Bart Ciećkowski. Ileż razy czytałem to imię i nazwisko na paczkach i kopertach z płytami, które 10-11 lat temu przychodziły do mnie po wygranych aukcjach na Allegro. Jako Pesten sprzedawał prawdziwe perełki – płyty, które nie były dostępne w reedycjach, pierwsze wydania starych tytułów, a nawet bootlegi ze smakowitymi i wówczas zupełnie niedostępnymi materiałami. W tamtym czasie byłem kolekcjonerem mocno nienasyconym i niejedną noc spędziłem przed komputerem czekając na zakończenie płytowych aukcji. O samym „Pestenie” – krążyły plotki i legendy. Niektórzy mówili, że to psychopatyczny kolekcjoner, który potrafi całą wypłatę wydać na płyty bez zastanawiania się nad tym co będzie jadł do końca miesiąca. Niektórzy powątpiewali i nazywali go hochsztaplerem, zwykłym handlarzem i spekulantem, który prywatnie z muzyką nie ma nic wspólnego. Rozmawiałem z tym facetem parę razy przez telefon i choć pewności nie miałem, to byłem jednak gotów bardziej postawić na pierwszą opcję. Ale czy maniakalny kolekcjoner może wyprzedawać swoje płyty? Jaki w tym sens? Na te pytanie nie znajdowałem wówczas odpowiedzi. Później natrafiłem na kilka osób, które pamiętały Pestena z pierwszej połowy lat 90. gdy dystrybuował kasety z demówkami


– Kiedyś to był prawdziwy maniak, ale ściął włosy i wyprzedaje kolekcje – powiedział mi pewien facet, który choć osobiście Pestena nie znał, to miał z nim ponoć wspólnych znajomych.

– To muzyczny psychopata, szaleniec nie znający żadnego umiaru – skwitował inny znajomy. – W sumie to podobny do ciebie. Nawet fizycznie mniej więcej twojego wzrostu, twojej postury i z gęby trochę podobny. Zapytaj starego czy nie grasował kiedyś w okolicach Poznania.

Sporo się wyjaśniło gdy Pesten zaczął udzielać się na forum Masterful Magazine. W grudniu 2006 roku zaczęliśmy gadać o płytach i kolekcjach – o tym co znaczy dla nas ta muzyka, zaklęta w plastikowych krążkach i to całe niedorzeczne ich gromadzenie. Poczułem z tym facetem jakąś nieokreśloną wieź – w efekcie wydzielono nam temat „Park Geriatryczny” i pojawiły się komentarze, z jednej strony:

Rozjebaliście mnie.

Dobrze, że się kiedyś zalogowałem na tym forum.

A z drugiej:

daj spokój, śmiech na sali, sentymentalne metalowczyki, bo sie porzygam zaraz;) cóż za czar minionych lat..


K

ilka lat temu z forum Masterfula się wyniosłem, Pesten przestawał wystawiać płyty, ja przestałem śledzić aukcje na Allegro…  Aż tu nagle (lub jak w Tytusie: WTEM!) w Poznaniu, podczas koncertu INCANTATION podchodzi do mnie jakieś szczupły długowłosy młodzieniec i pyta czy to ja jestem Maria Konopnicka. Potwierdziłem i patrzę na tego szczawia z zaciekawieniem. A on mi mówi, że jest Pestem, od którego kiedyś kupowałem płyty. Przecieram oczy ze zdumienia, bo przecież Pesten miał być ode mnie starszy, a tu widzę chłopaka, które na oko ledwo do trzydziestki dobiega. Wiele nie pogadaliśmy w koncertowym amoku, ale wyglądało na to, że facet nie żartuje i jest rzeczywiście tym za kogo się podaje i mimo młodzieńczej aparycji urodził się całe trzy lata przede mną.

Jakiś czas później zajrzałem z ciekawości na Mastefula, żeby zobaczyć czy Pesten wciąż się tam udziela. Zajrzałem i kopara mi opadła z dwóch powodów. Pierwszy to wątek o fińskim black metalu, który gość prowadzi praktycznie sam i wrzuca takie wynalazki, że szybko przestałem mieć złudzenie, że mam o tej scenie chociażby mgliste pojęcia. Drugi powód to stare listy od zespołów, które poskanował i zaczął wrzucać w takich ilościach, że przyprawił mnie nimi o zawrót głowy.

– Przecież to idealny rozmówca dla Music Amok – przemknęło mi przez głowę i od razu do niego uderzyłem. Odpowiedział nieśpiesznie, pełen wątpliwości, ale nie odmówił. Od razu napisałem, że nie interesuje mnie żaden wywiad e-mailowy ani facebookowe lizanie się po kutasach. Niech zaproponuje termin, wsiądę w pociąg lub autobus i przyjadę. „Mam wrażenie, że mamy podobną przypadłość – jak już coś robimy to na maksa” – zakończyłem swój list i chyba to go ostatecznie przekonało.

Kilka tygodni później o godzinie 5 rano wyszedłem z domu by ruszyć w trwającą pół dnia podróż do Poznania. Czekał na mnie na przystanku PKP, stojąc w tłumie i machając… fińską flagą. Od razu wiedziałem, że to będzie niezapomniany weekend i wyjątkowa rozmowa. Trafiliśmy do jakiegoś centum handlowego, w którym zjedliśmy wegetariański obiad, mimo że żaden z nas nie jest wegetarianinem. Pogrążeni w rozmowie przeszliśmy chyba z pięć kilometrów, trafiając pod drodze na jakąś paradę równości, aż wreszcie załadowaliśmy się do taksówki i wyruszyliśmy. Myślałem, że do jakiegoś hostelu czy hotelu, ale nie… ten samochód jechał i jechał aż minął miejskie zabudowania i skręcił w wąską drogę prowadzącą przez las.

– Gdzie my jedziemy? – zapytałem nieśmiało.

– Mamy rozmawiać o muzyce, a muzyka to moje życie – odpowiedział. – O życiu nie opowiada się byle gdzie.

I tak trafiliśmy do urokliwego ośrodka położonego pośród lasów, nad brzegiem jeziora. Zameldowaliśmy się we wcześniej zarezerwowanych pokojach i z plecakami wypełnionymi piwami wyruszyliśmy nad wodę by rozpocząć naszą rozmowę. Gdy rozkładaliśmy się na pomoście uważając by nie usiąść w kacze gówno słońce było wysoko na niebie, bo ledwo minęła pora obiadowa. Skończyliśmy późną nocą, a od rana znów gadaliśmy i znów prawie do wieczora. Nagrałem kilka godzin z tej rozmowy, ale większość zapisywałem w pamięci – ciesząc się, że wrócę do domu nie tylko z materiałem na ciekawy artykuł, ale bogatszy o znajomość z człowiekiem, który przez te dwa dni stał mi się bliski i nawet stwierdziłem, że jest tak cholernie do mnie podobny, że gdyby mój ojciec był odrobinę starszy to rzeczywiście bym go zapytał czy w połowie lat 70. przypadkiem nie grasował pod Poznaniem.


Fascynacja metalową estetyką

Wszystko zaczęło się jeszcze w czasach szkoły podstawowej – wspomina Bart Ciećkowski. – Początkowo słuchałem tych samych zespołów co wszyscy: Metallica, Slayer, Iron Maiden, ale czułem, że potrzebuję czegoś więcej – dodaje otwierając piwo.

img_6570Jesteśmy pod Poznaniem. Siedzimy na pomoście nad brzegiem Jeziora Kierskiego, dosłownie dwa metry od nas spacerują kaczki. Na horyzoncie połyskują białe maszty żaglówek. W spokojnym lustrze wody widać niezmącony błękit bezchmurnego nieba. To jeden z ostatnich pogodnych dni tego roku.

Wspomnieniami przenosimy się o prawie trzydzieści lat. W poznańskim fotoplastikonie przy ul. Świętego Marcina (wcześniej ul. Armii Czerwonej), główną atrakcją są zdjęcia nagich kobiet. Przez wizjery do oglądania fotografii mężczyźni uiszczając stosowną opłatę mogą podziwiać uroki płci przeciwnej – fotografie co kilka sekund zmieniają się.

– Niczym w scenie z kultowego Vabanku – wtrąca Bart z uśmiechem.

img_6577Jednak to nie widok prężących się piersi i wypiętych pośladków spędzał sen z powiek kilkunastoletniego Barta, lecz reprodukcje okładek metalowych albumów, zwykle wydrukowanych w czarno-białej tonacji, które prezentowano za szybą. Był tam jednocześnie sklep, w którym można było zaopatrzyć się w te pocztówkowe skany okładek. Szczególnie maskotka Iron Maiden – Eddie w rożnych konfiguracjach robiła naprawdę piorunujące wrażenie.

– Kupowałem te zdjęcia i przeżywałem ogromną fascynację każdą okładką – wspomina Bart. – Zanim przyszła miłość do muzyki zawładnęła mną metalowa estetyka, wówczas z punktu widzenia chłopca – drapieżna, niebezpieczna i brutalna. Dopiero mając te fotokopie okładek zaczynałem szukać płyt, dla których one były ilustracją. Oczywiście wówczas, w kasetowych, pirackich wersjach. I niestety z czasem, ta muzyka trochę mnie rozczarowała i czułem, że potrzebuję czegoś mroczniejszego, brutalniejszego i głębszego.

Błądząc w ciemności undergroundu

Zaczęły mi wpadać w ręce pierwsze ziny, między innymi kutnowski Thrash & Core zine, który był protoplastą Morbid Noizz – opowiada Bart.

Sporą zachętą , niewątpliwym trafem, było to, że wydawca Paweł Kamiński, rozpoczynał studia w Poznaniu, zatem młody Bart, miał bezpośrednią kuratelę swojego mistrza. Mógł czerpać z doświadczeń , zafascynować się korespondencją, prowadzeniem zina czy bywać podczas tworzenia audycji metalowej, w lokalnym studenckim Radio „Afera” .

– Z entuzjazmem, jako nastolatek biegłem do Pawła z pierwszymi otrzymanymi kasetami demo – opowiada Bart. – Często trafiały one do recenzji w ręce Pawła, czy też służyły do sporządzenia raportu o fińskiej scenie w jednym z numerów Morbid Noizz, chyba w roku 1992 roku. Wkrótce zacząłem wydawać własnego zina D.A.S. (Death Adress Service), który głównie zawierał kontakty do różnych podziemnych kapel. Później był Pitiless Zine – bogaty treściowo, jak na owe czasy atrakcyjny graficznie, ale jego słabością była dwujęzyczność. Za granicą odstraszały teksty po polsku, a u nas te po angielsku. Plusem była możliwość korzystania z bezpłatnego ksero u znajomych, co sprzyjało mojej pracy jako twórcy zinów.

Równolegle z pracami nad kolejnymi numerami papierowych periodyków Bart Ciećkowski zaczął nawiązywać pierwsze listowne kontakty z zespołami. Na początku korespondował z polskimi kapelami (Vader, Christ Agony, Sacriversum, Armagedon,Pandemonium,Dead Infection etc), z czasem rozszerzył działalność na cały świat.

– A dlaczego by nie spróbować napisać do jakiegoś zagranicznego zespołu i poznać muzykę, której nikt w Polsce nie zna? Kusiły recenzje w zinach z podanymi adresami do kapel, przyciągały flyersy, tonami krążące w listach. Skoro jest adres to trzeba pisać i próbować. W pewnym momencie zaświtała mi taka myśl i korespondencje z zespołami z całego świata zdominowały kolejne kilka lat mojego życia – śmieje się Bart. – Na poczcie bywałem chyba częściej niż listonosz. Zacząłem pisać dziesiątki, a później setki listów, i rozsyłać je od Skandynawii po najdalsze zakątki świata. Każda koperta, wypełniona flyersami z reklamą zina, taśmy kompilacyjnej, dystrybucji.

67441e0ad5f04601Egzotyka listów z Polski musiała robić na zagranicznych grupach niemałe wrażenie, gdyż nie zważając na bardzo mizerny poziom języka angielskiego, który te listy prezentowały – większość z nich odpowiadała, a wkrótce niektóre zaczęły nadsyłać swoje taśmy demo. Bart zaczął korespondencję z Impetigo, Nuclear Death, Emperor, Burzum, Primordial, My Dying Bride czy innymi zespołami, które wówczas były na etapie demówek, a później miały stać się legendami i obiektami kultu.

– Pierwsze adresy do zespołów czerpałem z zinów, ale zawsze w listach, prosiłem, żeby podały kontakt do lokalnych zespołów, które działały na ich lokalnej scenie – wspomina Bart. – Dla nich to był ogromny prestiż i nobilitacja, że ktoś zza granicy interesuje się poczynaniami młodych zespołów, często tworzonych przez nastolatków i nie mających na swoim koncie jeszcze żadnej demówki i stabilnego składu.

W zawilgoconej piwnicy czy salce prób lokalnego domu kultury zbiera się grupka nieopierzonych pryszczatych nastolatków, którzy nie wiedzą jeszcze jak dobrze nastroić gitarę. Pewnego dnia trafia do nich list z Polski! Sprawdzają na mapie gdzie leży Polska i ze zdziwieniem dostrzegają, że w Europie. Szok i niedowierzanie. Bo przecież oni są jeszcze nieznani nawet u siebie w mieście, a zespół założyli dopiero dwa miesiące temu i nie zdążyli zarejestrować żadnego utworu.

– Hej! Nie mamy jeszcze logo i często zmieniamy nazwę. Nad muzyką pracujemy, ale póki co jeszcze nic nie nagraliśmy – odpisują zdawkowo, ale zainteresowanie, którym zostali obdarzeni z pewnością napawa ich dumą i mobilizuje do pracy.

– To było szukanie po omacku, ale sprawiało ogromną satysfakcję, bo jak już zdobyło się nową muzykę to ona była czymś absolutnie unikalnym – mówi Bart z takim zapałem jakby znów był początek lat dziewięćdziesiątych. – Moi rówieśnicy przeżywali drugi album Cannibal Corpse, podczas gdy ja cieszyłem się demówką zespołu, którego oprócz mnie w Polsce nikt nie znał, bo dotarłem do niego jako pierwszy. Po latach, uzbierała się kilkutysięczna kolekcja kaset, w większości oryginalnych, tape trading przyniósł drugie tyle.


Między pocztą, a magnetofonem

Korespondencje z zespołami i napływ unikalnych i zupełnie niedostępnych w Polsce nagrań demo, spowodował stworzenie dystrybucji pod szyldem Carrion Lord. Nazwa została zaczerpnięta od amerykańskiego zespołu death metalowego, który funkcjonował na początku lat dziewięćdziesiątych, ale nigdy nie wyszedł z fazy demówkowej i nie dorobił się studyjnej płyty.

img_6573– Początkowo chciałem być dla Carrion Lord kimś w rodzaju menadżera i promotora ich muzyki na rynku polskim – tłumaczy Bart. – Dostałem od nich demo i chciałem zabrać się za jego dystrybucję. Niestety podczas przegrywania kaseta się wkręciła i porwała. Materiał Carrion Lord nigdy nie wszedł na listę demówek dostępnych w mojej dystrybucji, a zespół się wkrótce się rozpadł i urwał nam się kontakt. Została jednak nazwa Carrion Lord, pod którą zacząłem swoją działalność rozprowadzając dema zagranicznych zespołów na polskim rynku. Były to te zespoły, które tego oczekiwały lub uważałem, że ich muzyka jest interesująca i warto ją w polskim podziemiu promować. Wkrótce okazało się, że nie tylko polskim, bo te kasety rozprzestrzeniały się po całej Europie i dalej po świecie. Do dziś zdarza mi się wypatrzeć jak ktoś na Ebayu sprzedaje „oryginalną demówkę” jakiegoś zespołu, na której odnajduję swoją starą pieczątkę.

Oferta dystrybucyjna Carrion Lord z czasem rozrosła się do stu kilkudziesięciu pozycji. Na liście znalazły się m.in. demówki takich zespołów jak Cartilage, Purtenance, Mortician, Goreaphobia, Inverted, Hetsheads, Gorement, Torchure, Psychosis, Pyathrosis, Mestema, Gorefest, Excruciate, Shub-Niggurath, Mortuary (Mex).

– Tych topowych demówek rozprowadzałem w setkach sztuk – wspomina Bart Ciećkowski. – Ogromnym zainteresowaniem cieszył się fiński Demilich. Ten wokal robił na wszystkich piorunujące wrażenie, zresztą do dziś robi, bo jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju.

Bart Ciećkowski działalność dystrybucyjną prowadził mniej więcej do 1995 roku. Jak było z legalnością jego działań?

– Zespołom, które były na etapie nagrywania demówek zależało na tym, żeby dotrzeć do jak największego grona słuchaczy – mówi Bart. – Tape trading był jedyną formą dotarcia do słuchacza, dlatego znakomita większość zespołów decydowała się na dystrybucję swoich demówek bez uzyskiwania z tego tytułu profitów finansowych. Były zespoły, które życzyły sobie np. dwa dolary za demówkę, ale to raczej pojedynczne przypadki. Niektóre zespoły wysyłały mi demo i profesjonalnie drukowane okładki, które miały podnieść standard wydania i jakość rozprowadzanych materiałów. Demówki szły też w drugą stronę – z Polski za granicę.

– Największy popyt był na te brutalne zespoły, „Morbid Reich” Vadera czy „World Full of Remains” i „Start Human Slaughter” Dead Infection, „Dead Condemnation” Armagedon,„Faust” Taranis – wymienia Bart. – Tak wiele nie można było wtedy zaproponować bo na zachodzie oczekiwano profesjonalnych wydawnictw a nie jakichś przegrywek. A później był Carnage Records, więc mieliśmy takie fajne rzeczy jak Violent Dirge czy Celebration, Pandemonium i inne. Zachód cenił, profesjonalnie wydawane kasety. Tragicznie przedstawiała się sytuacja, na polu wydawniczym polskich 7EP, których praktycznie nie było. Powszechnym był przelicznik 4-5 kaset, za jeden CD czy LP. Nie było mnie stać na wydanie olbrzymiej kwoty 20 dolarów za CD/LP , natomiast wysłać 4-5 kaset było realne, bo w przeliczeniu była to połowa wartości wymarzonego CD.

– Z perspektywy czasu myślę, że ta cała podziemna scena metalowa było czymś niespotykanym i magicznym – dodaje Bart. – Jestem zaszczycony, że mogłem ją wspierać i być jej częścią. Zawsze będę miał to w pamięci i czuł towarzyszący temu dreszcz. Te niesamowite połączenie pasji, chęć poznawania czegoś wyszukanego, ciągły głód nowej muzyki, kombinowanie, by wciąż docierać do nowych osób. Każde demo i list traktowało się jakby były dedykowane tylko dla ciebie. Trzeba było oddać swój czas, zarywać noce pisząc listy, czekać tygodniami na odpowiedź. Wszystko tak żywe, jakby minął rok, kilka lat….a to będzie wkrótce 30… – wspomina Bart. – Gdy dziś słucham tych starych demówek to automatycznie wracają do mnie tamte stare czasy. Sentymentalny dupek! Wciąż w podziemnej stagnacji – dodaje z uśmiechem.

W ślad za wielką muzyczną fascynacją nie poszła chęć wyjazdów koncertowych i nawiązywania bogatych kontaktów towarzyskich.

– Nie angażowałem się ani w organizację koncertów, ani w podróżowanie po Polsce by zobaczyć jakieś kapele. Dopiero dziś dowiaduję się o koncertach, które wówczas teoretycznie powinny mnie interesować, ale wtedy nie zawracałem sobie nimi głowy – przyznaje Bart. – To była jakaś moja muzyczna droga, którą najczęściej podążałem sam, dążąc do indywidualizmu i poznawania unikalnych i powszechnie niedostępnych rzeczy. Potrafiłem demówki wysyłać pocztą do osoby, która mieszkała na sąsiednim osiedlu. Nie czułem potrzeby przynależenia do jakiejś metalowej wspólnoty. Muzyka była dla mnie czymś osobistym, oświetlała moją życiową drogę światłem, którego nie chciałem rozpraszać i marnować, kierując je tam gdzie nie podążałem.


Kolekcjonerska pasja, płytowa obsesja

Zajmowanie się dystrybucją i sprzedaż materiałów demo sprzyjały budowaniu własnej kolekcji. Bart zaczął sprowadzać upragnione płyty zza granicy na swoje potrzeby, a także wymieniać nasze licencjonowane albumy na płyty kompaktowe choćby z Wild Rags Records, Cenotaph Rec., Holy Rec, Necropolis, Fullmoon… Kolekcjonerska pasja granicząca z obsesją zdominowała kolejne lata jego życia. Stworzył prawdopodobnie największą i najbardziej unikalną kolekcję płyt metalowych w skali naszego kraju.

img_6575Słońce powoli chyli się ku zachodowi, żaglówki znikają z horyzontu, a kaczki przestają człapać po pomoście. Robi się cicho i spokojnie. Na horyzoncie pojawia się łuna, najpierw żółta, a później mieniąca się wszystkimi odcieniami czerwieni, jakby las po drugiej stronie jeziora nagle stanął w płomieniach.

– Chyba nic tak nie inspiruje jak piękno przyrody – Bart przerywa muzyczne tematy i przez chwilę siedzimy w milczeniu patrząc na jezioro. – Pod wpływem mojej ukochanej fińskiej sceny zacząłem odwiedzać ten kraj i te wszystkie emocje, które są zaklęte w muzyce odnajdować w przyrodzie i tamtejszym otoczeniu. Muzyka niesie ludzkie emocje, która są wypadkową naszych wrodzonych cech i środowiska, w którym żyjemy.

– Ile płyt mogła liczyć twoje kolekcja? – otwieram kolejne piwo i wracam do tematu.

– Kompaktów miałem ponad pięć tysięcy, dodatkowo mnóstwo unikalnych taśm, siódemek, LP.

– Co się stało, że podjąłeś decyzję o wyprzedaniu kolekcji? – wypowiadam wreszcie pytanie, które nurtowało mnie od kilkunastu lat i z zadaniem którego z trudem powstrzymałem się zanim kilka godzin wcześniej na dworcu autobusowym podaliśmy sobie ręce i powiedzieliśmy „cześć”. Pytanie z gatunku tych: „Dlaczego podjęła pani decyzję o aborcji w ósmym miesiącu ciąży?”

– Zmusiły cię do tego jakieś okoliczności życiowe czy poczułeś się tym kolekcjonerstwem znużony? – dopytuję ostrożnie, nie wiedząc czego mogę się spodziewając. Może zacznie płakać, wtuli mi się w ramiona i głośno łkając wykrztusi łamiącym się głosem: „Co ja najlepszego zrobiłem? Nigdy sobie tego nie wybaczę!”, a później rzuci się w toń jeziora i nigdy już się nie zobaczymy. Ale nie. Bart podchodzi do tego spokojnie i nawet jeśli żałuje podjętej przed laty decyzji, to skrywa też żal bardzo głęboko. Tak głęboko, że nie sposób go dostrzeć.

img_6594-3– Na moją decyzję wpłynęło wiele rzeczy – zaczyna ostrożnie. – Znużenie też. W kolekcjonowanie płyt byłem tak baaardzo zaangażowany i zatraciłem się w nim tak mocno, że stało się ono jedynym celem w moim życiu – wyznaje Bart, a ja mam ochotę uklęknąć przy nim, wyjąć pierścionek i mu się oświadczyć. Zamiast tego sięgam po papierosa. Czerwony żar, który rozbłyska gdy się zaciągam ma dokładnie ten sam kolor co słońce, które do połowy zdążyło już się zanurzyć w jeziorze. W pobliskich trzcinach słychać jakiś plusk i trzepot skrzydeł. Jakby jakieś podziemne skrzaty skakały w toń ciemnej wody.

– Codziennie czekałem na listonosza, wcześniej na demówki, później na płyty, poszukiwałem kolejnych rarytasów, a gdy już udało się coś znaleźć to nie było tak dużej kwoty, która mogłaby mnie zniechęcić do zakupu – opowiada mój rozmówca. – W pewnym momencie dotarłem do ściany. Wydawało mi się, że już mam wszystko to co chciałem mieć. Oczywiście byłem w błędzie, co widzę dopiero dziś – gdy w internecie łatwiej wyszukać informacje i uzmysłowić sobie ile jeszcze mi brakowało. Zauważyłem też, że wciąż słucham kilkudziesięciu tych samych płyt, jednocześnie składując ich tysiące i w większym stopniu celebrując upragnione wydanie i fizyczny nośnik danej płyty, niż jej rzeczywistą muzyczną zawartość. Zacząłem sobie zadawać pytanie: gdzie w tym wszystkim jest sens? Każdą złotówkę wydawałem na płyty. Przez długie lata nie wyjeżdżałem na żadne wakacje, chodziłem w tych samych ciuchach i brałem kolejne kredyty na płytowe zakupy. Stwierdziłem, że to chore i muszę to przerwać. Czułem, że powoli do tej decyzji dojrzewam i w 2005 roku postanowiłem zacząć kolekcję wyprzedawać. Z obawy, czy aby nie zabraknie mi muzyki, którą sprzedałem, pieczołowicie przegrywałem wszystko na kilka tysięcy płyt, do swojego archiwum….Chyba bardziej dla historycznego sentymentu, rzadko zaglądam w te kurzące się zasoby CD-r.


Pestenowe aukcje

Tak, pamiętam gdy po raz pierwszy natknąłem się na twoje aukcje. Przeżyłem orgazm życia jak zobaczyłem jakie tytuły wyprzedajesz! – wtrącam, czując jak zaczynają mi drżeć łydki na same wspomnienie. – Pesten stał się moim ulubionym allegrowiczem i niejedną noc spędziłem przeżywając zakończenie tych aukcji, jak kibic zmagania swojej ukochanej drużyny po wejściu do finału.

fullsizerender-67– O tak, wtedy te tytuły robiły naprawdę duże wrażenie – przyznaje Bart ze śmiechem. – Dziś to już nikogo nic nie wzrusza, wszystko jest na wyciągnięcie ręki, albo na YouTube, albo do pobrania z jakiejś strony, albo w postaci powszechnie dostępnych tanich reedycji. Grube ryby płytowego kolekcjonerstwa, takie jak AdrianSmith czy choćby ty, na wiele tytułów jeszcze polowały. Gdy zaczynaliście o nie walczyć to ceny szybowały w górę i okazywało się, że te rzadsze płyty osiągały spore kwoty.

Wszyscy, którzy śledzili aukcje z metalowymi płytami przed dziesięcioma laty z pewnością pamiętają fenomen Pestena. Po kilku miesiącach wystawiania unikatowych pozycji wyrobił sobie taką markę, że część ludzi licytowało u niego płyty nawet nie ze względu na ich wartość, ale sam fakt, żeby udało się coś wyrwać z osławionej kolekcji Pestena. Dochodziło do absurdów, bo niektóre tytuły dostępne u innych za 20 złotych schodziły po 150 zł, bo magia sprzedawcy działała i ludzie tracili resztki rozsądku.

– Rzeczywiście w pewnym momencie jechałem na opinii – przyznaje Bart. – Moje aukcje cieszyły się takim zainteresowaniem, że spokojnie mogłem kupować tanie płyty w pakietach na Ebayu i sprzedawać je detalicznie na Allegro. W tamtym czasie Ebay nie był jeszcze u nas tak znany i dostępny i wiele osób z niego nie korzystało. Ja miałem spore doświadczenie, bo dzięki temu serwisowi aukcyjnemu kupowałem płyty już w 2000 roku.

Na pytanie, czy żałuje że sprzedał jakąś płytę odpowiada bez wahania:

img_6586– Nie. Nie żałuję. Płyta to tylko nośnik muzyki, zwykły gadżet. Cały czas słucham muzyki i to się u mnie nie zmieniło, a samo macanie płyty i podniecanie się fizycznym posiadaniem krążka przestało mnie już tak bawić – mówi Bart. –Rozumiem kolekcjonerów, ich pasję, nie neguję tego maniactwa, ale mnie ono już nie dotyczy. Zdarza mi się od czasu do czasu, że jakiś album, który mi się wybitnie podoba kupię sobie i postawię na półkę. I tak słucham z mp3, ale po prostu chce go mieć. To są jednak pojedynczne i dość rzadkie przypadki. Może łatwiej ogarniają temat zakupów, fani konkretnego zespołu, gatunku. Gdy przez lata, byłem maniakiem wszystkiego co z metalem miało coś wspólnego, od thrash, black, death, death/grind, noise, ambient,do Current 93 – którego chyba większość kolekcji Ty przyjąłeś na swoje półki – w tak szerokiej skali, nie można było być ze wszystkim na bieżąco. Nastąpiło pewne przesilenie kolekcjonerskie i zjadłem swój ogon.


Fińska potęga

roztopywiosenneislandiaOstatnie promienie słońca majaczą na horyzoncie, ale nie mają już siły by się rozproszyć i rozlać po jeziorze. Teraz oddzielają wodę od brzegu po drugiej stronie akwenu czerwoną obręczą w kolorze końcówki mojego dogasającego papierosa. Jakby las, który wcześniej płonął zaczął właśnie dogasać. Nad jeziorem tworzy się mgła, która niczym dym zaczyna się snuć po spokojnym lustrze wody.

– Dlaczego właśnie Finlandia? – pytam wskazując na fińską flagę, wystającą teraz z plecaka, a którą kilka godzin wcześniej Bart machał do mnie stojąc w tłumie na dworcu autobusowym.

– Ta fascynacja rozpoczęła się jeszcze we wczesnych latach dziewięćdziesiątych – odpowiada Bart. – Fińska scena jest absolutnie unikalna i uważam, że do dziś najlepsza na świecie. Nie ma drugiej sceny tak świeżej, dzikiej, mrocznej, brutalnej i innowacyjnej. Głównie, jeśli chodzi o black metal. Ta muzyka zafascynowała mnie tak głęboko, że zacząłem dążyć do tego by jak najlepiej poznać ten kraj i mentalność żyjących tam ludzi. Miałem w rodzinie kierowcę TIR-a. Ilekroć udawał się do Finlandii to ładowałem się z nim i jechałem by poczuć atmosferę tego kraju. Wracałem oczywiście z nowymi kasetami i odkryciami muzycznymi. Z upływem lat wciąż jestem z tą sceną na bieżąco i z uwagą śledzę wszystkie pojawiające się black metalowe zespoły i ich płyty. W pewnym momencie, znowu musiałem wziąć na wstrzymanie, z gromadzeniem samych materiałów z Suomi.

14469417_1797318647219292_1108456388_nPo wyprzedaży kolekcji, swoje zapędy skierowałem tylko na fińską scenę. Działając jak zwykle w swoim stylu – jak się angażuję to na 100 proc. – okazało się, że po dwóch latach, zgromadziłem pokaźną, liczącą ponad tysiąc pozycji kolekcję fińskich nośników. Głównie są to demówki – bo właśnie ten brud i ta pierwotna energia demówkowych materiałów zawsze urzekała mnie najbardziej. Bardzo często miałem tak, że później te same utwory, które znałem z demówki ponownie nagrane na studyjnej płycie traciły w moim odczuciu swą pierwotną magię. Zawsze najbardziej pożądałem tego brudnego i chorobliwego brzmienia, które udawało się osiągnąć na materiałach demo.

Od lat utrzymuję kontakty z fińską sceną, mam starych dobrych znajomych, z którymi widuje się na koncertach. Często są to tajne gigi dla wąskiego grona osób, zupełnie niedostępne dla przypadkowych ludzi. Wydaje mi się, że ci ludzie, których spotykam na koncertach w Finlandii są w scenę bardziej zaangażowani i tkwią w black metalowej muzyce głębiej i bardziej świadomie. Nie są to nastoletni sezonowcy u szczytu swojego buntu, którzy na swój sposób próbuję protestować przeciwko szkolnej codzienność.


Lakierowane znaczki

Dziś młodzi ludzie mają muzykę na wyciągnięcie ręki – żeby poznać nowy zespół wystarczy jedno kliknięcie na YouTube.

img_6590-3– Kiedyś, żeby dotrzeć do esencji tej muzyki trzeba było w tej scenie ryć – wspomina Bart. – I to, że tak powiem analogowo. Dostawałem nieraz po kilkanaście listów dziennie, na które odpowiadałem. Gdy po wakacjach szedłem na pocztę to brałem ze sobą dwa plecaki, żeby tę całą korespondencję pomieścić. Nie można było być prawdziwym fanem i maniakiem metalu bez ekstremalnego zaangażowania. Starałem się w każdym kraju mieć jakąś kontaktową czujną osobą, za pośrednictwem której można było ściągnąć nowości czy dotrzeć do nowej kapeli. Lista krajów, do których wysyłałem listy liczyła kilkadziesiąt pozycji, w tym tak egzotyczne jak Kolumbia czy Brazylia. Znaczki nie tylko smarowałem mydłem by można było je powtórnie wykorzystać, ale też malowałem je lakierem. (Mydło pozwalało na starcie śladu po pieczątce, którą przystawiano na poczcie i wykorzystanie znaczka ponownie – przyp. Maria). Mydło bardziej je niszczyło, lakier na znaczkach był trwalszy, ale w momencie podbicia pieczątki nieraz się ścierał. Później na wodę trzeba go było ściągać, a jak się znaczka nie udało uratować to trzeba nieraz go było wyciąć i przykleić razem z ramką wokół ząbków. Kobiety na poczcie, które codziennie mnie widywały nieraz pewnie z litości przymykały oczy na te moje znaczki.


Przez życie ze śmiercią

img_6595-2Gdy zapadła noc zrobiło się całkowicie ciemno. Na niebie żadnego księżyca i ani jednej gwiazdy. Woda jak gęsta smolista maź zastygła nie wydając żadnego odgłosu, nieruchome drzewa otoczyły jezioro jak nieme olbrzymy, które setki lat temu znieruchomiały pod mocą jakiegoś czarodziejskiego zaklęcia. Gęste chmury przesłoniło niebo nie wpuszczając na nasz pomost nawet nikłego światła księżyca.

– Moje życie od początku wydawało mi się naznaczone śmiercią, mrokiem, transcendentalnym uniesieniem, ezoterycznym okultyzmem – słyszę głos mojego rozmówcy. – W czasach wczesnej podstawówki jeden z moich kolegów umarł na białaczkę (pamiętam, to był –Arek), a drugiego zabił piorun (harcerz Bartek). Miałem wtedy wrażenie, że ta śmierć choć mnie jeszcze nie wybrała to gdzieś koło mnie się prześlizguje i udziela mi tego negatywnego odczucia, które powoduje jednocześnie strach, bezradność i fascynację. Zastanowienie się nad sensem. Kolejny mój kumpel zmarł na raka (Balrog), odszedł też Jacek Zgliński, później umierały kolejne osoby wokół mnie, związane z muzyką i wydawało mi się, że wraz z tą śmiercią kroczę przez swoje życie.

img_6598Gdy reprezentujesz pewną wrażliwość i siedzisz w black metalu naprawdę głęboko to najgorzej jest z tym żyć i tak stąpać po tej emocjonalnej krawędzi, by nie spaść w przepaść, którą ta muzyka przed tobą roztacza. Jednocześnie, uczestniczyć w tym cyrku codzienności, będąc tym szarym obywatelem z peselem i kredytem. Chyba ze mnie taki egzaltowany neurotyk, pełen sprzeczności, energii z kosmosu, wierzący, że ta najważniejsza podróż jeszcze przede mną. Musisz nauczyć się kontrolować depresję, w której tkwisz, podsycać w sobie płomień tak by nie zagasł, ale jednocześnie nie pozwolić mu by cię pochłonął. Poruszanie się po biegunach nastroju, gdzie smutek i  nostalgia konsumuje od środka. To podróż w głąb siebie, pielęgnowanie tych mentalnych eskapad, to doznanie mistycznej opresji. Życie, niczym letarg, szept w samotnej wyprawie rowerowej do lasu, w moim ukochanym Rogalinie, gdzie o każdej porze roku się zjawiam. Szelest spadających suchych liści, zapach magiczny nieokreślony, jesienna cisza gdy ptaki już odleciały. Stare dęby, świadkowie przemijania, gdzieś chwilowo, pomiędzy nimi ja …ulotny jak pył wszechświata…

maxresdefault-2

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

6 komentarzy

  1. Marcin

    Pamiętam jak jakieś 10 lat temu umawiałem się z Bartem na Moście Teatralnym celem odebrania wylicytowanych kaset Sabbat. Raz nawet nie wziął ode mnie pieniędzy bo nie miał jak wydać a Pani w kiosku nie mogła rozmienić 😀 To był chyba szczyt sezonu jego działalności na allegro.

    Zajebisty wywiad. Hail Pesten! Hail Maria!

    A Jezioro Kierskie to też mój azyl. Latam wkoło jeziora tak często że aż dziwne że Was na tym pomoście nie wypatrzyłem, hehe…

    Do zobaczenia na jakimś koncercie, bo okazji do końca roku aż nadto.

    Świder

    Odpowiedz
    • Pesten

      Witaj! nawet Ciebie kiedyś widziałem, z wózkiem i przypuszczałem ,że to Ty, ja na rowerze Was mijałem…do zobaczenia U Bazyla lub we Wrocławiu 🙂

      Odpowiedz
  2. Michał

    Jak zwykle świetnie się czytało, szkoda, świetna forma, tyle co niestety za krótko. Może będzie kolejna cześć hehe?

    Odpowiedz
  3. Szyszka

    Ta książka będzie świetna. Pomysł pisania o muzyce również z perspektywy fanów/ ludzi aktywnie uczestniczących w życiu rozkwitającej sceny muzycznej jest strzałem w dziesiątkę. Byłoby ciekawie móc przeczytać jeszcze nieco wywiadu z Bartem, to dziwnie uczucie odnaleźć trochę swojego „ja” we fragmencie „Przez życie ze śmiercią” i uświadomienie sobie, że jest tak wielu ludzi o podobnych pasjach i doświadczeniach (często zainteresowaniach jasno wynikających z innych zainteresowań), których prawdopodobnie nigdy nie będziesz miał okazji poznać. Są gdzieś tam w kosmosie, ale są… podnosi to w jakiś sposób na duchu. Mam takie wrażenie, że będzie to jedna z lepszych muzyczno-sentymentalnych podróży z możliwością spojrzenia w głąb siebie. Powodzenia tam, Mario!

    Odpowiedz
  4. Bartuus

    1 września 1996 dorabiam zbieraniem podpisów pod listą jakiegoś kandydata do wyborów. Płacą od podpisu, a na rynku w Poznaniu wuchta rozchachanej wiary w wieku poborowym więc łowy idą. Po kilkudziesięciu przebiegach typu: pełnoletni? Imię nazwisko? Podpis! padło: Bartosz Ciećkowski. A ja na to: ten Ciećkowski? Od „Współczesna Kalevala to Death Metal”? Noo ten. I pojechał jakimiś kilkunastoma fińskimi nazwami. Albo jak sprzedawał CD Excruciate, żeby mieć na Sororicide. Jakakolwiek by twoja schiza na punkcie metalu nie była, przy tym gościu poczuć się normalnym obywatelem 😉

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany