Są takie płyty, o których nie da się pisać, bo są tak dobre, że próba jakiegokolwiek opisu zamienia się w śmieszność. Są też płyty, o których pisze się z niewiadomych powodów bardzo rzadko, nawet jeśli posiadają status tzw. żelaznej klasyki. Jest to paradoks, który nie pojawia się często, ale gdy już wystąpi, wówczas nie wiadomo co zrobić. Mając jednak do wyboru groteskowe miotanie się podczas pisania o czymś, o czym pisać się nie da, bądź milczenie, lepiej wybrać to pierwsze – przynajmniej w tym wypadku


A

SH RA TEMPEL powstało w 1970 roku, na bazie efemerycznej formacji ERUPTION (nie mylić z brytyjską formacją znaną ze Złotych Przebojów!), prowadzonej przez Conrada Schnitzlera, postać skądinąd znaną z bycia założycielem TANGERINE DREAM (nie trzeba chyba przedstawiać) i KLUSTER (nie mylić z CLUSTER, mimo powinowactwa personalnego…). Ze Schnitzlerem grało w ERUPTION wiele osób związanych ze sceną, a trójka z nich w pewnym momencie odłamała się i założyła własny zespół. Rok później nagrali debiutancki album, zatytułowany tak jak zespół – „Ash Ra Tempel”.

FullSizeRender 26Dostajemy wraz z nim czterdzieści pięć minut muzyki i trzech upalonych facetów, z których jeden zrobił wielką karierę, a drugi trochę mniejszą, chociaż poziomem tworzonej muzyki niewiele swojemu koledze ustępował. Ten pierwszy to nie kto inny, jak sam Klaus Schulze, a drugim jest czarodziej gitary Manuel Gottsching. Obaj przyczynili się do powstania sceny elektronicznej w jej obecnej postaci i chociaż na „Ash Ra Tempel” odpowiadają raczej za tradycyjne instrumentarium – perkusję (Schulze) i gitary (Gottsching) – to już tutaj stawiają pierwsze kroki w cudownym świecie syntezatorów. Schulze miał już zresztą doświadczenie, bo niewiele wcześniej brał udział w nagraniach debiutu TANGERINE DREAM. Tę dwójkę wspomaga jeszcze basista Hartmut Enke. Enke, jako jedyny w tej drużynie, kariery nie zrobił, bo wycofał się z branży muzycznej w 1973 roku. Szkoda.

W momencie nagrania wspólnego debiutu wszyscy byli bardzo młodzi. Gottsching i Enke mieli po dziewiętnaście lat, a Schulze dwadzieścia cztery. Mimo to, albo raczej właśnie dzięki temu, stworzyli znakomity album, który zasłużenie stał się w końcu klasykiem krautrocka i którego echa odbijają się na scenie do dzisiaj. Dowodów nie trzeba szukać daleko, bo wystarczy posłuchać dowolnej współczesnej kapeli grającej improwizującego space rocka w psychodelicznej zalewie, a są ich tysiące; w której z nich nie słychać ASH RA TEMPEL?

ash-ra-tempel-ger„Ash Ra Tempel” to dwa numery, po jednym na każda stronę winyla wypełnionego po brzegi kosmiczno – psychedelicznym jamowaniem. Zaczyna się dość spokojnie, bo od rozmytych elektronicznych pejzaży i wiejącego słonecznego wiatru, z którego powoli wyłaniają się wyjąca gitara i rozszalała perkusja, brzmiąca jakby jej operator miał dwie pary rąk. Napięcie rośnie, tempo przyspiesza, wiatr słoneczny pędzi przez kosmos w stronę księżyców Jowisza, niosąc nas w nieprzewidywalną podróż do nieskończoności. Na słuchacza czekają loty w rozklekotanych statkach kosmicznych gnających na złamanie karku z prędkością nadświetlną, spacery po odległych planetach spowitych mgłą, podziwianie zachodów dwóch słońc nad planetami oceanicznymi i przemierzanie pustyń skąpanych światłem umierających czerwonych nadolbrzymów. Nie zabraknie też miejsca na spokojne dryfowanie w ciemnościach kosmosu. Gottsching, Schulze i Enke z polotem i lekkością kreują przed słuchaczami malownicze pejzaże, które zmieniają się jak w kalejdoskopie, a mimo to ani przez moment nie ma się wrażenia obcowania z czymś chaotycznym. Jest szaleństwo, ale jest też ukryty porządek, dzięki któremu muzyka trzyma się kupy nawet w najbardziej odjechanych momentach; kompozycje to na ogół najsłabszy element zespołów spacerockowych i psychodelicznych, które albo składać utworów nie potrafią, albo programowo nie chcą, co w obu przypadkach grozi tym samym, czyli przynudzaniem. Tu jednak nudy nie ma ani przez moment. I dobrze.

A to wszystko osiągnięto bardzo prostymi środkami i wielu rockowych kosmonautów mogłoby się od Niemców mnóstwo nauczyć! Bas, odrealniona, dobiegająca zawsze jakby z oddali gitara, hałaśliwa perkusja i do tego trochę elektronicznych, syntezatorowych plam, chociaż zdaje się, że większość dziwnych dźwięków i odgłosów uzyskano za pomocą pomysłowo używanych efektów gitarowych. Wokali brak. Na wszystko zaś nałożono łagodny pogłos, który dodaje całości ogromnej przestrzeni i sprawia, że ta spowita kłębami dymu muzyka brzmi nawet w najostrzejszych momentach nieco sennie. Nie na darmo drugi utwór otrzymał tytuł „Traummaschine” – Maszyna Snów.

Po czterdziestu pięciu minutach lądujemy na Ziemi i jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest wciśnięcie „replay”. I „replay” I…

Bardzo bym się chciał do czegoś przyczepić i znaleźć jakieś „ale”, tyle tylko że nie ma żadnych „ale”. No, może dwa „ale”, ale żadne nie ma nic wspólnego z samą muzyką.

Więc, po pierwsze, debiut ASH RA TEMPEL to pewnie obok garści innych płyt (powiedzmy, że „Phallus Dei”, „Yeti”, „Malesch”, pierwszy Kraftwerk i Faust, i oczywiście „Tago Mago”) ścisła czołówka krautrocka. Znaczenie i poziom prezentowany przez niemiecką scenę psychodeliczną z lat siedemdziesiątych to materiał na osobny artykuł, jeśli nie na książkę, więc to sobie daruję, bo to rzeczy powszechnie znane. Rzecz jednak w tym, że prawie zawsze pisze się o kraucie hurtowo i ogólnikowo – krautrock to, krautrock tamto, krautrock wszędzie od lewa do prawa i że bez krautrocka nie ma elektroniki, Davida Bowie i współczesnego popu, a potem wymieniona zostaje ciurkiem garstka płyt i wykonawców. Na koniec czasem uwaga, że najważniejszy, najfajniejszy i najbardziej odkrywczy to był z tego wszystkiego CAN. No bo był.

ashratempel_sameitausedlpJest to wszystko mylące, bo nie ma jednego brzmienia krautrockowego i wymieniane kapele mają ze sobą zwykle bardzo niewiele wspólnego, poza pochodzeniem, czasem powstania i niekiedy jeszcze personaliami – bo przez te wszystkie zespoły przewijała się z grubsza stała ekipa muzyków, grających ze sobą w różnych konfiguracjach. ASH RA TEMPEL, podobnie jak CAN, FAUST, TANGERINE DREAM, KRAFTWERK i tak dalej, było jedyne w swoim rodzaju. I nieważne, że z nich wszystkich okazuje się może nawet najbardziej konserwatywne w brzmieniu, bo nie odejmuje to im znaczenia i oryginalności. Muzyka zawarta na debiucie jest dość mocno zachodnia i nawet konwencjonalna jak na tamte czasy, chociaż znalezienie dla niej prostego odpowiednika na scenie brytyjskiej czy amerykańskiej okazuje się dość trudne. Przypominam niewtajemniczonym, że muzycy krautrockowi szukali swojej niemieckiej, powojennej tożsamości nie w tym, co zachodnie, tylko w tym co własne – dlatego krautrock jest tak niesamowicie oryginalny i eksperymentalny. Gottsching, Schulze i Enke uwolnili więc z rygorów piosenkowości to, co ich koledzy z zachodnich formacji musieli trzymać na uwięzi, czyli niczym nieograniczone, kosmiczne improwizacje. Tamci byli zbyt skrępowani przez przemysł muzyczny, by uczynić z nich od razu treść całego albumu, mogli sobie pozwolić tylko na przeniesienie ich do jednego czy dwóch utworów, albo ewentualnie na koncert. By się to zmieniło, trzeba poczekać jeszcze kilka lat. Przypominam, że mamy rok 1971 – GRATEFUL DEAD odlatuje na orbitę na koncertach, ale na płytach są względnie grzeczni. HAWKWIND dopiero się rozkręca na pustyni i w kosmos jeszcze na dobre nie poleciał (ich druga płyta wyjdzie dopiero w październiku, cztery miesiące po ekipie Gottschinga), a PINK FLOYD kieruje się właśnie ku formom progresywnym, porzucając na dobre kosmiczną psychedelię.

Najodważniejsze zalążki tego, co ASH RA TEMPEL zaproponowało na swoim debiucie, możemy odnaleźć wcześniej przede wszystkim na koncertowej części „Ummagumma” oraz na znakomitym „Live/Dead” GRATEFUL DEAD, ale Niemcy pociągnęli ten rockowy kosmos dużo dalej, w pierwszej kolejności przenosząc go z pleneru w studio i idąc tam, gdzie ich koledzy z Wielkiej Brytanii i USA nigdy się pójść nie odważyli.

imagesDrugie „ale” dotyczy tego, że świątynia Manuela Gottschinga nic równie dobrego już nie nagrała. Mogli być wielcy, a zostali zapomnianą perłą. Schulze wypadł dość szybko ze składu i wziął się za karierę solową, wracając tylko sporadycznie, w wolnych chwilach. Z późniejszych płyt możemy go usłyszeć tylko na Join Inn, które jest jakby repryzą debiutu – tylko z lepszym i czystszym brzmieniem, co nie daje już tak dobrego efektu, bo połowa mocy debiutu to właśnie oniryczne brzmienie. Gottsching, dobierając sobie różnych muzyków, nagrał wprawdzie jeszcze w ciągu paru lat kilka płyt, ale żadna nie dorównuje debiutowi. Fajne – i jako jedyne rzeczywiście warte posłuchania – jest Schwingungen, mimo niepotrzebnych wokali. Fajne – ale tylko fajne – jest piosenkowe (a więc regresywne) i zalatujące GRATEFUL DEAD „Starring Rosi” z dość sympatyczną wokalistką. Jest też odgrzewany kotlet w postaci „Join Inn” i dziwny, konceptualny album nagrany z psychedelicznym guru Timothym Learym – „Seven Up”. Jest jeszcze powrotna kolaboracja Gottschinga z Schulzem wydana w 2000 roku jako ASH RA TEMPEL, zatytułowana „Friendship”, tej jednak nie słyszałem.

Gottsching chyba sam się zorientował, że nie ma to wszystko sensu i jego dalsza twórczość, mimo iż sporadycznie podpinana pod dyskografię świątyni, jest już albo sygnowana jego nazwiskiem, albo ukazywała się pod szyldem ASHRA i brzmieniowo odbiega od płyty z „egipską” okładką. I dobrze – pod pierwszym wydał znakomitą, czysto gitarową „Inventions For Electric Guitar”, która zasługuje na osobny tekst, a pod drugą trochę elektroniczno-newageowych odlotów ze świetną „New Age Of Earth” na czele.

No i to by było tyle. Nic tu się więcej powiedzieć chyba nie da, no bo co ponadto? Że polecam? Że wszystko co tu napisano traci jakiekolwiek znaczenie przy jednej z najlepszych płyt jakie wydała scena krautrockowa? Szkoda słów, a więc nadszedł wreszcie czas, by zamilknąć.

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. Das0

    Znasz książkę nt. krautrocku, którą możesz z czystym sumieniem polecić? W ogóle chciałbym zobaczyć jakiś artykuł (listę?) dotyczący właśnie książek o muzyce.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany