słyż: W chuj się zmieniła. Wyobrażasz sobie by ENTROPIA 20 lat temu odniosła sukces? Z taką muzyką i wyglądem? No nie sądzę. Jak to śpiewał Grzechu Skawiński – każde pokolenia ma własny czas i tak jest z muzyką. Moim zdaniem zmieniło się na lepsze. Otwartość słuchacza szczególnie. Ogólnie to ile się teraz mieści w szufladce „black metal i pochodne” to za czasów działalności Michała było nie do pomyślenia. Mimo, że i tam mieściło się więcej niż w szufladce z death metalem.

Ja cenię sobie wiele kapel wydanych przez Michała, wieloma płytami z jego wytwórni pałowałem się za dzieciaka, ale chyba żadnej bym nie wydał. No nie czuję tego by jakiekolwiek wydawnictwo VM / NVM chwyciło, by zostało wydane teraz. Poza „Pandemonic Incanatations”. Jakby jakiś mój kolega teraz nagrał taką płytę to na pewno bym mu wydał, bo kocham strasznie. HATE na pewno nie, bo później Adam by udawał, że mnie nie zna. „Daemon Qui Fecit Terram” bardzo, bardzo lubiłem swego czasu. Zresztą HATE zapatrzony w DEICIDE >>> HATE zapatrzony w BEHEMOTH. Jednak straciłem jakoś serce do death metalu w amerykańskim stylu, jakoś nawet nie patrzę na nowe wydawnictwa z tego gatunku. Od Michała bardzo podobała mi się TORQUEMADA. Na tamte czasy zajebisty zespół, ale jakoś nie przyjął się nie wiedzieć czemu. Wina wydawcy na pewno. Ale teraz na pewno został nadgryziony zębem czasu. HERESY był świetny. Ale jakoś tak wokalista zbyt uprzejmie zapowiadał piosenki na scenie. No widzisz, do każdego coś tam i jakoś nie czuję bym teraz mógł wydać. Dwadzieścia lat to szmat czasu i tyle. Za rok dwudziestolecie obchodzi druga płyta Emperora, a to przecież w miarę nowy album. To może uświadomić jak wiele się zmieniło.

437479

Sprzedaż żadnego innego zespoły wydanego pod szyldem Novum Vox Mortis nie mogła zbliżyć się do sukcesu BEHEMOTH.

Michał Kraszewski: Czy się zmieniła? Bardzo! Podobnie jak sami muzycy i odbiorcy. Gdy dzisiaj przeglądam magazyny muzyczne poświęcone szeroko rozumianej muzyce metalowej widzę ludzi, którzy dwadzieścia lat temu na pewno budziliby zupełnie inne niż dzisiaj skojarzenia muzyczno-obyczajowe. Kiedyś scena była bardzo hermetyczna, niejako wymuszała określone zachowania wśród grających i słuchających. Oczywiście, można też użyć określenia „skostniała”, ale to chyba nie jest kwestia nomenklatury. Owa hermetyczność w szczególności dotyczyła black metalu. Jakiś czas temu gdzieś czytałem słowa Jarka Szubrychta, który stwierdził, ze za jego czasów black metal służył do podpalania świata – rzadko aż tak się z nim zgadzałem (skądinąd konwencja Lux Occulta nigdy do mnie trafiała). Dzisiaj Black metal stał się postmodernistyczny dużo bardziej niż death metal, który 20 lat był zdecydowania bardziej liberalny i „bezpieczny”.

Na pewno, gdyby 20 lat temu przyszli do mnie dżentelmeni ukrywający się pod nazwą ODRAZA i zaproponowaliby wydanie płyty o tytule „Esperalem Tkane” potraktowałbym to jako żart lub prowokację. Natomiast muzycznie pewnie miałbym zupełnie dobre zdanie. Dla odmiany na pewno nikt nie namówiłby mnie wtedy i dzisiaj do wydania THY WORSHIPER.

A żeby z tą teorią zmian nie było tak znowu prosto warto przywołać IN TWILIGHT’S EMBRACE, czyli kapeli, której nikt nie posądziłby o odkrywczość zarówno dzisiaj, jak i 20 lat temu. Skoro jednak takie pozycje znajdują się w katalogu mojego Znakomitego Kolegi, to przypuszczam, że nie wydaje ich tylko w dwóch egzemplarzach (dla siebie i dla mnie). (Na pewno nie – bo i ja mam po egzemplarzu każdej płyty, więc muszę być co najmniej trzy – przyp. Maria). O zastanawiającym również mnie przypadku HATE wspomniałem wcześniej. Mniej lub bardziej smaczne porównania do Deicide były 20 lat temu bardzo powszechne i na pewno nie były do końca nietrafione (nie przeszkadzały też samym muzykom). Natomiast dzisiaj okazuje się, że ci starsi słuchacze uważają, że to właśnie wtedy Hate grało najlepiej.

Nie macie poczucia straty? – czy Ty Krzysztofie nie żałujesz trochę, że nie wystartowałeś z wytwórnią dwadzieścia lat temu? A Ty Michale nie zastanawiasz się czasami czy nie fajnie by było gdyby Novum Vox Mortiis w jakiejś formie przetrwała do dziś?

Krzysztof Słyż: Za co miałbym wystartować dwadzieścia lat temu? Za kieszonkowe? Ponadto skłócony z Kmiołkiem byłbym spalony w Thrash’em All, a to w tamtych czasach było problemem. Nie, nie trolluję, mówię to zupełnie poważnie. Magazyn ten miał dużą rolę w promocji zespołów pokroju tych, jakie wydaję, więc to już byłby problem. Niczego nie żałuję. Uważam, że otworzyłem wytwórnię w idealnym momencie i jestem zajebiście zadowolony z tego, co udało się do tej pory zrobić. W listopadzie minie trzy lata i nigdy nie spodziewałem się, że wydam w tym czasie blisko trzydzieści płyt. Chyba sporo i dlatego planuję wkrótce wydawniczy urlop.

Michał Kraszewski: Pewnie, że byłoby fajnie. Z rozmów w nieco skromniejszym gronie wiesz, że to, co wtedy robiłem miało i ma dla mnie duże znaczenie. Jest to historia zamknięta nie tylko z uwagi na upływ czasu. Między innymi dzięki materiałowi, który opublikowałeś kilka miesięcy temu, dowiedziałem się, że ludzie nie tylko pamiętają o tym, co kiedyś robiłem, ale wciąż wysoko oceniają. Nie ukrywam, że taki odzew po wspomnianej publikacji na Twoim blogu sprawił mi przyjemność i skłonił do pewnej refleksji. Ale to być może stanie się powodem do rozmowy przy innej okazji…

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany