KING PARROT, PRONG, EXODUS i OBITUARY to zestaw ciekawy i bardzo urozmaicony. Jako, że już dawno nie byłem na koncercie – postanowiłem się wybrać do warszawskiej Progresji


Pod klub przybyłem trochę za wcześnie, niecierpliwie przystępując z nogi na nogę i czekając aż wrota się otworzą. Na wejściu panowie przeczesali mnie bardzo dokładnie – już nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie obszukiwano. Widocznie czarny flek, bojówki i bluza Bad Boy nie wzbudziły zaufania. A może to promienny uśmiech Alexandra Marcusa bijący z mojej koszulki wysłał sygnał, że oto pojawił się ktoś niezrównoważony? Szybkie wbiegnięcie na górę, kurteczka odstawiona do kolegów z szatni (pozdrawiam) i biegiem pod scenę, bo KING PARROT miałem zobaczyć po raz pierwszy i nie chciałem przegapić z ich występu nawet sekundy. Jak się szybko okazało, dobre przeczucie mnie nie myliło – chłopaki udowodnili, że są dobrzy nie tylko na płytach (posłuchajcie, szczególnie drugiej ubiegłorocznej – „Dead Set” – czysta adrenalina!).

img_7274

Ich muzyka trudna jest do zdefiniowania, sporo w niej thrash metalowych zagrywek, hardcorowej zadziorności i wręcz grindowej ekspresji. I właśnie tą ekspresją na scenicznych deskach „Progresji” tryskali – jak za przeproszeniem –  nastolatek podczas nocnej polucji. Niesmaczne porównanie? Równie niesmaczne jak sceniczny image naszych bohaterów, którzy wili się po scenie jak robactwo po rozkładających się zwłokach. Trzęśli tłustymi brzuchami, basista przewracał oczami jak obłąkany, a wokalista od czasu do czasu ściągał spodnie i eksponował pupę. Żeby nie było jednak za poważnie to raz po raz na twarzach muzyków pojawiał się szeroki uśmiech, zdradzający ogromny dystans do samych siebie, osobliwe poczucie humoru i radość grania. Niezwykłą radość grania, bo ci faceci grają z taką pasją, swobodną i zaangażowaniem jakby tę swoją muzykę nie tylko kochali, ale byli do niej uzależnieni i każdy kolejny koncert muszą zaaplikować jak rozdygotany ćpun działkę heroiny. Publika przyjęła ich z lekką konsternacją ale i zainteresowaniem, które zdawało się rosnąć z każdym kolejnym numerem. A tymczasem z głośników smagały dźwięki tak energetyczne, że nogi same rwały się do tańca. Myślę, że tego wieczoru KING PARROT niejedno polskie serducho sobie zjednali. Warto też wspomnień o brzmieniu, które tego wieczoru było wyśmienite – przez prawie cały czas trwania wszystkich koncertów.

img_7288Prawie” było na początku PRONG – chłopaki zaczęli z kopa, mocno i do przodu, ale pierwszych minutach wokal był praktycznie niesłyszalny, co mocno osłabiło impet ich muzycznego uderzenia. Dyskografię PRONG w ostatnich latach mocno zaniedbałem, a pojedyncze utwory, które słyszałem nie podpowiadały mi bym przez to stracił szczególnie dużo. PRONG jednak zawsze będę kochał za genialną „Beg to Differ” oraz bardzo dobre „Prove You Wrong” oraz „Cleansing”. Na żywo miałem okazję widzieć ich po raz pierwszy i przyznać muszę, że choć spodziewałem się iż będzie dobrze, to jednak nie liczyłem na aż tak dobrze. Gdy brzmienie okrzepło i pojawiły się wokale PRONG rozpętali na scenie prawdziwe piekło, a i pod sceną zaczęło robić się żywiej i gwałtowniej. Mechaniczne, rwane i selektywne riffy Amerykanów wydają się być wręcz stworzone do grania na żywo. Co więcej – podczas koncertu okazało się, że i ten nowszy repertuar wcale nie odstawał od klasyków i całość ich występu zaprezentowała się niezwykle spójnie. Żywiołowości i energii dodawał 50-letni Tommy Victor, który nie tylko śpiewał i wymiatał na gitarze, ale od czasu do czasu wykonywał efektowne podskoki z kolanami pod brodą.

img_7292Wreszcie przyszedł czas na sprawdzoną koncertową markę, bo EXODUS na żywo widziałem już nie raz i nie dwa i nigdy nie było dobrze. Zawsze co najmniej bardzo dobrze, albo rewelacyjnie. Nawet gdy występowali z Robem Dukesem, którego nie byłem zwolennikiem – to thrash metalowy ogień nigdy w nich nie gasł i na żywo można było liczyć na solidną chłostę. Tym razem znów z Souzą i gdy tylko ruszyli z otwieraczem z „Exhibit B”, to od razu było wiadomo, że i tym razem będzie doskonale. Brzmienie gitar selektywne, riffy – cięte zwarte chłoszczące, sekcja rytmiczna precyzyjna, mocna i czytelna. EXODUS przetoczył się po publice jak żelazny koń po indiańskiej wiosce.

img_7295Ludzie oszaleli i pod sceną rozpoczął się taniec tak dziki, że wydawało się, że mimo dachu nad klubem za chwilę zacznie padać deszcz. Młyn kręcił się jak karuzela w wesołym miasteczku, a podczas „ściany” ludzie ścierali się ze sobą jak amerykańskie wojska z Indianami w bitwie nad Little Bighorn. A to wszystko dzięki młodym „sofiksiarzom”, którzy w ostatnich latach na EXODUS stawiają się tłumnie i pokazują starej gwardii, że i oni potrafią porządnie brykać, a włosy noszą nie tylko dla ozdoby. Serce roście patrząc na tą młodzież, bo ze starszymi to jest tak, że mimo najszczerszych chęci to najczęściej starcza sił tylko na pierwsze kilka kawałków, a podczas pozostałych snują się jak ryby przepływające w pobliżu dziurawego tankowca z ropą naftową. Młodzi nie znają zmęczenia i nie mają dla siebie litości. Walczyli do samego końca i to właśnie podczas „Bonded by Blood”, „The Toxic Waltz” i „Strike of the Beast” koncertowy żywioł sięgnął zenitu, a pod sceną zrobiło się gorąco jak w samym sercu piekła.

img_7314-2

OBITUARY to zwierzęta – zdecydowanie jeden z najlepszych koncertujących zespołów death metalowych. Te ich ultra ciężkie celticowskie riffy, ten harcorowy sznyt, nieludzki ciężar i zwierzęce wokalizy Johna Tardy’ego z płyt zabijają, a na żywo dodatkowo torturują i gwałcą zwłoki. Miałem okazję o tym przekonać się już wielokrotnie – ale powiadam Wam, ten wczorajszy koncert był jednym z lepszych w ich wykonaniu, spośród tych których dotąd byłem świadkiem. To w ogóle był chyba ich najlepszy występ od czasów pamiętnego koncertu ze Stodoły, gdy dziesięć lat temu grali wraz z GRAVE, SINISTER i (pożal się Boże) CATAMENIĄ.

img_7304Tym razem dopisało im przede wszystkim brzmienie – mocarne, ciężkie, miażdżące. Tardy jak zwykle miotał się po scenie jak wypuszczone z klatki zwierzę. Lata płyną, czas leci, a ten facet z burzą niesamowitych włosów i bestią w gardle wciąż robi to samo wrażenie co ćwierć wieku temu. Te ich ultra ciężkie gwałtowne riffy wręcz eksplodowały, a wokal zdawał się rozsadząć gardło Tardy’ego jak granaty, które przy próbie połknięcia raz po raz traciły zawleczkę.

Grali zarówno nowe utwory jak i klasyki z „Words of Evil”, „Don’t Care” (chyba już dziś można nazwać klasykiem?) czy moim ukochanym „Slowly We Rot” na zwieńczenie występu. Przepotężnie wypadł „Dethroned Emperor” CELTIC FROST – a więc cover zespołu, który miał niewątpliwie największy wpływ na OBITUARY.

Przepiękny koncert, na którym każdy z zespołów zdawał się zaprezentować życiową formę. Dziwi to i zachwyca, bo przecież ci ludzie mają już swoje lata i można by oczekiwać po nich oznak zmęczenia i znużenia. Frekwencja na koncercie może nie oszałamiająca, ale bardzo dobra. Życzyłbym sobie by te kilkaset osób pojawiało się częściej, także przy okazji mniej znanych zespołów.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany