zozo_backcoverKiedyś – dość już dawno temu – oglądałem na YouTube wywiad z Justinem K. Broadrickiem, zrobiony przez Brainwashed.com podczas jakiejś trasy Jesu z innymi kapelkami z wytwórni Hydra Head. Przepytywany przez dziennikarza muzyk, siedząc za kulisami, jak zwykle pasjonująco opowiadał o różnych etapach swojej twórczości, a zza ściany, od pewnego momentu zaczęły wdzierać się dość wyraźne dźwięki, produkowane przez zaprzyjaźnione zespoły, okupujące w trakcie tego wywiadu scenę. Narastające dudnienie nie dawało zapomnieć o sobie, utrudniając rozmowę i zmuszając mojego idola do wysilania głosu. W pewnym momencie złapałem się na tym, że nie tylko mnie to nie wkurza, ale nawet miarowo bujam głową, palce wybijają rytm, a noga bezwiednie podryguje. Po chwili nawet sam Broadrick – jakby na potwierdzenie moich uczuć – stwierdził z ekscytacją, że „they really rock, this riot is what I like”, czy coś w tym stylu. No i zaczęło się szperanie w komentarzach pod filmikiem, celem ustalenia kto tam w tle buczy. Całe szczęście, kogoś z użytkowników również musiał ująć za serce ten hałas, bo wyskoczył zapytaniem o jego pochodzenie. Po chwili padła odpowiedź, że to Big Business i Zozobra (nazwy, które w owym czasie nic mi nie mówiły). Resztę załatwiła przebieżka po YT i różnej maści muzycznych blogspotach. Internet potrafi być wspaniałym narzędziem.

Zozobra miała wówczas na koncie tylko jeden album, wydany w 2007 r. „Harmonic Tremors”, więc zgodność z materiałem wyjściowym ustaliłem błyskawicznie. Okazało się ponadto, że to kapelka Caleba Scofielda – basisty Cave In i Old Man Gloom – którego między innymi wspiera Santos Montaño – perkman drugiego z wymienionych zespołów. Przy okazji jasne stało się pochodzenie dziwnej nazwy, jaką wybrali sobie panowie. Zozobra, to po prostu inne określenie tego, co Amerykanie nazywają Old Man Gloom (!) – wielkiej kukły, uosabiającej ludzkie troski, palonej publicznie co roku podczas Fiestas de Santa Fe, które odbywa się w… zgadliście – w Santa Fe, w Nowym Meksyku. Akurat ta informacja raczej nie ma większego wpływu na odbiór muzyki, ale nazwa wydała mi się na tyle egzotyczna, że musiałem sprawdzić.

Z czystego lenistwa można by określić muzykę zawartą na „Harmonic Tremors” jako wypadkową ciężaru Old Man Gloom i melodyjnej wrażliwości charakteryzującej Cave In. Trafiałem na recenzje, które załatwiały sprawę w ten sposób. Problem w tym, że rejony, w jakich poruszają się obie kapele są na tyle odległe, że powyższa generalizacja niewiele mówi. Nawet jeśli Zozobra faktycznie sytuuje się gdzieś pośrodku drogi między biegunami wyznaczanymi przez wspomniane zespoły, to wciąż pozostaje sporo muzycznego kontekstu do określenia. Mnie osobiście urzekły industrialno-metalowe wibracje, które podskórnie można wyczuć na tym materiale (chociażby w zgiełkliwych gitarach), jednakże Zozobra rozgrywa tę partię zdecydowanie własnymi kartami – głównie krzyżówką zbasowanego brzmienia i przestrzennych melodii. Już otwierający listę „The Blessing” ujawnia energiczne oblicze zespołu, uderza w słuchacza pełnią swych sił witalnych, budząc entuzjazm i podnosząc na duchu, mimo zawartych w muzyce pokładów agresji. Od razu w uszy rzuca się też charakterystyczna „bounce’ująca”, niczym piłeczka kauczukowa, sekcja rytmiczna, nadająca temu materiałowi niezwykły groove. To nieodłączna cecha twórczości zespołu, która przez cały czas trwania płyty pozostanie odpowiednio wyeksponowana.

zozo_0001099392_10Zdarza się, że Zozobra wrzucana jest do przestronnej sludge-metalowej szufladki, ale nie dajcie się zwieść. Próżno tu szukać typowej dla tego gatunku mulistości brzmienia. Nawet tak przytłaczające ciężarem kawałki jak „Kill and Crush” mają w sobie odpowiednią ilość wigoru, by nie kojarzyć ich na siłę ze sludge’owym bagniskiem. Oczywiście nie mam nic przeciwko dźwiękowym wodorostom i z pewnością istnieje tu jakiś stopień pokrewieństwa, ale chciałbym uczciwie zaznaczyć, że w tym przypadku przesunięcie wektora w stronę alternatywnych rozwiązań sytuuje ten materiał dość daleko od klasycznych kapel tego nurtu – mniej więcej tak, jak współcześnie oddalone od gatunkowego rdzenia są np. Mastodon, czy Isis (tylko kierunek rozwoju inny). Sporo tu przestrzeni, swoistego majestatu, który odczuwalny jest głównie za sprawą melodyjnych partii gitary. Momentami prym wiodą tu ewidentnie rockowe patenty. Chociaż produkcja, nastawiona jest na uwypuklenie przytłaczającej siły perkusji i basu, muzyka nie traci na lekkości, zaś „wznoszące się” melodie wspomaga czasami zawodzący eterycznie czysty męski wokal, (np. w „Levitate”, czy „Soon to Follow”), choć oczywiście, na płycie nie brakuje też solidnego, gardłowego ryczenia.

zozo_a2590557733_10Zawartość krążka jest na tyle ekscytująca i zwarta (raptem 37 minut z hakiem), iż czas z nią spędzony mija błyskawicznie. Odpalam album, a po chwili dziwię się, że jest już po wszystkim. Pewnie wynika to z dobrego posegregowania materiału, który płynie bez większych zakłóceń. Płyty słucha się jako całości, chociaż dla mnie kulminacyjnym momentem jest zdecydowanie kawałek „The Vast Expanse”, łączący najlepsze składniki stylu Zozobry i zwieńczony intensywną, niemal plemienną, partią instrumentów perkusyjnych na tle rzężącej na granicy muzyczności gitary. Później już jest z górki, chociaż następny w kolejce jest jeszcze wyśmienity instrumental „Caldera” – dźwiękowy ekwiwalent epickiego filmu dokumentalnego o tematyce geologicznej. Tak mi się jakoś kojarzy, trochę z racji tytułu utworu, trochę z powodu tej bezkresnej przestrzeni, którą otwiera przed słuchaczem gitarowy motyw – coś jakby widok z lotu ptaka na skutki erupcji wulkanów. Zresztą na płycie jest trochę takich wulkaniczno-tektonicznych sugestii, co zapowiada już sama okładka i tytuł albumu.

Mimo solidnego przesteru, obniżonego stroju gitar i ogólnie miażdżącego brzmienia „Harmonic Tremors” wciąż pozwala słuchaczowi raczej unosić się nad ziemią, zamiast zmuszać do pełzania pod ciężarem kompozycji. I daję im za to dużego plusa, bo jest to intrygujący efekt. Gdy słucham tych melodii, mam uczucie, że obserwuję przed sobą jakiś panoramiczny pejzaż, a jedynie niebo, zasnute ciemnymi chmurami przeraża swoja masą. Wiem, że to dość subiektywne kwestie – jedynie wrażenia niżej podpisanego – ale przywołuję je, żeby unaocznić specyfikę działania tych dźwięków, bo na przykład na wydanej rok później „Bird of Prey” już tego „czegoś” nie ma. Niby grają tak samo, firmowe brzmienie zachowane, ale emocje już o wiele słabsze. Nawet nie bardzo pamiętam zawartość, chociaż niedawno sprawdzałem, czy dalej mi nie podchodzi.

Nie wiem jak to się stało, ale premiera debiutanckiego albumu Zozobry przeszła praktycznie bez echa. Recenzje były raczej pozytywne, ale wygląda na to, że mało kto poznał się na tym krążku. Można złośliwie powiedzieć: „cóż, taki już los przeciętniaków”. Z tym, że taki los spotyka również płyty bardzo dobre, które mają wystarczająco dużo własnego charakteru, by nie popaść w lubiany przez leniwych odbiorców schemat, co często skreśla je z playlisty przeciętnego inżyniera Mamonia. Taka jest moja diagnoza. A może zwyczajnie zawiodła promocja ze strony wytwórni? Nie twierdzę, że „Harmonic Tremors” to krążek pod jakimkolwiek względem wybitny. Nie odkrywa nowych lądów, nie szokuje formą, ani treścią, ale z całą pewnością dysponuje zestawem WŁASNYCH cech – a to już jest coś. Ponadto zawiera dźwięki, które potrafią działać wyobraźnię (przynajmniej moją) i malują niezłe obrazy przed oczami słuchacza – i znów chodzi o moje oczy, ale coś mi się wydaje, że nie będę w tym odczuciu odosobniony, jeśli tylko więcej osób sprawdzi ten krążek. Polecam zatem 

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany